piątek, 13 listopada 2015

Dylemat



Dylemat Matka ma. 
Rzecz rozchodzi się o to, że nie chce wyjść na żonę zrzędzącą, taką co się czepia i w kółko mędzi o tym samym. Nawet jeżeli to prawda. Trzeba zachować jakieś pozory.

Znacie to staropolskie porzekadło: "Jeżeli facet mówi, że coś zrobi, to zrobi - nie trzeba mu o tym przypominać co pół roku."? Więc sytuacja wygląda tak, że niedawno, chyba w zeszłym tygodniu, a dokładnie to 2 lata temu, odpadła ze ściany w łazience kratka wentylacyjna - taka plastikowa osłonka na dziurę w ścianie. Po prostu się wzięła i odpadła, kiwała się jakoś długo i wreszcie przy którychś porządkach, podczas jej odkurzania, została Matce w ręce. Ojciec obiecał, że naprawi.

Obiecał przecież.

Już pół roku później, w dzień 2. urodzin Syna Pierworodnego, na jakieś 20 minut przed przybyciem gości, czyli w samą porę, Ojciec zabrał się za mocowanie kratki. Mieszkanie wysprzątane na błysk, Matka przez 2 tygodnie, jak nie biegała ze ścierą, to coś gotowała albo piekła, więc głupio, żeby tak zaraz po wejściu do łazienki straszyła wyrwa w ścianie i psuła efekt. Ojciec szybko zorientował się, że bez specjalistycznego sprzętu nie da rady, bo coś się ułamało. Postanowił sprawę załatwić raz, a porządnie, bo na certolenie się nie było już czasu. Silikon!
Przytaszczył z szafy butelkę silikonu, która ostała się po ostatnim remoncie, a do tego jeszcze taki specjalny niby pistolet, by móc ten silikon wyciskać.

Pięknie przykleił. Pełen profesjonalizm.

Ale Matka rzekomo ma to do siebie, że zawsze znajdzie dziurę w całym, podobno jest czepialska i nazbyt drobiazgowa. I właściwie to prawda. 
Jednak raz na jakiś czas ma też zryw, by z tym walczyć. I to był ten moment.

Bo co z tego, że kratka na swoim miejscu, jak silikon już nie. Wspomniany "pistolet" (wyciskacz?) odłożył Ojciec na łazienkową szafkę (taki słupek). Położył na samą górę i zostawił. Wiadomo, pośpiech, roztargnienie, mało czasu miał, tylko pół roku, a tu zaraz goście...

Zacisnęła Matka zęby, nie odezwała się. Tylko kratkę pochwaliła.

Przez pierwszych kilka miesięcy nawet się denerwowała. Głównie dlatego, że szafka otwierana i zamykana jest kilka-kilkanaście razy dziennie, a "pistolet" leży tak, że za każdym razem haczy o drzwiczki.
Jednak człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego.
Mijały miesiące, żółto-pomarańczowy "pistolet", niby do niczego niepasujący, stał się już stałym elementem łazienkowego krajobrazu. Syn Pierworodny prawdopodobnie nie wyobraża sobie, że kiedyś tego czegoś tam po prostu nie było. I choć "pistolet" gryzie w oczy niemiłosiernie i przeszkadza w normalnym korzystaniu z szafki z kosmetykami, Matka postanowiła, że nie będzie zrzędzić. Nie co pół roku.
Wstępnie zdecydowała się odczekać półtora. Bo Matka, jak się zaweźmie, potrafi być bardzo cierpliwa.

Pech chciał, że po roku (w dniu 3. urodzin Syna) potrzebny był dostęp do otworu wentylacyjnego. Ojciec musiał kratkę odkleić, po czym zakleić ponownie. Oczywiście tym silikonem z łazienki.

- No rzeczywiście, ma chłop łeb na karku - pomyślała Matka. - Jakby przewidział, że nie ma sensu chować tego kleju do szafy, bo już po roku będzie znowu potrzebny.

Wiszącą na miejscu kratkę Matka oczywiście pochwaliła, a wychodząc z łazienki, kątem oka zerknęła tylko w stronę tubki z silikonem na szafce i westchnęła. Bo co jej innego pozostało.

Od tego westchnięcia minęło już 8 miesięcy. "Pistolet" nadal haczy przy otwieraniu drzwiczek.

I teraz powstaje dylemat. Początkowo dawała sobie Matka półtora roku zanim nieśmiało przypomni (w głębi serca miała skrytą nadzieję, że nie będzie musiała, naiwna) i jeszcze chwilę, nim ruszy do ataku. Teoretycznie minęło więcej, rok i 8 miesięcy. ALE... skoro po roku użył jeszcze raz tego samego kleju, to powstaje pytanie, czy czas się zeruje i trzeba mierzyć od nowa, czy licznik bije dalej???

Bo tak się Matka zastanawia, czy jakby teraz, przy okazji świątecznych porządków, wspomniała, że mógłby po sobie sprzątnąć, to może akurat do Wielkanocy by się wyrobił, co?

Ale tak z drugiej strony... w ciągu najbliższych kilku tygodni, może miesięcy, najdalej w przyszłym roku, planują Matka z Ojcem spory remont w mieszkaniu. Jest sens tracić energię na jedną tubkę kleju? Zwycięstwem, jeżeli przyjdzie, nie będzie dane cieszyć się długo, a w miejsce tej jednej tubki staną dziesiątki nowych... Więc i swoje siły należałoby zdziesiątkować, na zapas.



