środa, 4 grudnia 2013

Mama nie wraca do pracy, czyli kura mocno domowa

Jestem kurą domową. I nie mam z tym żadnego problemu. Mam za to wrażenie, że problem mają z tym redaktorzy telewizyjnych programów śniadaniowych i kobiecych pisemek. Wszędzie wmawia się kobietom, że siedzenie w domu to zło konieczne, że nie należy poprzestawać jedynie na opiece nad dziećmi i zajmowaniu się domem. Obowiązkowo trzeba rozkręcać własny biznes, najlepiej "pod patronatem macierzyństwa", prosto z porodówki, po drodze do Urzędu Stanu Cywilnego po akt urodzenia, zajść do odpowiedniego urzędu firmę rejestrować. Pracować w domu podczas każdej drzemki dziecka. Dokształcać się, by szybciej, łatwiej, sprawniej wrócić na rynek pracy. A jak zostanie Ci jeszcze 10 minut wolnego czasu to coś podziergać. Małe paputki, czapeczkę, żyrafę, słonia, szalik chociaż. Albo naszywać na kocyki i poduszki sowy, bo nie wiedzieć czemu sowy w dziecięcym dizajnie są jakieś cholernie trendy. W przeciwnym razie nie masz szansy poczuć się spełniona. A Twoje dziecko, prędzej czy później, będzie Tobą gardzić. Córka za kilkanaście lat nie będzie Cię szanować, syn wyrośnie na mizogina i seksistę.

A ja to chromolę, ja podczas drzemki dziecka po internetach się szlajam, albo zmywarkę nastawiam i obiad robię. Ja podczas drzemki dziecka oddycham, kawę piję, pranie wieszam, podłogę myję. Klocki sprzątam, resoraki spod kanapy wyciągam, prysznic biorę, paznokcie obcinam i się maluję. Ten tekst piszę. I nawet nie umiem szydełkować.

Moje dziecko ma już 20 miesięcy a ja wciąż nie mam poczucia winy z powodu nieuruchomionych ambicji zawodowych. Nie wiem kiedy zacznę pracować i czy w ogóle w ciągu najbliższych kilku lat. Może, gdy Syn zacznie chodzić do przedszkola. A może będzie miał już wtedy rodzeństwo i to z nim będę siedzieć w domu? Może wrócę do pracy z Ojcem Pierworodnego, a może już byśmy nie umieli razem pracować? Zresztą zapewne wszystko wyglądałoby inaczej gdyby właśnie Ojciec Pierworodnego tak dużo nie pracował i moja ewentualna praca nie wiązała się ze zrzucaniem opieki nad dzieckiem na nianię, gdybyśmy mieli możliwość tą opieką się dzielić i wymieniać. Czy to naprawdę takie ważne, abym właśnie teraz pracowała? Czy naprawdę jestem aż takim pasożytem społecznym? Czy naprawdę byłabym znacznie lepszą matką, gdybym codziennie "wychodziła do ludzi"? Czy lepsze dla nas byłoby zostawianie Pierworodnego pod opieką kogoś obcego tylko po to, by na tę opiekę zarobić i aby mamusia mogła się wyrwać z domu? Nie ma we mnie potrzeby codziennego wyrywania się z domu. Wbrew temu, co wmawiają mi wszystkie media. Wbrew temu, co twierdzą eksperci od mydła i powidła w Dzień Dobry Na Śniadanie. Jest we mnie taka potrzeba raz na jakiś czas. I ogranicza się do tego, by wyjść na 2 godziny na jogę, pójść na zakupy bez dziecka, móc swobodnie wejść do przymierzalni*, by idąc, nie pchać przed sobą wózka, by iść najkrótszą drogą a nie tą, którą najłatwiej wózkiem przejechać. I trzymać ręce w kieszeniach. Taki mały luksus. Może nawet kiedyś zaszaleję i wyjdę z domu ze słuchawkami na uszach i empetrójką pełną niecenzuralnych piosenek.

