Cały schemat powtarzał się tak, jak wczoraj. Szło nawet lepiej, bo Pierworodny, wiedząc czego się spodziewać i bardzo się tym ciesząc, zjadł śniadanie, nie ociągał się po drodze (przynajmniej jak na dwulatka), a i tramwaj tym razem przyjechał /powiedzmy/ o czasie. W szatni wszystko super. Traktorek był. Pierworodny kazał jakiejś stażystce chwalić swoje kapcie. Potem jakąś panią złapał za rękę... i poszedł do sali. I tyle go Matka widziała. Już ciszej niż wczoraj, już bardziej do siebie, zawołała: "Pa-pa, Synku!".
I znów została samiuteńka w tym holu... Takim pustym...
Poszła więc do tego co wczoraj hipermarketu. Z zamiarem, że dziś to już na pewno zrobi jakieś zakupy. I tylko na chwileczkę, momencik dosłownie, przycupnęła na tej samej ławeczce, co wczoraj. Strona przedszkola. Login. Hasło. Tylko odrobinkę zerknę. Kurczę, trzeba w wyraźniejsze kolory go ubierać. Ciężko go dziś wyłapać. Co te wszystkie dzieciaki takie blond? O jest! Bawi się. No to fajnie. Bawi się. Bawi się. A czemu on jest w jednym kapciu? Gdzie drugi? Aha, w rączce trzyma. Razem z Pieskiem. Ciekawe, co zrobi z tym kapciem? Idzie, idzie, idzie... No jak ładnie. Do pani poszedł. A czemu pani na niego nie patrzy? Co ona tam tyle gada z tą drugą? Ile można gadać? Eeej no! Kapcia mu załóż! Siedzą i gadają. Już z minutę chyba tak gadają. I siedzą. Albo nawet dwie. Nie widzi, że Pierworodny z tym kapciem stoi? Heloł! Nie widzi. Poszła. A on został. Moje biedne maleństwo z jednym kapciuszkiem. I co on tam teraz... NIE! WRÓĆ! Co ty pleciesz? Dzieciak całe życie bez kapci lata, nic mu nie będzie jak chwilę w jednym polata. Przecież zaraz ktoś to zauważy. Kobieto, opanuj się! A ten monitoring to co się tak rwie? No masz ci los, zaciął się na moment. O, ma już dwa kapcie. I nie wiem kto mu założył. Jak dobrze, już dobrze, już dobrze, dobrze, znów się bawi. NIE! Koniec! Stop! Bo oszaleję. Idę na te zakupy.
I poszła. Nowe puzzle dziecku kupić.
Zapłacić nie zdążyła, jak przyszedł SMS, że wykorzystała limit internetu. I że albo godzi się na zwolnienie obrotów albo za 5 zł może wykupić 50 MB. Z tym kodem.
No jasne, 5 zł to w sumie nie dużo, a tu przecież chodzi o Pierworodnego, o jego bezpieczeństwo. Zdrowie, przyszłość, edukację. Dobra, bzdury, o Matkę przecież chodzi, o jej poczucie bezpieczeństwa, o jej niepewność, nie może znieść myśli, że nie wie, co tam się dzieje. I czy Syn ma dwa kapcie. A tam, kit z tymi kapciami! Trzeba wykupić ten pakiet za 5 zł. Z tym kodem.
Ale... co z tym kodem? Gdzie to się wpisuje? O w mordę!
Dnia bez internetu właściwie nie miewa. Dżimejle, fejsbuki-sruki i oczywiście blog codziennie. Taka nowoczesna, psia jego mać. Smartfona ma, w mordę jeża. A jak przychodzi co do czego, to się okazuje, że pakietu internetu nie potrafi wykupić.
Po kiego grzyba wysyłają jakiś kod, skoro nie piszą, co z nim zrobić?
Więc siedziała Matka taka zdezorientowana, nie wiedząc, co ze sobą począć. Czym się zająć? Zajęła się więc obrzydliwą kawą. Nie, to niemożliwe, wczoraj nie była taka ohydna... Wyciągnęła zeszyt z torebki, coś tam naskrobała, zerkając na zegarek mniej więcej co 45 sekund. Wreszcie przyjechał Ojciec Pierworodnego, okazało się bowiem, że mogą dziś razem odebrać Syna. Zrobił z tym kodem to samo, co Matka robiła tylko inaczej. I zadziałało. Jest! Działa. O, bawi się. To dobrze. Już taka godzina? No to jedziemy.
- Ale "Maleństwa" jedzą teraz obiad. Zaczekają Państwo?
- Zaczekamy.
Zaczekali.
11:30 i obiad? W domu często-gęsto o tej godzinie śniadanie jeszcze trwa.
Wyszedł ze swoją wychowawczynią z sali. Odrobinę mniej pewnie niż wczoraj. Ale odrobinę bardziej niż wczoraj ucieszony - w końcu czekało na niego więcej rodziców niż się spodziewał.
- Miał mały kryzys. Troszkę nam dziś płakał - zrelacjonowała sytuację przedszkolanka.
Serce Matki zamarło, serce Ojca pękło i roztrzaskało się o posadzkę.
Płakał. A Matki przy nim nie było... I zdała sobie sprawę, że pierwszy raz w życiu Pierworodnego miała miejsce taka sytuacja. Został ze swoim płaczem sam. Bez Matki, Ojca lub Babci. I tak naprawdę dopiero z tą myślą przyszły obawy. Bo to, że Matka przeżywa w sobie całe to przedszkolne zamieszanie, w rzeczywistości nie ma nic wspólnego ze strachem o dziecko - to raczej tylko reakcja na stres związany z tym, że maleńki syneczek nie jest już taki maleńki, staje się samodzielny i trzeba go w tej samodzielności wspierać. Tymczasem, do samej idei przedszkola Matka była tak pozytywnie nastawiona, że nie przyszło jej na myśl, w jak trudnych emocjonalnie sytuacjach zostanie Syn postawiony, z czym będzie musiała zmierzyć się jego główka, jak dorosnąć w ciągu najbliższych tygodni. I teraz dopiero troszeczkę Matka się boi. Kto wie, jak zareaguje, gdy znów zostanie sama w pustym holu...
W samochodzie wypytywała trochę Pierworodnego o dzień w przedszkolu. Zmęczony, odpowiadał bez entuzjazmu, spokojnie, znudzonym tonem. Dopiero, gdy padło pytanie o panie z przedszkola, cały się rozpromienił, ożywił i pojaśniał.
No! Może na razie Matka im zapomni tego kapcia?
