czwartek, 19 grudnia 2013

Giń poczwaro! Jak dzielna Matka złego smoka pokonała.

Dawno dawno temu, gdzieś w okolicach kwietnia roku Pańskiego 2012, żyła sobie pewna Matka. Właśnie urodził się jej Pierworodny Syn. Skarbeczek, oczko w głowie, maleńka okruszynka. Był tak piękny, że wszystkie niewiasty w królestwie mdlały na jego widok, serca mężnych rycerzy miękły zaś, gdy przyszło do spotkania z rozkosznym berbeciem.
Choć zamek, do którego przywiozła Matula swego Syna po tym, gdy powiła go na świat - całe dwukomnatowe 32 metry kwadratowe - był przez nią starannie przygotowany na powitanie świeżo narodzonego dziecięcia, wciąż widziała wokół mnóstwo zagrożeń i niebezpieczeństw. Zewsząd czaiły się piastunki, które, w oczach Matki, mogły jej maleństwu wyrządzić krzywdę. W dodatku z ust piastunek bezustannie powracała wizja, przed którą mądre księgi ostrzegały Matkę, gdy ta jeszcze w stanie błogosławionym czekała na rozwiązanie. Wizja złego smoka.
Jak wiadomo nie od dziś, w baśniach i bajkach, podaniach i legendach, smoki nigdy nie niosą ze sobą niczego dobrego. Nawet, gdy są to jedynie małe smoczki. Silikonowe, ortodontyczne i przeznaczone dla dzieci 0+.
Słodki berbeć chował się zdrowo i rósł szczęśliwie, dając tym wiele radości swym rodzicom i dziadkom. Jednak, poza byciem rozkosznym i zdrowym, miał jedną wadę. Darł ryja nieprzyzwoicie głośno. Już akuszerki przyjmujące poród nie mogły się nadziwić jak mocne są płuca tego malca. Chłopiec płakał przeraźliwie za każdym razem, gdy domagał się jedzenia. A z każdym tygodniem domagał się go więcej i więcej. Matka, targana poporodową melancholią, wypłakiwała oczy nad takim stanem rzeczy. Mimo to przez długi czas każde wspomnienie o smoku przez życzliwe kumy i piastunki traktowała jak atak na jej doskonały obraz doskonałego macierzyństwa. Poporodowa melancholia minęła i Matka w końcu przywykła do spędzania wielu godzin każdej doby na pojeniu niemowlęcia. Jej kibić, wyczerpana niekończącym się karmieniem oraz codziennymi obowiązkami piastowania dziecięcia, bardzo szybko wychudła i zmizerniała. Mimo to Matka nie zrezygnowała z naturalnego pokarmu na rzecz złowrogiego jadła z mieszanki w proszku. Wciąż trzymała się swojego doskonałego obrazu doskonałego macierzyństwa, niejednokrotnie zaciskając z frustracji pięści i zęby.
A skoro już o zębach mowa... Nastał dzień, w którym Syn zaczął przejawiać oznaki wyżynania się pierwszych ząbków. Dzień ten okazał się jedynie nieśmiałą zapowiedzią przerażającego czasu, który nastał w królestwie. Czasu trwogi, niepokoju o to, co przyniesie każdy kolejny wschód słońca, czasu pożogi i skrajnego wycieńczenia całej familii. I w tym właśnie czasie nastał u cierpiącego potomka rodu zwyczaj wkładania paluszków w ustka. Z czasem nawyk ten przerodził się, niestety, w przymus ssania kciuka. Wtedy Matula, pełna obaw (Co to będzie? Co to będzie?) posłuchała rady Matki Chrzestnej swego pacholęcia, która jeszcze żakiem będąc wyuczała się na medyka od zębów. Matka Chrzestna orzekła, iż smok w tej bajce zagościć musi. Bo podobno lepiej walczyć ze smokiem, niż dziecięciu własnemu palce ucinać.
Udała się Matka do jaskini smoka. Niczym Sezam otworzyły się przed nią automatyczne wrota sklepu z wszystkim, co niezbędne i zbędne do wypielęgnowania oraz wyprowadzenia na ludzi potomstwa. Znalazła Matka miejsce spoczynku groźnego potwora. Opłaciła w złocie (złotych) strażników jaskini, której nazwa dziwnym zbiegiem okoliczności tylko jedną samogłoską różni się od nazwy SMOK.
W zaciszu komnaty zaczęła oswajać swe maleństwo ze straszną poczwarą. Syn, mimo zaledwie niespełna 6 miesięcy ukończonych, okazał się dzielnym i mężnym malcem i w mig okiełznał straszydło. Od tej chwili, z każdym dniem stawali się coraz bliższymi sobie kamratami, aż doszło do tego, że byli niemal nierozłączni. Próżno było doszukiwać się chwil, gdy jednego nie było przy drugim, ot, tacy przyjaciele - gdzie smok tam Syn Pierworodny, kędy Pierworodny tam i smok. Tak mijały dzionki, tygodnie, miesiące. Z trwogą wciąż Matula patrzyła na to miłowanie, w pamięci jeszcze mając, obrastające aktualnie kurzem, mądre księgi, które kiedyś czytała...