Nie twierdzę, że wszystkie matki siedzące w domu tak mają. Ale skoro ja tak mam to pewnie i ktoś jeszcze. Tymczasem zewsząd wciska się nam prawdę oświeconą, jakoby matka w domu była matką nierealizującą się, niespełnioną, nieszczęśliwą. Nic tylko wyciągnięty dres, odrosty na głowie, obgryzione paznokcie, o braku makijażu nie wspominając. Już tylko Jacyków może pomóc. A im dłużej stan ten trwa, tym gorzej dla takiej matki, a co za tym idzie, także jej dziecka. Dlatego jak najszybciej wracaj, kobieto, do swojej korporacji! A jak nie, jeśli nie satysfakcjonuje Cię już wspinanie się po kolejnych szczeblach kariery, załóż własny biznes. Szyj ekologiczne mini-ubranka, piecz babeczki dla alergików, prowadź rytmikę dla noworodków, angielski dla niemowlaków, siłownię dla przedszkolaków. I jakoś w tych wszystkich przedpołudniowych programach, tworzonych prawdopodobnie dla emerytów, rencistów, bezrobotnych, kur domowych i młodych matek siedzących w domu z dziećmi, zapomina się, że to przecież nie jest normą, że nie każda młoda mama ma szansę wrócić do pracy na stanowisku, którego nazwy nawet nie umiem zapamiętać, ale zwykle ma coś z "managerem". Nie każda może też rozkręcić coś własnego - bo nie ma możliwości, umiejętności, talentu, środków, a może po prostu mieszka na zadupiu. Że rzeczywistość zwykle wygląda tak, że kobieta nie tyle chce, ale musi wrócić do pracy, a praca ta to nie jest układanie strategii rozwoju następnej kampanii reklamowej, ale siedzenie na kasie w supermarkecie, zasuwanie na hali produkcyjnej czy robienie czegoś innego, co zapewne nie przyczynia się do realizacji własnych ambicji i rozwoju osobistego. Dlatego nie wmawiajmy kobietom, że, owszem, ich opieka i czas spędzony z dziećmi są ważne, najważniejsze, ale przez jakieś kilka miesięcy, pół roku, może rok, potem muszą już myśleć o sobie. Nie wmawiajmy kobietom, że są mniej wartościowe jeżeli nie realizują się zawodowo. Nie wmawiajmy kobietom, że model rodziny, w którym to mężczyzna pracuje a kobieta zajmuje się domem jest zły i przestarzały. Na szczęście żyjemy w takich czasach, kiedy każdy model jest dobry, o ile sprawdza się w tym konkretnym przypadku. Nie musimy się już przejmować tym, co pomyślą inni (chociaż jakaś zaleta rozluźniania się więzi społecznych i tego, że nie znamy swoich sąsiadów). Dawniej facet mógł powiedzieć: "Nie życzę sobie, by moja żona pracowała" i zwykle było tak jak chciał. Dziś taki facet i taka żona mogą usiąść i ustalić czego oboje chcą, kto za co w związku będzie odpowiedzialny i w jakich rolach będzie czuł się najlepiej, czy stać ich na to by jedno z nich nie pracowało, czy kariera jest dla nich ważna, czy wystarczy im chodzić od poniedziałku do piątku na 8 godzin do fabryki, odpękać, mieć z głowy i czekać na weekendy.
Nie wmawiajmy innym, że żyją nie tak jak powinni. Że trzeba im czegoś więcej. Nie uszczęśliwiajmy na siłę.

