środa, 30 listopada 2016

Black Friday




Zaczęło się w czwartek. A nie, wróć!, zaczęło się w lipcu. W lipcu zaczął się remont mieszkania.
W lipcu też Matka kupiła przez internet tapetę do pokoju Syna Pierworodnego. Jak na matczyne standardy zabrało jej to niewiarygodnie mało czasu. Pół godziny, trochę wina, tapeta wybrana i zamówiona.

Rano, już bez wina, wybrana tapeta okazała się jakimś koszmarem. A przecież to były tylko 2 kieliszki! Słowo! Ale Matka zawsze upija się na wesoło i widzi wtedy wszystko w lepszych barwach. To i granatowa tapeta w małym pokoju wydała jej się świetnym pomysłem.

Ojciec kazał nie wymyślać, pogodzić się z tapetą, bo ładna i dać spokój. Ale co on tam wie? O tapetach.
Jedynym słusznym rozwiązaniem wydawało się poczekać, aż na drugim końcu Polski otworzą sklep z tapetami, by móc tam zadzwonić i błagać, by nie realizowali tego zamówienia. A pewnie tak się cieszyli, że udało im się sprzedać chociaż tę jedną rolkę... Obiecali jej nie wysyłać, a Matka, równie szybko co poprzednią, zamówiła inną. Tylko już bez wina.
Przysłali. Szybciutko, sprawnie, profesjonalnie. Kulturka.

Tylko, kurcze, ta tapeta... Coś jakby z nią nie tak? Nudna jakaś taka. Ta po winie to chociaż wyrazista była. Może aż nadto, bo granatowo-srebrna, ale przynajmniej była jakaś. Zachowała Matka uwagi dla siebie i po raz kolejny zrobiła to, co uznała za słuszne - potajemnie zaczęła szukać następnej. I znalazła. I-de-al-ną! Jakby stworzoną dla Pierworodnego, z autami i drogami. Taką, nad którą długo się zastanawiała, gdy Syn miał się urodzić, ale wtedy zdecydowała się na inną z tej samej kolekcji. Tak więc kolekcja to sprzed 5 lat, a jak już zdążyła się Matka zorientować, w świecie ścian i elewacji to cała epoka. Przemierzyła zatem internet po wielokroć wzdłuż i wszerz, by wreszcie znaleźć ostatnią dostępną w polskiej cyberprzestrzeni rolkę, czyli tyle ile potrzebowała. Kolejny raz kurier rolkę dostarczył.

Pozostało najtrudniejsze, wytłumaczyć Ojcu Pierworodnego, dlaczego znów zmieniła zdanie i kupiła trzecią tapetę oraz wmówić mu, że jest jakiś sens w tym, że teraz mają dwie rolki z różnymi wzorami. Ojciec akurat w sprawach typu wybór faktury, deseniu (czego?) czy odcienia tapety niewiele ma do gadania, czy to po winie, czy na trzeźwo (i to mu właściwie pasuje), więc szybko skapitulował i machnął ręką.

Po tym machnięciu miało już pójść łatwo.
Wciąż był lipiec, trwał remont, ekipa remontowa miała tapetę położyć i jeszcze w lipcu remont skończyć.
A potem był sierpień, trwał remont, Matka z Ojcem zwolnili ekipę i mieli skończyć remont sami. Uznali bowiem optymistycznie, że gorzej już i tak nie będzie i po co płacić komuś za partactwo, jak mogą spartaczyć samodzielnie.
A potem był wrzesień...

Wreszcie przyszedł czwartek i proszę, znaleźli czas, by tę tapetę przykleić. Czwartek, 24 listopada.
Pierworodny w przedszkolu, a Matka z Ojcem dziarsko zabrali się za robotę.

