piątek, 19 kwietnia 2013

Ku pamięci

Właśnie Matka zdała sobie sprawę, że jakoś tak bez echa na blogu przeszedł roczek Pierworodnego. Matka wyrodna nie napisała żadnej wzruszającej notki o tym jaki to cudowny rok za nią, jak to pięknie jest budzić się kilka razy w nocy - każdej nocy!, jak budującym doświadczeniem były kolki, jak wzbogacające były tygodnie z baby bluesem, jak atrakcyjnym był czas spędzony na karmieniu piersią - przecież każdy chciałby posiedzieć sobie jednym ciągiem 5 godzin na kanapie i "nic nie robić".

A tak na serio to naprawdę był cudowny rok. Pełen niesamowitych zdarzeń i doświadczeń. I uczczono go jak należy. Było przyjęcie, balony, tort, którego przygotowanie zajęło Matce cały dzień, ale wyszedł piękny, była tradycyjna wróżba, gdzie Pierworodny wybrał monetę, po czym wrzucił ją do kieliszka, byli goście i prezenty.
A z każdym dniem po pierwszych urodzinach Syna przychodzą nowe refleksje. Przestał być już niemowlakiem. Nagle stał się małym chłopcem. W dodatku coraz bardziej samodzielnym. Któremu Mamusia coraz mniej będzie potrzebna. Chlip, chlip!
Ha! Bujda! tak naprawdę to każdy przejaw tej rosnącej samodzielności Matkę rozczula i zachwyca. Chce więcej i więcej.

A jaki jest Syn Pierworodny z jedynką na karku?

Bardzo towarzyski. Uwielbia bywać w gościach, ale też ich przyjmować. Kiedy w pobliżu znajdują się inne dzieci, Matka ma pewność, że będzie dobrze.
Lubi spacery i wycieczki. Chociaż szykowanie się do wyjścia nierzadko bywa drogą przez mękę.
Ulubioną zabawką są aktualnie kubeczki. Wciąż też króluje wszystko, co zabawką nie jest, ale uda mu się podwędzić. Klamerki, pojemniki, pudełka, sztućce, miski, reklamówki, piloty, kartki itd.
Nie lubi jeszcze huśtawek i zjeżdżalni, jednak z zaciekawieniem obserwuje bawiące się na nich dzieci.
Najbardziej śmieszą go: zabawa w "brzuuuuszku!", łaskotki, przewalanki z rodzicami na łóżku i zabawy balonem z Ojcem.
Nie cierpi mycia zębów i opróżniania noska fridą. Paznokcie daje sobie obciąć tylko przy piosence "Ona tańczy dla mnie". Za to uwielbia się kąpać - nawet po spuszczeniu wody z wanienki wciąż udaje, że przelewa kubeczkami wodę i nie chce wyjść.
Zasypia bez problemu. Ale kilka razy budzi się w nocy.
Na śniadanie jada kaszkę mannę z owocami i, jeżeli ma apetyt, kanapkę. Na obiad zupki i drugie danie. Przepada za warzywami gotowanymi na parze - nie przepada za mięsem. Jest fanem naleśników i makaronu (po Mamusi). Na razie nie chce tknąć szpinaku (po Tatusiu). Na deser lubi jabłka i banany. Wieczorem dostaje porcję kaszki Sinlac. Wciąż też karmiony jest piersią. Coraz bardziej opanowuje samodzielne jedzenie, ale nadal potrafi w mgnieniu oka ubrudzić się tak, jak żadne inne znane Matce dziecko.
Lubi się przytulać. I gdy jest w dobrym nastroju nawet do obcych pcha się "na rączki".
Dzień przed pierwszymi urodzinami, 30 marca, postawił swoje pierwsze kroczki. Jednak wciąż jeszcze za mało pewnie się czuje, by na rzecz chodzenia zrezygnować z raczkowania. Zresztą w raczkowaniu jest mistrzem i osiąga niebywałe prędkości. Energia Pierworodnego, która wręcz aż go rozsadza, często prowadzi do siniaków, zadrapań i stłuczeń. Jednak Pierworodny to prawdziwy FAJTER i nie płacze z byle powodu. Gdy się przewróci, zwykle szybko wstaje i rusza dalej. Nawet kiedy sprawa jest poważniejsza i się rozpłacze, szybko daje się uspokoić i zapomina o wypadku.
Zdecydowanie nie jest zmarźlakiem. Całymi dniami biega boso i zazwyczaj w samych bodziakach. Matka nie musi martwić się o zimne podłogi, czy otwarte okno. A jej zimny wychów powoduje zwykle przerażenie u starszego pokolenia.
Aktualnie jest na etapie bycia "Synkiem Tatusia". Źle mu, gdy Matka znika z pola widzenia albo nie daj Boże wychodzi z domu, ale gdy do domu wraca Ojciec, śmieje się całe pycho Pierworodnego i wszystkie smuteczki znikają. Gdy jest u Ojca na rękach, odgania łapką każdego, kto próbuje go przejąć. Matka jest lekiem na całe zło, ale Ojciec gwarantuje najlepszą zabawę.
Codziennie w ciągu dnia Pierworodny funduje sobie drzemkę. Około południa. Dawniej musiała być w domu cisza, leciały kołysanki, było karmienie. Teraz zmęczony Syn po prostu przychodzi się przytulić, sadza go sobie Matka okrakiem na kolanach, codzienne życie toczy się wokół, telewizor, internet w telefonie... a gdy po chwili zaśnie, Matka zanosi go do łóżeczka i okrywa kocykiem. Na drugą, krótszą drzemkę decyduje się często podczas popołudniowego spaceru.
Dopiero zaczyna odkrywać pole do popisu w kwestii wymuszania płaczem, ale Matka i Ojciec obawiają się, że będzie próbował się w tym wyspecjalizować.
Na razie najbardziej daje się we znaki Sąsiadom i Kotu.
Energiczny, ciekawy świata, często bardzo poważny, tulaśny i z wymagającym poczuciem humoru. Taki jest dwunastomiesięczny Syn Pierworodny.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Każdy ma jakiegoś bzika