Jestem kurą domową. Panią domu. Mieszkania. Na kredyt. Bynajmniej nie perfekcyjną panią domu. Jestem młodą mamą. Mój dzień zaczyna się wtedy, gdy budzik zaczyna po mnie skakać. Budzik sama sobie urodziłam i nawet nie wiem kiedy przystałam na to, że wolno mu po mnie rano skakać, ale przed pierwszą kawą zwykle jest mi wszystko jedno. Budzik to Syn, z Synem jemy razem śniadania, nigdzie się nie spiesząc, przeciągamy je w nieskończoność, bywa, że i ponad godzinę tak sobie siedzimy. Nigdy wcześniej nie jadałam regularnie śniadań. Jeżeli w ogóle jadałam coś przed południem to w biegu, w międzyczasie "czegoś". Nigdy wcześniej moje życie nie było tak uporządkowane. Nigdy nie robiłam tyle dla drugiego człowieka. Nigdy nie chodziłam też szczególnie dużo na spacery. Miasto, w którym mieszkałam od prawie 4 lat, zaczęłam poznawać dopiero spędzając codziennie po 4-5 godzin na łażeniu z niemowlakiem w wózku to tu, to tam i opowiadając mu co dzieje się wokół nas. Popołudnie to już nie kawka, papierosek i książka, tylko jeżdżenie samochodzikami po podłodze i po czym się da, próby nauczenia dziecka prawidłowego użycia klocków LEGO, wygłupy na łóżku, uczenie korzystania z nocnika, przeglądanie książek, czasopism i gazetek reklamowych pod kątem czy jest w nich jakiś piesek... A po 20-tej świat zamiera. Syn idzie spać, robi się cicho, wszystko się uspokaja. Nic specjalnego się nie dzieje. Jest czas by posiedzieć nad nowym tekstem na blog. Zwykle to siedzenie to zasiedzenie się do 1 czy 2 w nocy. Przed wpełznięciem pod kołdrę jeszcze chwilka obserwowania małego, ciepłego, idealnego człowieczka. Jestem tylko ja i on. Wchodzę w spokojny rytm jego oddechów. Poprawiam kołderkę. Po chwili sama zasypiam licząc na to, że obudzi mnie dopiero poranne radosne skakanie budzika. Nie przegapiłam niczego. Pierwszych turlań z brzuszka na plecki i odwrotnie, pierwszego raczkowania, pierwszego jedzenia marchewki, pierwszego słowa. Przyznaję, przy pierwszych kroczkach byłam odwrócona, ale nie przegapiłam szczęśliwej miny Ojca, który to widział. Byłam świadkiem najbardziej zwariowanych zabaw, najciekawszych odkryć i najbardziej absurdalnych pomysłów Syna.
Czy to źle, że wolę to wszystko od wstawania rano do pracy, jedzenia w pośpiechu śniadania, nerwowego pakowania się, poganiania i wyprawiania dziecka do niani, życia w biegu, ciągłego zastanawiania się czym akurat zajmuje się Pierworodny, robienia zakupów w pędzie po drodze do domu, wieczornego gotowania obiadu "na jutro", poczucia niedoczasu i obawy, że coś może mnie ominąć?
Jestem kurą domową. I nie mam z tym problemu.


* Próbował ktoś przymierzać dwuczęściowy strój kąpielowy w obecności dziecka, które ani prośbą ani groźbą nie chce usiąść w wózku? Bo Matka próbowała. I roznegliżowana goniła Syna po sklepie z bielizną w zatłoczonej galerii. Zresztą zasłonki też nie mogła w przymierzalni zasunąć, bo Syn stwierdził, że akurat tego dnia ma klaustrofobię. I tym sposobem Matka dalej nosi swoje bikini z czasów liceum.

26 komentarzy:

  1. Śledzę Twój blog od jakiegoś czasu i coraz bardziej mnie wciąga. Co prawda nie komentowalam do dej pory Twoich tekstów, ale teraz muszę, bo miałaś niesamowite wyczucie z tym tekstem. Właśnie w ten poniedziałek wróciłam do pracy. Bardzo cieszę sie z tego. Chociaż miło było być w domu, to miło tez robić cis innego niż sprzątanie,gotowanie, karmienie, itd. Tym wszystkim zajmuje sie teraz maź. W Finlandii to bardzo popularne rozwiazanie, ze gdy mama wraca do pracy to tata zostanie na posterunku. Fajna sprawa zeby tata tez posmakował tego domowego kieratu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo fajna, szkoda że w Polsce jeszcze długo będzie niepopularna. Raz w tygodniu, co najmniej, mówimy z Ojcem Pierworodnego, że fajnie byłoby się zamienić na jakiś czas, każde z nas by odpoczęło.