Cel: przyklejenie 3 pasków tapety
Doświadczenie i umiejętności: znikome
Godzina rozpoczęcia pracy: 10:00
Liczba popełnionych błędów: wszystkie
Godzina zakończenia pracy: 16:00
Najczęściej powtarzane przez Matkę słowa, wyłączając przekleństwa: "A pan Zenek z Jutuba zrobił to w 10 minut." i "Ja to już na bank kiedyś widziałam w tym serialu 'Sąsiedzi'."
Uzyskany efekt: wstyd przyznać

Na szczęście dla Pierworodnego nie jest ważne, że przy suficie dramat, bo tak wysoko głowy nie zadziera, a poza tym wiszą półki, więc czym się przejmować. Nie zwrócił też uwagi na tragedię po prawej, bo co z tego, że wystaje stara tapeta skoro on ją lubił. Matka bowiem wymyśliła, że skoro wcześniej były 3 paski tapety i teraz też mają być 3 paski, a tapeta jest tej samej firmy i z tej samej kolekcji, nie ma sensu zrywanie starej, położy się jedną na drugą i będzie cacy. Otóż... nie, nie będzie. Tapeta tapecie nie równa. A jak wam się wydaje, że rozmiar nie ma znaczenia i że nikt nie pozna, że jest trochę mniejszy to źle się wydaje, jak to w życiu. Rolka węższa o 3 milimetry, to po 3 paskach prawie centymetr i w efekcie dupa blada.

Ale za to bąbli żadnych Matka nie narobiła! O! A że niedoklejone w dwóch miejscach... Eee, coś się jeszcze wymyśli.

Jednak dla tej jednej, całkowicie szczerej i spontanicznej reakcji warto było przez to przejść:

"Nowa tapeta! Z samochodami!! I labirynty!!! O takiej marzyłem!!!!"


I tym optymistycznym akcentem czwartek się skończył.


A potem przyszedł piątek. Przyszedł i był zły.
Ale naprawdę zły zrobił się dopiero, gdy Pierworodny wyszedł po południu z przedszkola. Już w drodze do domu dało się wyczuć tę wibrującą energię, złą energię, czarną moc... Jakby dokładnie na matczyne osiedle spoglądało Oko Saurona, jakby zbliżała się klasówka z chemii, jakby gdzieś na świecie płakał jakiś jednorożec, jakby w święta nie miało być "Kevina"...
Z godziny na godzinę potęgowało się przeczucie, że coś musi się wydarzyć i że nie będzie to nic dobrego. Coś wisiało w powietrzu. I nawet pogoda tego dnia upiornie z tym czymś współgrała... Napięcie narastało jak u Hitchcocka. Wreszcie osiągnęło punkt kulminacyjny.

Matka z Ojcem zajęci byli akurat mocowaniem wymarzonej lampki nad łóżkiem Pierworodnego, gdy ten wziął młotek i najzwyczajniej w świecie jebnął nim w ścianę. W tapetę. Bo tak.

Dziura.

15 minut wcześniej w salonie, mając tego popołudnia na koncie już kilka durnowatych wyskoków, wziął czerwoną kredkę i próbował wyrazić swoją artystyczną ekspresję na białej ścianie. Matka proceder udaremniła nim doszło do katastrofy, ale coś tam jednak zmalować zdążył. 

Jeszcze emocje dobrze nie opadły, a ten tym młotkiem w ścianę. Matka wrzasnęła. Powiedziała swoje i oświadczyła, że wychodzi. Po czym wyszła. Najpierw z siebie. Potem do drugiego pokoju. Bo jak się okazało z nerwów tak skoczyło jej ciśnienie, że nie doszła dalej jak do kanapy. W tym czasie Pierworodny, niewzruszony matczynym wybuchem, jebnął w ścianę po raz kolejny. Matki ciśnienie jebnęło jeszcze wyżej.