Chyba każdy człowiek ma jakieś fobie. Uświadamia je sobie bardziej lub mniej, wstydzi się ich albo mówi o nich otwarcie. Ale każdy czegoś się boi. Matka na ten przykład boi się igieł, pszczół (i tych wszystkich podobnych), mgły, starości i wizyt u dentysty. Ojciec ma stwierdzoną hydrofobię. Przez to pewnie nigdy nie nauczy się pływać. Nie przyznaje się, ale Matka podejrzewa, że boi się też węży. I wiele by wyjaśniało, gdyby można było fobią nazwać niewytłumaczalną niechęć Ojca do szpinaku.
Fobii dorobił się też Syn Pierworodny. Od kilku miesięcy męczył go strach przed... butami. Na szczęście nic nie wskazuje na to, aby śniły mu się wizje kozaków-potworów, gigantyczne krwiożercze sandały czy przeraźliwe monster-trampki. Pierworodny po prostu reagował przeraźliwym, histerycznym wręcz płaczem na każdą próbę założenia mu bucików. Nawet gdy jakimś cudem komuś udawało się tego dokonać robił wszystko, aby jak najszybciej się ich pozbyć i nie było mowy aby w nich stanął - podkurczał nóżki i ryk(!). Uciekał też na widok małych adidasków i rzucał sandałkami.
Matka z Ojcem byli cierpliwi. Co jakiś czas próbowali, ale bez naciskania na Syna. Aż tu nagle... jak gdyby nigdy nic, Pierworodny w sobotę dał sobie ubrać butki i grzecznie pojechał w nich z wizytą do Babci. W niedzielę dał sobie założyć inną parę i spędził w niej cały dzień na wycieczce. W poniedziałek już sam próbował sobie włożyć bucik na stópkę. Tak jakby od zawsze nosił buty i nie było w tym nic nadzwyczajnego. Dzielny chłopak. Sam uporał się z własnymi lękami. A jeszcze niedawno był taki maleńki... Matka jest taka dumna :-)