      Usuń
    2. No to u nas w Danii tak samo, maz byl na tacierzynskim przez 4 miesiace :-)

      Usuń
  2. Amen Matko! lwinama (czytam codziennie, pierwszy raz komentuję i pozdrawiam :) )

    OdpowiedzUsuń
  3. Obiad przez całą audycję Za a nawet przeciw na Trójce? Czemu nie - obie korzystamy - ja wysłuchuję spokojnie audycji, Młoda zjada obiadek. Co z tego, że pod koniec już zimny... Ważne że cały i bez poganiania. :) Dzięki za ten wpis, od dziś to jakby mój manifest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciepłe posiłki są nad wyraz przeceniane ;-)

      Usuń
  4. Dobrze napisane. Też denerwuje mnie, gdy wmawia się matkom, że siedzą w domu i są mniej wartościowe. Sama z tego powodu zaczynam się źle czuć, bo wszyscy wokoło pytają i jak? To co teraz robisz?

    OdpowiedzUsuń
  5. Zgapiasz! Jesteś u Pani!:)
    A tak serio, świetny tekst.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę tak wyszło. Ale naprawdę ten tekst siedział we mnie odkąd prowadzę blog. Miałam nawet jego szkic w kajecie, w którym początkowo zapisywałam różne notatki i pomysły związane z "Matką Wyluzuj!". A że ostatnio nic się nie dzieje to postanowiłam dokończyć post, który już dawno rozgrzebałam. Niewątpliwie zmobilizowałaś mnie do przyspieszenia tempa :-)
      W końcu sama nawoływałaś "Kury domowe wszystkich krajów łączcie się!" No to się przyłączyłam :-)

      Usuń
  6. Skarbie, jestem Matką mocno pracującą i mocno zazdroszczę kobitkom, które mają możliwość zostać w domu z dzieckiem, to moje marzenie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie o to mi chodzi, są kobiety, które chcą pracować będąc mamami małych dzieci i są takie, które nie chcą. Niewiele z nas ma wybór. Decyduje często los czy sytuacja materialna.

      Usuń
    2. Pracowałam przez pewien czas na pół etatu i to było własnie to :) ale kasy też połowa i to już nie było fajne.

      Usuń
  7. Najważniejsze jak Ty się z tym czujesz..bo media wmawiają nam różne pojeb...ne rzeczy. Na macierzyńskim miałam czasem ochotę rzucic czymś w telewizor, czasem dopadalo mnie poczucie winy, że ja TYLKO zajmuję sie dzieckiem, a powinnam jeszcze..uczuć się korespondencyjnie języka chińskiego, robic mandale, dziergac na drutach...ehhh.
    Ja była rozdarta między powrotem do pracy a zostaniem w domu. Pomijam, że wybór miałam żaden. Nie mniej jednak, w pracy się nie spełniam, nie robię KARIERY, ale z przyjemnością do niej chodzę...Ja jakaś antydzieciowa jestem. Mogę rodzić, ale 24h z nimi bym ocipiała...
    Tym bardziej szacun Matko!...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każda z nas jest inna. Ja ocipiałabym, gdybym przez 8, 9 czy 12 godzin dziennie miała zastanawiać się co dzieje się w domu, co robi Pierworodny, czego się dziś nauczył, co wymyślił... Widać jesteśmy z Synem parą, która potrzebuje więcej czasu na przecięcie pępowiny ;-)

      Usuń
  8. Prawda jest taka, że gdybyśmy w ogołe nie musieli pracować, to bysmy tego nie robili. W każdym razie ja tak mam. Na pewno coś bym robiła, czegoś się nauczyła, pewnie coś wyprodukowała (materialnego lub nie), ale bez przymusu do pracy na etat ze wstawaniem o 6 rano i korków - w życiu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że ludzie, którzy pracują z pasją, którzy robią to co lubią, o czym wcześniej marzyli, chodzą do pracy z przyjemnością i nie przeszkadza im pora wstawania i korki.