Kiedy wreszcie wieczorem Pierworodny zasnął, za swoje zachowanie otrzymując najwyższy wymiar kary, tj. brak czytania książki na dobranoc, do Matki dotarło, że to dopiero piątkowe popołudnie, piątek, piąteczek, piątunio... Przed nią jeszcze sobotunia i niedzielunia. Wtedy stwierdziła, że musi się wyładować, inaczej nie zdzierży. I tu potrzebny był ciężki kaliber, na takie właśnie okoliczności stworzono krav magę, cross fit, iron mana i inne ekstremalne aktywności. Tylko co wybrać?

Wybór był oczywisty.
A zatem zakupy!
I tym razem nie przez internet. Choć nie ma co ukrywać, istniała obawa, że jeżeli wyjdzie tego wieczora z domu to już nie wróci. Ale kto nie ryzykuje, nie żyje, czy jakoś tak. Jeszcze półtorej godziny miała być otwarta galeria handlowa, a tego dnia akurat, jak na ironię, wypadał "Black Friday" - czarny piątek - dzień wyprzedaży, zakupowe szaleństwo, szopinG . Zaplanowała więc Matka, że kupi: czapkę, kurtkę na zimę i komodę. A jak starczy czasu to może jeszcze szalik. Taa...

Skończyło się tym, że kupiła mleko, polędwicę sopocką i kabanosy. 

Z tym że kabanosy zjadła w drodze do domu.
Zakupowe szaleństwo a'la Matka Wyluzuj!

I wiecie, co jest najgorsze w tym wszystkim? Bo zaczynając pisać ten tekst, Matka jeszcze nie wiedziała. To znaczy myślała, że najgorsze było to, że wrzeszcząc bądź cedząc przez zęby podczas tapetowania na zmianę "Gdzie jest ten cholerny nożyk do tapet?!" z "Ja pierdolę, teraz tu się odkleja" i "Nigdy więcej nie zamierzam kleić żadnych tapet!!! W życiu!!!!11", jednocześnie wiedziała już, że za kilka dni kurier ma dostarczyć kolejne dwie rolki, które zamówiła do salonu i cały ten koszmar zacznie się od nowa...
A jednak nie, nie to uczucie było najgorsze. Najgorsze, że teraz, między akapitami, wyszukała Matka w internecie zdjęcie tej tapety z pokoju Syna i okazało się, że...


przykleili ją, kurwa, do góry nogami!


9 komentarzy:

  1. Dawaj linka do tapety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba żartujesz. Zobaczycie jak to miało ładnie wyglądać, potem pokażę kiedyś, jak wygląda to w moim wykonaniu i wyjdzie na jaw, że nie ściemniam w postach tylko po to, żeby było śmiesznie i ruszy lawina coming out'ów, po których kolejno będziecie dowiadywać się w jak wielu dziedzinach życia jestem niedorozwinięta. Zacznie się od kretyńsko położonej tapety, potem że nie umiem zrobić rosołu, zszyć dziury w skarpetce, aż w końcu dowiecie się jakim jestem kierowcą i dopiero będziecie czytać mnie z politowaniem. Wolę jak czytacie dla beki niż z litości ;-) Zrobimy tak, że kiedyś wstawię gdzieś to zdjęcie, np. na instagram, a ci co je zobaczą, nie wiedząc jak miało być, dadzą miliony serduszek i napiszą, że ładnie i hasztagmiłości i wszystkim zrobi się lepiej. O! Tak to widzę :)

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Przecież ja to nawet nie wiem, jak wstawić tu zdjęcie :)
      Może, jak będzie trochę lepsze światło, cyknę i wstawię na instagram. W instagram trochę już umiem :)

      Usuń
  3. Bosko... życie, zdarza się. My mamy tapetę do salonu do przyklejenia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My też. Znasz kogoś kto umie? Płacę w złotówkach i mogę jeszcze ciasto upiec.

      Usuń
  4. Ahahaha <3 Puenta rozwaliła mnie na łopatki po prostu :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też :(

      A Ojcu Pierworodnego do teraz nie powiedziałam.

      Usuń