poniedziałek, 6 lipca 2015

Wybór ginekologa to nie żadne hop-siup



Lada moment Matka i Ojciec stracą swoją sypialnię. Odkąd są matką i ojcem sypialnia nie należy tylko do nich, ale nadal to właśnie ich łóżko zajmuje 50% jej powierzchni. Wkrótce zamiast łoża małżeńskiego stanąć ma nowe, niebieskie łóżeczko Pierworodnego. I komódka. I regał.

Regał też Matka traci, bo padło na ten z salonu, na którym trzyma swoje książki. Ostatnie niezesłane jeszcze do piwnicy.
Za każdym razem, gdy zmuszona jest pakować kolejną partię w kartony (odkąd przyszło jej mieszkać w maleńkim mieszkanku w bloku, tych razów było już wiele, bo księgozbiór, nie wiedzieć jak, mnoży się bez końca), trudno powstrzymać łzy, a w myślach przeprasza i Pilcha, i Leśmiana, i Cervantesa. I obiecuje, że spotkają się kiedyś wszyscy razem w nowym domu. I opowiada jakie biblioteczki już dla nich wybrała. Białe, ze szklanymi drzwiami. Duże i przestronne, by każdy miał swoje miejsce...
Będzie pięknie.
Bo Matka wie, że w [upragnionym, wyczekiwanym i ciągle tylko potencjalnym] nowym domu może długo żyć bez szaf, wieszaków czy biurka. Ale regały dla książek muszą być w pierwszej kolejności. Przecież już im to obiecała!

Tymczasem traci Matka sypialnię, regał, kanapę dla gości (która będzie teraz jej i Ojca kanapą), do tego resztki poczucia odrobiny luksusu w postaci ogromnego łóżka oraz komfort schowania się w ciągu dnia pod kołdrę, gdy trzylatek doprowadzi ją do stanu, kiedy to rozwiązanie jest najbezpieczniejszym dla wszystkich. W zamian zyskując jedynie nadzieję, że dziecięcy stuff przestanie okupować całe mieszkanie przez całą dobę, a skupi się na jednym pomieszczeniu.
Ha! I wreszcie będzie mogła powiedzieć: „Marsz do swojego pokoju!”.

I tak pakowała Matka swoje książkowe zbiory... Segregowała, oddzielając to, bez czego nie mogłaby żyć od tego, bez czego będzie musiała. Zostaje jedna mała półka, na której trzeba było zmieścić i Marqueza, i Hłaskę, i Poświatowską, i Kapuścińskiego...

Wiecie jak to jest z porządkami. Czy to wśród starych zdjęć, płyt, listów czy właśnie książek. Zawsze trafia się na jakieś wspomnienia, smaczki, coś, co nie wiadomo skąd się wzięło, coś, o czym dawno się zapomniało, coś, czego nie powinno już być. Tym razem wpadła na Grzesiuka. Jak to się stało, że jeszcze nie czytała? Już, już miała przepaść bez reszty, zapominając o całym bibliofilskim rozgardiaszu wokół, gdy kąt oka zahaczył o jeszcze jedną książkę - jej tytuł zdecydowanie należał do kategorii wspomnień.

Gdy swego czasu Matka z Ojcem zorientowali się, że będą matką i ojcem, byli w kwestii rodzicielstwa zieloni jak szczypiorek na wiosnę. Matka zarządziła wizytę w księgarni. Ojciec, choć nie jest w równym stopniu co ona czytelniczym entuzjastą, jest bardzo mądrym człowiekiem, więc wie że żonie i jej genialnym pomysłom nie warto się sprzeciwiać, a ciężarnej żonie po prostu nie należy. Doskonale pamięta Matka te zakupy. Zniżki 25% tak łatwo się nie zapomina.
Pamięta też, że kupiła dokładnie to, co było im wtedy potrzebne. Dla siebie cegłę-kompendium wiedzy na temat ciąży w stylu "Ciąża dla opornych". Dla obojga album do uzupełniania informacjami z okresu ciąży i 1. roku życia dziecka. A dla Ojca poradnik dla przyszłych ojców, jakby napisany specjalnie dla niego. Jego językiem i biegnący jego tokiem myślenia. I właśnie na ten poradnik trafiła Matka przy porządkach.

