wtorek, 8 listopada 2016

Odkurzamy



Zaniedbałam blog. Przyznaję się do winy, kajam i biję w mą wątłą pierś. Schrzaniłam.
Regularnie w tym roku dawałam plamę, ale od lipca to już zupełnie zawaliłam sprawę.
A plan był taki ambitny (jak wtedy, gdy w dzieciństwie mówiłam, że będę pracować w cyrku, a w rzeczywistości nigdy nie zrobiłam na wuefie porządnego mostku, a w kolanach to mi strzyka, gdy mam zrobić przysiad), planowałam relacjonować dzień po dniu wakacje z Synem. Relacje miały być obszerne i szczegółowe. Właśnie znalazłam swoje zapiski z pierwszych dni tych wakacji:


Dzień 1: 
Przeżyliśmy. Jeszcze 61.

Dzień 2: 
Trwają upały. Drugi dzień siedzimy nad jeziorem. Pierworodny co rusz spotyka kumpli z przedszkola - 4-latek ma o jakieś 300% bujniejsze życie towarzyskie od mojego.

Dzień 3: 
O-o-ł. Psuje się pogoda. Na spacery wystarcza, ale bez jeziora i lodów 3 razy dziennie o wiele trudniej być cierpliwą, wyrozumiałą i spokojną matką.

Dzień 4: 
Zaczyna się. "A kiedy przyjedzie babcia?", "A kiedy pojedziemy do babci?", "A kiedy spotkam się z O.?", "A kiedy spotkam się z S.?", "A kiedy będę mógł zabrać to nowe auto do przedszkola?", "A czemu pada?", "A czemu wczoraj nie padało?"...

Dzień 5: 
Pogorszenie pogody następuje wprost proporcjonalnie do pogarszających się nastrojów. Zapamiętać: nie zabierać więcej rowerka biegowego na zakupy do Biedronki!!!

Dzień 6: 
Za oknem Armageddon. Nie o taki lipiec walczyliśmy! Siedzimy w domu. To nie ma szans się udać. 

Po tygodniu z większych strat można odnotować: kanapę popisaną kredkami na czerwono,


W tym momencie, po przecinku, relacja nagle się urywa. Sama nie wiem, co mogło się wydarzyć, czemu przerwałam w środku zdania. Sytuacji z czerwonymi kredkami w ogóle nie pamiętałam, a od tamtej pory kanapa już tyle przeszła, że nawet nie jestem w stanie określić, w którym dokładnie miejscu te kredki miały używanie.


Skoro piszę, wakacje najwyraźniej przeżyłam. Człowiek potrafi otrząsnąć się po niejednym ciężkim doświadczeniu życiowym, toteż i 2 miesiące spędzone z kilkulatkiem i bez ratunku w postaci przedszkola jest w stanie przetrwać. Ślady na psychice pomińmy znaczącym milczeniem. Żołnierze wracający z wojny, też nie lubią mówić o tym, co tam się wydarzyło, choć wiemy, że to, przez co przeszli zmieniło ich na zawsze.

Możecie sobie tylko wyobrazić nas, matki, 1 września na schodach przedszkola, gdy rano z ulgą zamykałyśmy za sobą drzwi i gratulując sobie wzajemnie, ze łzami wzruszenia w oczach wołałyśmy: "Yes! Yes! Mamy to! Pierwszy września! Przeżyłyśmy!".
Oczywiście my - matki, które te drzwi za sobą zamykamy nie pierwszy raz, które znamy się z przedszkolnej szatni, w której dziesiątki razy urządzałyśmy dzieciakom wyścigi w najszybszym zakładaniu butów, i podziwiałyśmy w niej z przesadnym entuzjazmem 128 par kapci z "Frozen" i 274 gadżety z Zygzakiem McQueen'em, poza tym widziałyśmy 17873619296 rysunków, malunków, wyklejanek, wydzieranek, figurek z plasteliny, kubeczków po jogurcie, rolek po papierze toaletowym, koralików, wstążeczek i kij z tym z czego jeszcze, ważne, że za każdym razem trzeba było przeczytać imiona całej grupy i wiedzieć, które jest czyje.
To my, matki, które już to wszystko znamy i za czym tak tęskniłyśmy przez ostatnie 2 miesiące, zamykałyśmy te drzwi z ulgą. Jednocześnie z rozczuleniem i pewnym takim dobrotliwym, rozumiejącym uśmiechem patrząc na tych rodziców, którzy przerażeni, jakby tracąc grunt pod nogami, siłą trzymają się poręczy przy schodach prowadzących do sali dla najmłodszych i nie mogą oderwać zaciśniętych na niej palców. Zamykałyśmy drzwi, zostawiając za sobą panią Hanię, tłumaczącą, że dzieci sobie poradzą, że poszły nie oglądając się za siebie i filigranową panią Jolę stojącą na schodach jak Cerber i broniącą dostępu tym, którzy chcieli jeszcze tylko sprawdzić czy koszulka nie wyszła ze spodenek, czy rajstopki nie zjechały i czy rzep w kapciu się nie rozkleił, i przypomnieć, że majtki na zmianę są w szatni, i że tatuś będzie zaraz po podwieczorku, i jeszcze tylko jednego buziaka...
Stałyśmy tam pod przedszkolem tylko przez chwilę, wszystkie z uśmiechami na twarzach, z poczuciem, że właśnie spotyka nas zasłużona nagroda, z poczuciem, że wkrótce dokonamy rzeczy wielkich. A w powietrzu czuć było wyjątkową atmosferę, podniecenie, wolność...

3 dni później Pierworodny był chory.

Takie prawo Murphy'ego odnoszące się do życia przedszkolnego. Jeżeli przez całe 2 miesiące wakacji dziecko nie miało nawet kropli kataru, nawet o jedną kreskę podniesionej temperatury i nie zakaszlało nawet, gdy zakrztusiło się sokiem, wiedz, że po 2 dniach w przedszkolu przyniesie do domu tajemniczy wirus, a gdy tylko ozdrowieje, po kolejnych 2 - ostre zapalenie oskrzeli.

A potem czas nagle przyspieszył, niespodziewanie przyszedł listopad i bliżej już do Gwiazdki niż rozpoczęcia roku szkolnego. Kto by tam jeszcze pamiętał o wakacjach? Pierworodny na pewno nie.


Na początku września zapytała go Matka:

- A jak Pani spyta Was, co robiliście w wakacje, to co opowiesz?

Była Matka ciekawa, co jako pierwsze przyjdzie mu do głowy. Czy może 3-tygodniowy, pełen atrakcji wyjazd do Babci, czy trwający nieskończenie długo remont w domu, dzięki któremu ma teraz własny pokój, czy wycieczka do ZOO, a może jak wchodził na tę bardzo wysoką wieżę kościoła i jak zwiedzał różne zabytki, jak wchodził na mury obronne...

- To ja powiem, że kupiliśmy nowy odkurzacz. Mogę?


Czas odkurzyć blog.
Wracamy na dobre. I złe.


2 komentarze:

  1. No :-) przynajmniej już tu nie będę tak zagladała po próżnicy....

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak dobrze, żeś, Matko wróciła...i przeżyła te wakacje, akcje z gilem itp itd :)

    OdpowiedzUsuń