Uwaga! Zwrot akcji!
Rok i 8 miesięcy leżał sobie na szafce w łazience silikon z pistoletem. Aż tu nagle, akurat gdy Matka pisała powyższy tekst, stwierdził Ojciec, że potrzebuje coś gdzieś załatać/uszczelnić/czy jakoś tak i musi zabrać ten wyciskacz do pracy. Ruszyła Matka z kopyta do łazienki. Patrzy i nie wierzy.
Zniknęło! Zniknęło to żółto-pomarańczowe ustrojstwo! Nie ma! Nie haczy!

Silikon został.
Trzymejta mnie.


19 komentarzy:

  1. Toż to przywara mężczyzny:
    "nie wynoś tego, przecież będzie potrzebne i znów będę musiał po to chodzi... "
    ewentualnie
    "nie wiesz gdzie są moje narzędzia? W skrzynce ich nie ma! Musiałaś je gdzieś przestawić!" :D
    U nas tak było z listwami przypodłogowymi. Rok czasu leżały w garażu po terminie zakupu, aż się sama wzięłam i "zainstalowałam" je w pomieszczeniu do którego były zakupione. Oczywiście po kilku próbach przypominania, że one w ogóle istnieją. Prace wykonałam pod nieobecność męża by mieć święty spokój :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Majsterkowania nie cierpię. Żeby się za nie zabrać, musiałabym być naprawdę wkurwiona (zdenerwowana to za mało) i w dodatku chcieć coś udowodnić. A rzadko aż tak mi się chce ;-)

      Usuń
  2. jednak wyluzowana jesteś :)
    ja bym już strzelała z tego pistoletu do właściciela

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie wyluzowanie, ale zawzięcie. A to chyba gorzej.

      Usuń
  3. Podziwiam Cię Matko. Ja się złamałam i uprzątnęłam stosik wizytówek, które tak z rok leżały na parapecie w przedpokoju (no bo to przecież najbardziej logiczne miejsce na nie, prawda?). I co? Już po miesiącu usłyszałam "gdzie są moje wizytówki, bo potrzebuję?" Najgorsze, że nie pamiętam, gdzie je sprzątnełam:D

    OdpowiedzUsuń
  4. Wg mnie ten czas się zeruje, ale myślę też ze po tym tekście ojciec zostanie przez życzliwych poinformowany żeby to posprzątal, to się może wyrobić do Wielkanocy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnio chyba nikt go nie informuje. Chociaż nie wiem. Z drugiej strony muszę przyznać, że ma chłopak czuja - bo jak nie czyta blogu tak nie czyta, a jak już raz sobie włączył to akurat, gdy było o jego rowerze... (z późniejszej rozmowy powstał kolejny post, tylko jak zwykle zapomniałam opublikować). Podejrzewam, że niechybnie zgubi mnie kiedyś jego intuicja.

      Usuń
  5. Wg mnie ten czas się zeruje, ale myślę też ze po tym tekście ojciec zostanie przez życzliwych poinformowany żeby to posprzątal, to się może wyrobić do Wielkanocy

    OdpowiedzUsuń
  6. Odpowiedzi
    1. Cholera, a mówił, że po prostu ma dużo pracy. O_o

      Usuń
  7. Mój chłop taki sam. Ja ciągle walczę o odkładanie, odstawianie, odwieszanie. Chyba wezmę z Ciebie przykład i wyluzuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, czy ja jestem w tej kwestii wyluzowana? Myślę, że mój mąż jest odmiennego zdania... ;-)

      Usuń
  8. Omg to oni wszyscy tak samo mają :-( ale ja to jednak taka cierpliwa/zawzieta nie jestem. Już dawno bym mu ten pistolet w.. wsadziła ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygląda na to, że wszyscy. Tym bardziej zadziwiające jest to, że wszystkie się temu dziwimy. Ale jednak ja na to inaczej patrzę: ja cierpliwie/zawzięcie będę spoglądać na ten silikon w łazience, w zamian on cierpliwie/zawzięcie przemilczy, gdy na przykład powiem, że wypiorę jego skarpetki, a mi się zapomni. (Poza tym myślę, że mam mnóstwo wkurzających cech, na temat których na szczęście on milczy.) I tym sposobem w ogólnym małżeńskim rozrachunku każdy wychodzi na swoje ;-)

      Usuń
  9. Hmm ależ to piękne co piszesz. Wychodzi na to, że ja to jednak egoistka jestem ;-) jak na to z tej strony spojrzeć to masz rację. Nikt idealny nie jest a wkurzajacych cech również mi nie brakuje. No to chyba bym mu jednak nie wsadziła... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  10. A ja to jednak jestem kawał jędzy.Wyrzuciłabym do kosza jak nic po jakimś czasie wiecznego przypominania.jestem widac na innym etapie.Po 15 latach wiecznego po wszystkich sprzątania wymiękam.Puszczają mi nerwy i mędzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka porywcza to ja byłam na początku. Teraz, po 11 latach, już mnie takie rozwiązania nie satysfakcjonują, stałam się bardziej wyrachowana i działam na zimno ;-)

      Usuń
  11. Ja po 35 latach jestem zen ;-)))

    OdpowiedzUsuń