niedziela, 14 kwietnia 2013

Pierworodny Twist

Boszzzz... ile to się trzeba namęczyć, żeby przechytrzyć dziecko. Z każdym miesiącem jest trudniej. O sposobach na zjedzenie przez Syna obiadu Matka pisała już wielokrotnie. Od kilku tygodni samo zjedzenie obiadku nie jest już problemem, jednak wciąż kłopotliwa pozostaje forma jego podania - efekt uboczny okantowania Pierworodnego w sprawie dań gotowych. Syn wciąż najchętniej jadałby zupki ze słoika. Co zastanawiające, kłopot zupełnie nieistniejący przy drugim daniu ani przy żadnym innym posiłku. Co jakiś czas Matka próbowała podawać pierwsze danie na miseczce. Jednak po 1, góra 2, łyżeczkach Pierworodny stanowczo odmawiał współpracy. Wtedy, na jego oczach, Matka przelewała wszystko do słoika i posiłek zostawał ze smakiem zjedzony w całości. Kilka dni temu Matkę olśniło. Odwróciła kolejność. Pokazuje Synowi zupę w słoiku a następnie, na jego oczach, przekłada ją do miseczki. Obiadek zostaje ze smakiem zjedzony w całości. Powoli zaczyna być normalnie. Trzeba jeszcze tylko wyeliminować etap przelewania z garnka do słoika. Znów Matka musi pogłówkować.

sobota, 13 kwietnia 2013

I że Cię nie opuszczę, aż do...liczę do 14

Matka i Ojciec ustalili. Jeżeli kiedyś się rozwiodą to powodem najprawdopodobniej będzie robienie przez Ojca Pierworodnego zakupów spożywczych. Matka wciąż na nowo obiecuje sobie, że nie będzie już więcej wysyłała go samego do sklepu. Jednak co najmniej raz na 2 tygodnie pojawia się sytuacja, w której nie ma innego wyjścia. Matka wtedy stara się opisać każdy możliwy produkt jak najdokładniej, tak żeby Ojciec wziął z półki właśnie ten, który jest jej potrzebny. Mimo to nigdy, ale to NIGDY, nie zdarza się, aby Ojciec kupił wszystko prawidłowo. Przez to Matka, w swojej mikroskopijnej kuchni każdą szafkę, jak również lodówkę, zawaloną ma stosami niepotrzebnych produktów. Gdy np. Ojciec miał kupić ugotowane słodzone mleko skondensowane, czyli tzw. "krówkę", przyniósł nieugotowane, w dodatku niesłodzone, więc dla Matki zupełnie bezużyteczne. Zawsze też pomyli rodzaje śmietany, mimo że mu się wyjaśnia jak tylko się da, myli smaki mleka sojowego, rodzaje płatków musli, chociaż zawsze chodzi o te same itd. Lista jest długa. Kiedy raz jeden, jedyny, w kryzysowej sytuacji został poproszony o kupienie w Rossmannie wkładek higienicznych - wyjaśniła Matka co to jest, jak wygląda, gdzie tego szukać, co ma być napisane - to przyniósł... opakowanie wielkich, grubych, superchłonnych podpasek. Dobrze, że chociaż na właściwy dział trafił, bo mogła jeszcze Matka zostać obdarowana np. pieluchami.