      Usuń
  9. świetny tekst. Robisz coś wspaniałego dla swojego dziecka. Ja niestety muszę dziennie wstawać rano do pracy. Lubię swoja pracę, ale męczy mnie fizycznie. Ale muszę kurna wstać i iść tam. Takie realia. pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Ehhhh to temat rzeka. Znaczy się dla mnie kobieta zajmująca się dzieckiem napewno nie siedzi. To trudne zadanie - jak dla mnie- zająć się domem i dzieckiem. Więc szacun dla kobiet które to robią - sama sobie się klaniam ;) ja bym jednak cale dnie nie dala rady i mi czasem teskno do ludzi. Nie to że do pracy. Poza tym ja nie bardzo mam wybór. Nawet jak bym chciała. I więcej powiem, do żłobka będę musiała oddać jak z 16mcy będzie miał ;/ Polska -.nic tylko dzieci rodzić.

    OdpowiedzUsuń
  11. Kochana, szczyrą prawdę żeś wysmarowała! Toć cały mój "Projekt rodzeństwo" jest dlatego, żeby mi nikt nie przygadał, że z jednym dzieckiem "siedzę" w domu. Rozważałam trzy opcje: powrót do pracy rok po urodzeniu Wikulka, rozpoczęcie studiów dr lub urodzenie drugiego dziecka i zostanie w domu z potomstwem przez cztery lata. Zastanawiałam się miesiąc. A potem zawołałam chłopa do sypialni. ;)
    I teraz, po ponad dwóch latach macierzyństwa, jestem nadal nieziemsko zadowolona z mojego kurodomostwa. Gdy pracowałam zawodowo, zaharowywałam się na maxa. Spałam po 4 godziny na dobę, na L4 pracowałam zdalnie z domu, ba, jeszcze w 7 miesiącu ciąży jeździłam do pracy na drugi koniec miasta (2 godziny trasa praca-dom, dwie godziny powrót, w obie strony jazda z dwiema-trzema przesiadkami autobusowo-tramwajowymi). Mój obecny poziom zmęczenia jest porównywalny do tamtego, ale satysfakcja - o wiele większa. Poza tym właśnie teraz mam czas na realizowanie swoich pasji. Książki czytam na tony, ciasta robię z Wikulkiem w ilościach hurtowych, nawet na hiszpański i robótki ręczne mam czas.
    Znajomy doradca finansowy pytał mnie wczoraj, czy nie obawiam się wypadnięcia z rynku pracy. Cóż. Nie obawiam się. Mój rynek pracy jest tak beznadziejny, że w ogóle nie ma sensu się nim przejmować, bo pracy nie było na nim pięć lat temu, nie ma teraz i nie będzie za pięć lat. Więc ja te lata bardzo chętnie spędzę z rodziną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W domowym kieracie jeszcze dłuuugo nie wypadniesz z obiegu ;-)

      Usuń
  12. Mądrze kobito piszesz!

    I tak naprawdę najważniejsze chyba jest jak się kobieta sama ze sobą czuje. Jeśli woli iść do pracy bo zmęczona domem, to niech idzie, nawet po 4 miesiącach od urodzenia dziecia. Nic nam do tego. Jeśli woli etat domowy, to też nie mamy co się wtrącać. Gorzej, gdy do pewnych wyborów jesteśmy jakoś tam zmuszane.

    Ja z chęcią wróciłam do pracy półtora roku po urodzeniu się Luli. Nie powiem, jest ciężej, ale przynajmniej chłopina pomaga.
    Ale pamiętam też frustrację udomowieniem i trochę zazdroszczę Ci twego pozytywnego podejścia do "kurodomostwa". Tak trzymaj :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Swietny tekst,dziekuje Ci za niego,dodalas mi otuchy:-) Kura domowa i Twoja stala czytelniczka

    OdpowiedzUsuń
  14. Ciesz się tymi chwilami, nie widomo ile potrwają:)Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  15. Moja ma 15 miesięcy, a ja nie wybieram się w najbliższym czasie do pracy,
    "siedzę" w domu, gotuje obiady, robię zakupy i czasem nawet próbuję sprzątać :) czy jest mi z tym źle? Absolutnie NIE! wiem co moja córka do mnie "mówi", wiem jak nazywa różne przedmioty, wiem co lubi jeść, jakie książki przeglądać, a dzisiaj widziała pierwszy raz śnieg i to właśnie ja jej go pokazałam :) jest mi z tym dobrze i nie chcę tego teraz zmieniać... dzięki, miałam nadzieję, że nie tylko ja jestem taka domowa mama.