Minęła jesień, zima, mijały kolejne pory roku. Aż znów nastała zima. Przyszedł grudzień A.D. 2013 i dzień, w którym Matka, niespodziewanie nawet dla samej siebie, znalazła w sobie pokłady siły i odwagi by stanąć wreszcie do walki z wrogiem terroryzującym mieszkańców jej królestwa, poczwarą, która nie, gdy się pojawia, lecz gdy znika sieje zamęt i spustoszenie. Nastała właśnie nowa jutrzenka, która od samego początku nie zapowiadała niczego dobrego. Niespożyta energia rozpierała Syna Pierworodnego, a jego zmęczona rodzicielka nie była w stanie opanować wszystek niepożądanych zachowań swego podopiecznego. Gwar, wrzawa i harmider zapanowały w komnatach zamku. A pomysły coraz śmielsze i bardziej niebezpieczne przychodziły do głowy rozbrykanemu i krnąbrnemu szkrabowi. Wtem wpadł on na to, by rzucić swego smoka ukochanego za łoże gościnne (czyt. kanapę w salonie). Matka ostrzegała jakie skutki za sobą czyn ten poniesie. Że zginie smok marnie i już go Syn nie obaczy. Nie dał wiary słowom Matki Syn jej jedyny i mimo przestróg postąpił jak uważał. A rzecz się stała zgodna z Matuli wróżbą. Szlochom i łkaniom tego dnia nie było końca. Złość i rozpacz rządziły w królestwie jeszcze przez wiele godzin. W niewyobrażalne pokłady konsekwencji i siły woli musiała się Matka uzbroić. Ciężką stoczyła walkę. Wygrała.
Obyło się bez poświęcania dziewicy w ofierze czy niehumanitarnego podtruwania pikantną baraniną tudzież topienia poczwary w odmętach Wisły za oknem płynącej.

Czasem jeszcze Syn z nostalgią wskazuje na łoże. Z zafrasowaną miną woła: "Yyyy". Jednakoż po nieodmiennym wytłumaczeniu: "Nie ma smoka. Wrzuciłeś go za kanapę" rychło powraca do swoich codziennych zajęć.

Od siedmiu dni i trzech nocy (no jakiś tam smoczek w zapasie jeno na ciężkie czasy był skitrany i podawany w razie nocnej pobudki, a szybko zabierany jeszcze przed pełnym podniesieniem powiek przez dziecięcie)  w królestwie panuje szczęśliwość, a groźny smok nikomu już nie zagraża.
Czego i Wam moi mili życzę.

I ja tam byłam i miód i wino piłam.
A potem na blogu Wam wyłożyłam.
Koniec


13 komentarzy:

  1. Obecnie nie wyobrażam sobie zycia bez niego, a raczej funkcjonowania córki...To najlepszy sztuczny uspokajacz jaki wynaleziono...
    My jeszcze nie panikujemy...
    ...Może na dwa latka..zaczniemy...

    OdpowiedzUsuń
  2. Pozbyć się SMOKA to moje noworoczne postanowienie:) Boję się bardzo....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się bałam. I nie wyobrażałam sobie jak to będzie. Dlatego dokonałam tego bez planowania. I z zaskoczenia - zaskoczyłam samą siebie. I początkowo z lenistwa, bo mi się kanapy odsuwać nie chciało - ale pod koniec dnia to już tapicerkę z nerwów gryzłam, byle się nie złamać i nie odsunąć.

      Usuń
  3. U nas Księżniczka w dzień jakoś sobie radzi bez Smoka. Ale w nocy... Jeśli tylko Smok zniknie poza zasięg Księżniczki. Oj, przerażające to miejsce, ta Kraina Zaginionych Smoków. Więc Księżniczka śpi z czterema Smokami na raz. W razie jakby co - zawsze się coś pod ręką znajdzie. A Matka Księżniczki przesypia spokojnie noce. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. U nas tylko przy zasypianiu, a i tu nie zawsze potrzebny. Chociaż też chciałam bez smoka wychowywać, ale jak zaczęła na cycku wisieć, a jak nie, to ryczeć, bo chce ssać, to Tatu się poddał i pobiegł po ratunek :D (choć o ile się nie mylę, to rycerze ratują w bajkach, a nie smoki :)

    OdpowiedzUsuń
  5. U nas rytualnie dziecię smoka wywaliło do kosza i od tej pory spokój :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też swego czasu miałam wizję, że tak właśnie się to odbędzie. Wyszło jak wyszło. A wyszło na dobre :-)

      Usuń
  6. Eee, ale czemu tak wcześnie? Ja wychodzę z założenia, że skoro norweskie i francuskie dzieci mogą ssać smoka chodząc do przedszkola, to moje też będzie, jeśli uzna to za właściwe. Ale ja to chowam bezstresowo królewnę, królewnom jak wiadomo wolno wszystko i wszędzie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi się trafiło akurat polskie dziecko. A i krwi błękitnej nie miało po kim odziedziczyć. 20 miesięcy to według mnie, Matki serwującej dzieciństwo pełne stresów, wcale nie jest wcześnie ;-)

      Usuń
  7. Odpowiedzi
    1. Aha! Swoją drogą (wiesz, ja od 1,5 roku 4 godzin snu ciągiem nie doznałam) - lepiej młodzież śpi po tym?

      Usuń
    2. Lepiej! Sprawa zdecydowanie się poprawiła, kiedy zaczęłam na noc zamykać bar mleczny. Pokonanie smoka sprawiło, że już mogę z dumą powiedzieć, że Syn przesypia noce. Oczywiście nie każdą jedną w swoim łózeczku, ale przecież wyjątki potwierdzają regułę ;-)

      Usuń