Ostatnio trwał spór o warzywa dla Syna Pierworodnego. Przez zimę Matka kupowała mu po prostu różne mieszanki warzyw mrożonych, czy to na zupę czy tzw. warzywa na patelnię. Wysłała Matka do Biedronki Ojca. Kupił. Jakąś mieszankę warzyw po grecku. Z oliwkami, pieczarkami i paskudną mieszaniną przypraw zawierających też mleko, którego Pierworodnemu nie wolno. Wkurzyła się Matka. Przy kolejnych zakupach znów zleciła Ojcu kupno warzyw. Kazała czytać etykiety i nie brać żadnych warzyw po grecku czy innemu, tylko nasze polskie, normalne. Przyszedł i przyniósł. Dwa opakowania warzyw po włosku. Więc tłumaczy znów Matka wkurzona, że po cholerę płacić dwa razy więcej za warzywa, które utaplane są w jakiś niepotrzebnych świństwach. Nie czytał składu na opakowaniu? Mówi, że czytał i nie było w nim nic czego Synowi i Matce nie wolno jeść. A jak czytał to nie widział tego glutaminianu i innych takich? No nie widział. Grrr. I co to jest ta fasola "Mung"? Że niby Włosi coś takiego jedzą? Wczoraj wreszcie kupił dobrą mieszankę (tylko jakiś miesiąc prób i błędów). Ale na liście zakupów był też czosnek. "A ten czosnek to polski jest? Bo dziwnie wygląda". "Nie, ale innego nie było". "Przecież zawsze mówię (tego dnia Matka nie podkreśliła, fakt, jej błąd), że jak nie będzie polskiego to masz nie kupować!". "Wiem, ale tyle razy już o tym czosnku mówiłaś to kupiłem jaki był żebyś już nie musiała mówić". Męska logika: kupię to czego nie chce żeby nie musiała już mówić, że tego nie chce. Grrr.
Miał też kupić kostki rosołowe (jakoś tak Matka nie może pozbyć się nawyku stosowania ich w kuchni i od czasu do czasu ułatwia sobie nimi gotowanie). Sam z siebie przed wyjściem Ojciec zapytał: "A jakie dokładnie mają być te kostki? Żebym na pewno dobre kupił". "Mają mieć napisane rosół z kury albo bulion drobiowy". Przyszedł i przyniósł. Rosół warzywny. No to się Matka pyta po kiego grzyba się pytał?!
I tak za każdym razem. Matka aż trzęsie się ze złości zawsze, gdy wypakowuje te jego zakupy. A najbardziej frustrujące jest to, że nie dość, że Ojciec Pierworodnego nie widzi w tym problemu, bawi go to rosnące ciśnienie Matki, jej ciskanie gromami z oczu i zaciskanie zębów, aby tylko nie wyrażać się przy dziecku, to w dodatku z każdym rokiem ta jego nieumiejętność robienia zakupów się pogarsza i narasta wręcz lawinowo. Lawinowo też narasta frustracja Matki, która ma problem z wyluzowaniem w takich momentach.
Wczoraj Matka powiedziała wprost:
- Jeżeli kiedyś na liście będzie kilkanaście produktów i wszystkie kupisz źle to się rozwodzimy.
- Dobra, ale to będzie twoja wina.
- Nie, twoja, bo ja ostrzegałam.

Wieczorem Ojciec odbił piłeczkę.
Matka beknęła. No cóż, zdarza się. Przeprosiła.
- Jak bekniesz tak 14 razy to się z tobą rozwiodę.
- Ale pod rząd czy tak w ogóle?
- No niech ci będzie, że pod rząd.
Uff, no to luz.

piątek, 12 kwietnia 2013

Na początku był Chaos

Od tygodnia Pierworodny budzi się codziennie o innej godzinie. Przedział od 5:40 do 9:40. Kiedyś można było z nim zegarek nastawiać. Teraz Matka ma problem z rozplanowaniem całego dnia, ogarnięciem rano siebie i Syna, nawet z zaplanowaniem spaceru. A przecież wszystkie mądre poradniki typu "Dziecko dla opornych" czy "Rodzicielstwo dla żółtodziobów" mówią, że dzieci potrzebują rutyny i stałego planu dnia. Okazuje się, że to bujda. Pierworodny funkcjonuje świetnie. Za to Matka coraz gorzej. Stały porządek dnia tak naprawdę potrzebny jest rodzicom. Daje im pozorne poczucie ładu i panowania nad sytuacją w tym całym chaosie zwanym wychowaniem.