    OdpowiedzUsuń
  16. Wróciłam do tego tekstu i przeczytałam go po raz kolejny z wielką przyjemnością. Masa w nim ważnych spraw poruszona! Nie jestem na bieżąco nie tylko z programami śniadaniowymi, ale i w ogóle telewizją, więc trudno mi się wypowiedzieć z mojego punktu widzenia na ten temat. Jedyne, co moge stwierdzić, to to, że nie lubię, jak mi się mówi, jak mam żyć i co zdaniem innych jest dla mnie najlepsze.

    Najważniejsze jest to, żeby, jak piszesz, danej rodzinie wybrany model odpowiadał. Kropka.

    Są mamy, których życiową misją jest kariera, są i takie, które chcą być długo ze swoimi dziećmi. Każdemu odpowiada co innego, to takie proste! Jedna męczy się w domu, inna jest szczęśliwa i czuje się spełniona!

    Moim zdaniem najważniejsze to żyć w zgodzie ze sobą.
    Ten słynny (a przynajmniej znany) ostatnio w internecie krążący wywiad, mówiący o tym właśnie, że mama siedząca w domu jest nieekonomiczna dla państwa i pracodawcy, że jej doświadczenie zawodowe i kariera tracą w związku z wydłużonym urlopem macierzyńskim i że prawidłowym wyjściem jest polepszenie instytucjonalnej opieki nad dziećmi - ten artykuł budzi moją niechęć. Jako ekonomistka nie mogę się z nim nie zgodzić, fakt, ale jako matka oponuję.
    Mama pozostająca ze swoim dzieckiem w domu dba o jego rozwój w każdym aspekcie najlepiej, jak żaden inny opłacony opiekun. Inwestuje tym samym nie w swoją karierę, ale w rozwój psychiczny dziecka, ładuje mu emocjonalne baterie na całe życie, cieszy rozwojem, uczestniczy w kamieniach milowych (i mogłabym tak jeszcze długo). Uważam, że im więcej rodziców w domu, tym lepiej, o ile tylko im to odpowiada.

    OdpowiedzUsuń
  17. Ja jestem z tych, co to w ciąży wiedziała, że wróci do pracy, bo w domu zwariuje. A jak młoda miała pół roku to ryczałam jak głupia, że nie będę niani szukać, że zostaję z nią, że nie zostawię. ALE niani poszukałam, znalazłam genialną, do pracy wróciłam dwa miesiące później i jest mi w niej dobrze. Są takie weekendy, że z utęsknieniem czekam na poniedziałek, ale są też takie, że najchętniej wzięłabym tydzień wolnego i posiedziałabym z młodą.
    Grunt to jak mówisz - że wszyscy są zadowoleni.
    Wkurza mnie tylko jedno. Nie to, co Ciebie, nie nagonka medialna, oni gadają, bo o czymś muszą. Wkurza mnie ta nieustająca "walka" między dwoma obozami - matkami pracującymi zawodowo i takoż niepracującymi. Bo pomiędzy nimi ZAWSZE były, są i będą jakieś animozje. Czemu? Może jedna drugiej zazdrości, ale za chiny się nie przyzna? Jedna mówi "nie siedzę TYLKO w domu", a druga "a ja nie przegapiłam jego pierwszych kroków"? Może dlatego, że jedna i druga ma wyrzuty sumienia, ale z dwóch różnych powodów?
    A może nie powinno mnie to wkurzać, bo tak po prostu jest i kropka?
    Rozpisałam się. A, tak z rana, w pracy, przed kawą mnie jakoś naszło. Bo weekend był z tych, co to mogłyby się nie kończyć ;)

    OdpowiedzUsuń