Otworzyła z uśmiechem małą, niebieską książeczkę, z sentymentem przywołując miłe wspomnienia czasu ciąży, i to przy tej lekturze przepadła...

Obok informacji praktycznych te naprawdę istotne:

"Chcesz znać sposób na kobiece zachcianki? Jest jeden - po prostu je spełniaj..."

"Kupa to nie dezodorant. Po prostu śmierdzi. Sprawnie przewinąć rocznego szkraba, to jak zabić muchę patyczkami do chińskiego jedzenia."

Natrafiła też na rozdział dotyczący wyboru lekarza. Jakże trafny i życiowy!
Streścić go można krótko:

jeśli ona powie, że to ten jedyny, nie masz nic do gadania.

Ha! Wspomnienia wędrują cztery lata wstecz iii: tak właśnie było!

Matka przewertowała wtedy ok. 8. razy cały internet wzdłuż i wszerz. Wybrała! Nic to, że drogo, nic, że coś tam jeszcze nie do końca mogło pasować. Czuła, że ten i żaden inny. I się nie pomyliła.
Nie oszukujmy się, wybór ginekologa przez kobietę to nie żadne hop-siup. Można go porównać chyba tylko do wyboru mechanika samochodowego przez mężczyznę. To nie może być pierwszy lepszy. Trzeba mieć zaufanie, poczucie bezpieczeństwa, czuć to COŚ. No sorry, ale bez tego mało która jest w stanie rozłożyć nogi. I czuć przy tym choć minimum komfortu. Dlatego warto przed podjęciem decyzji znać wszystkie możliwe opcje, by móc zdecydować się na tę dla siebie najlepszą.

Matka ma taką życiową tendencję, że zwykle trafia na dziwnych lekarzy. Nieważne czy chirurg czy lekarz medycyny pracy. Zawsze jest w nich coś osobliwego. 
Ginekolog-położnik również nie odbiegał od utartej normy. Z wizyty na wizytę oboje z Ojcem coraz bardziej do tego przywykali i wręcz czekali czym ich znowu zaskoczy, jakim tekstem, jakim spostrzeżeniem...

Mniej więcej w połowie ciąży - to taki etap, gdy dociera, że serio ma się w sobie prawdziwego człowieka, ale zupełnie nie wiadomo, co to niesie na przyszłość i co tak naprawdę z tego wyniknie - lekarz ni z tego, ni z owego, zupełnie gratis, bo po wystawieniu rachunku, uraczył Matkę i Ojca życiową mądrością.

Matka i Ojciec już mieli szykować się do wyjścia, już dumnie dzierżyli wydruki z wynikami badań, kartę ciąży i, co najcenniejsze, kolejne zdjęcia z USG. Jeszcze w głowach kołatało usłyszane przed chwilą bicie maleńkiego serduszka. Jeszcze myśleli o tym, że "wszystko w porządku", że zdrowe i że znów było widać, że chłopak... Już każde w myślach dzwoniło do swojej mamy. Gdy tymczasem, lekarz siedzący naprzeciwko nich za biurkiem zamyślił się... 

spojrzał w dal... 
niby na Matkę, niby na Ojca... 
w rzeczywistości jego wzrok trafił gdzieś między nich i sięgał het, het, daleko... 
Pokiwał powoli głową tak, jak kiwają ludzie, którzy mają do wypowiedzenia wielką prawdę życiową, wiedzą coś, czego jeszcze nie możesz wiedzieć, widzą coś, czego nie jesteś w stanie zobaczyć i chcą skupić na sobie możliwie jak największą uwagę. 
Matka i Ojciec oczekiwali w napięciu tego, co usłyszą.
W końcu młody pan doktor, zwykle rozluźniony, żartujący, ale konkretny, przemówił. Spokojnie, bardzo powoli, z jakąś taką filozoficzną zadumą, odrobiną melancholii, która wtedy kojarzyła się im ze smutkiem:

- Tak, tak... Wszystko się zmienia.... Wchodzimy w nowe role życiowe... Będziecie rodzicami... Trzeba się przyzwyczaić... - Wreszcie spojrzał każdemu głęboko w oczy i dodał: - Pamiętajmy, że nikt z nas nie był na początku Alfą i Omegą...

Nastała cisza. Ani Matka, ani Ojciec nie wiedzieli co powiedzieć. Tym bardziej, że do tej pory rozmowy z lekarzem dotyczyły przede wszystkim spraw medycznych. Niedoświadczeni w kwestiach rodzicielskich, uznali te wynurzenia za utarte frazesy. Choć bardzo nie pasowały do sposobu bycia, z którego znali lekarza. Zresztą pan doktor też po chwili wrócił do siebie i, jakby nigdy nic, wyznaczył termin następnej wizyty.

O co mogło mu chodzić? - zastanawiali się po wyjściu z gabinetu. Skąd ten dziwny nastrój, ta nagła niepewność w głosie, to zwątpienie?

Dopiero teraz, wspominając tamtą sytuację i jednocześnie mając tę wiedzę i doświadczenie, które ma, połączyła Matka fakty i zrozumiała. Zrozumiała, co lekarz próbował im powiedzieć, przed czym ostrzec...

Na biurku stało zdjęcie jego syna. Wspomniał kiedyś, że sprzed roku - na zdjęciu mały miał dwa lata.

Ten człowiek był ojcem trzylatka!!!

On już wiedział to, czego Matka dowiaduje się teraz.

Zaprawdę powiadam Wam, wybór ginekologa to nie żadne hop-siup. Wybierajcie mądrze mądrych lekarzy. I słuchajcie ich uważnie.


Post sponsorowany.


7 komentarzy:

  1. hehehe, no i patrzy ten gin na te pierworódki, codziennie, dzień w dzień i sobie myśli "co za naiwne kretynki " :D i od razu mu się humor poprawia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eee, bez przesady. Mój zdecydowanie tak nie patrzy. Poza tym nie codziennie, bo przyjmuje tylko w piątki i soboty ;-)

      Usuń
  2. Mądrość lekarzy jest wielka :D
    Mój przy pierwszej i teraz przy drugiej ciąży zadaje mi co wizytę to samo pytanie: I jak się czujemy, pani Agnieszko? Na co niezmiennie odpowiadam mu: Bardzo dobrze, dziękuję. :D
    I tylko zbieram się na odwagę, żeby wypowiedzieć cisnące mi się na usta pytanie: A Pan?
    I w myślach widzę już bezcenną minę doktora :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Hahahah no padłam :) :) :) cudownie to opisałaś. Kochana Ty książki powinnaś pisać, ale się uśmiałam :)
    A co do ginekologa to święta racja. Szkoda tylko, że takich informacji udziela już po fakcie ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hahahah no padłam :) :) :) cudownie to opisałaś. Kochana Ty książki powinnaś pisać, ale się uśmiałam :)
    A co do ginekologa to święta racja. Szkoda tylko, że takich informacji udziela już po fakcie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pięknie :)
      Ale jak to po fakcie? Najwyżej w 5 miesiącu ciąży byłam... Przed ciążą się nie znaliśmy, więc gdyby mnie wtedy zaczepił i wyskoczył nagle z takim tekstem to dopiero byłoby osobliwe... Facet uprzedził nas na tyle na ile mógł, pewnie etyka lekarska nie pozwalała na więcej ;-)

      Usuń