czwartek, 11 kwietnia 2013

I cóż że ze Szwecji

Dwa tygodnie temu Ojciec Pierworodnego miał do załatwienia służbowe sprawy w Gdyni i Gdańsku. Zabrał ze sobą Matkę i Syna Pierworodnego, aby sobie pospacerowali. I teraz zagadka: gdzie spacerowali Matka z Synem? Dla podpowiedzi: w ten dzień pizgało jak w Kieleckiem.
a) po Głównym Mieście w Gdańsku,
b) po sopockim molo,
c) po wybrzeżu w Gdyni
... no dobra, bez jaj. Oczywiście, że jak tradycyjna polska rodzina wybrali się na zwiedzanie Ikei.

środa, 10 kwietnia 2013

Wolnoć Tomku w swoim domku

Wolnoć Haniu w swoim mieszkaniu
Wolnoć Bracie na swoim kwadracie
Wolnoć Synku we własnym budynku
Wolnoć Burku na swoim podwórku

No dobra poniosło Matkę.

Sąsiad wczoraj zwrócił Ojcu Pierworodnego uwagę. Że za głośno. Że Żona Sąsiada się skarży. Żonę Sąsiada Matka spotkała godzinę wcześniej, a ta zamiast coś powiedzieć na ten temat to obrażona odburknęła odpowiedź na Matki "dzień dobry" i odwróciła głowę w drugą stronę.
Sąsiada lubimy. Żony Sąsiada nie. I teraz Matka ma problem. Bo rozchodzi się o walenie w podłogę (tudzież sufit dla niektórych) i przesuwanie, jak to Sąsiad nazwał, "jakichś beczek". Jako że Matka w domu nie posiada żadnej, nawet najmniejszej, beczki po analizie stanu rzeczy doszła do wniosku, że musi chodzić o drewniane zabawki Syna Pierworodnego. Winowajcami zapewne są też słoik i kilka innych dość ciężkich rzeczy, którymi Pierworodny lubi się bawić. Jak widać nawet najmniejsze przejawy eko-rodzicielstwa u Matki zostają tłamszone, weź tu bądź rodzicem na czasie.
Ale co tu teraz począć, gdy Syn ma w nosie pluszaki a wszystko co niehałaśliwe już dawno mu się znudziło? Jest na etapie zrzucania przedmiotów z wysokości, np. z krzesełka do karmienia, i obserwowania jak spadają, badania świata dźwięków i eksperymentowania z nimi. Od kilku dni na przykład stuka sobie łapką w ściany i drzwi. A dziś, jak na złość, jakby to jemu Sąsiad zwrócił uwagę, wymyślił sobie rano zabawę w uderzanie plastikowym kubeczkiem w podłogę - zachwycony, że inne efekty uzyskuje stukając w panele a inne w płytki.
I co teraz? Zakazywać mu? Hamować jego ekspresję by żyć w zgodzie z Sąsiadką, która i tak z łaski odpowiada "dzień dobry" czy może stać się Mamuśką, która wszystkich wokół ma w głębokim poważaniu, bo zadowolenie jej Synka jest najważniejsze?
Prawdę mówiąc Matce zupełnie nie przeszkadza to całe stukanie. Nie trwa przecież bez przerwy, kilka minut i po sprawie, bo przecież żadna zabawa roczniaka nie trwa dłużej. I odbywa się w rozsądnych godzinach, czyli w porach największej aktywności Pierworodnego - nie ma mowy o zakłócaniu tym ciszy nocnej.
Zabronić mu więc układania wieży z kółek, bo gdy mu nie wychodzi albo chce zacząć od nowa to drewniane elementy uderzają o podłogę? Zabrać słoik, który uwielbia zamykać i otwierać i wkładać do niego klocek Lego? Przecież to zabawki, dzięki którym Matka może chwilę odetchnąć albo mieć czas na zrobienie czegoś w kuchni... Dylemat: spokojne życie z Sąsiadami czy spokój z Synem Pierworodnym?