niedziela, 11 października 2015

Gadka trzylatka #2


Gadka trzylatka #1




Hello kitty


Pobyt u Dziadków. Rzecz się dzieje na podwórku przed domem.
Właśnie trwa jedna z wielu atrakcji dnia, czyli zbieranie z ziemi orzechów laskowych (jakże ważna misja dla trzyletniego chłopca), gdy w krzakach pod drzewem pojawia się kotek sąsiadów. "Nju!". Młodziutki, najwyżej kilkumiesięczny, jeszcze zupełnie narwany - z jednej strony chce się bawić, z drugiej nie ma zaufania do ludzi, więc niewiele z tej zabawy wychodzi. "Nju" po prostu nie wie, jak ma zareagować na "kici-kici" Pierworodnego. Syn jest tym zawiedziony, mimo wszystko uparcie nie daje za wygraną.

Matka, chcąc złagodzić zawód, krótko tłumaczy dziecku sytuację:

- Wiesz, kotek nas jeszcze nie zna i dlatego się boi.

Syn przetrawił informację. Po chwili staje wyprostowany przed krzaczkiem, w którym chowa się kot i ponawiając próbę, tym razem bardziej oficjalnie, jak na człowiek o dobrych manierach przystało, zwraca się do kotka:

- Cześć nju. Ja - Synuś*, a ty - nju.

Po czym znów przykuca i kontynuuje spoufalanie się za pomocą "kici-kici".


*rzecz jasna użył tu zdrobnienia swojego imienia



Kiepskie wychowanie

Historyjkę o nowo poznanym kotku usłyszała następnego dnia Matka Matki. Wyjątkowo jej się spodobała, niemal się spłakała ze śmiechu. Godzinę później, będąc z Wnukiem Pierworodnym na spacerze, w związku z tym, że Pierworodny gdzieś na osiedlowych alejkach wypatrzył kolejnego kota, Babcia zagaduje:

- A słyszałam, że wczoraj też poznałeś małego kotka i ładnie mu się przedstawiłeś...

Z twarzy Pierworodnego zniknął uśmiech na widok kolejnego zwierzaka. Zamiast tego przybrał swą poważną minę nr 4 i zdegustowany odpowiada krótko:

- Ja - tak, mama - nie.

Widać, że to dziecko, jak samo porządnie się nie wychowa, to już chyba nie będzie miał go kto wychować.




Umiesz lilić? Licz na tatę

Dostał Pierworodny do zabawy stary kalkulator Matki. Kalkulator miał się świetnie przez jakieś 15 lat. Po paru minutach spędzonych z Synem miał się znacznie mniej świetnie. Syn rozpaczał, że "jeśt źepśute", na co jak zwykle w podobnych sytuacjach mogła Matka odpowiedzieć tylko jedno: "Jak tatuś wróci z pracy, to naprawi". Jak powiedziała, tak się stało. Tatuś wrócił, kalkulator naprawił. Euforia.

Leży Matka na łóżku w sypialni. Ojciec zajmuje się czymś w drugim pokoju. Rozentuzjazmowany Syn biega od jednego rodzica do drugiego i podskakując, powtarza radośnie:

-Juź nie jeśt źepśute! Juź nie jeśt źepśute! Juź nie jeśt źepśute! Juź nie jeśt źepśute!

Wtem! 30 sekund później Matka i Ojciec, nie widząc, co się stało, słyszą głośne:
BAM, TRZASK, BRZDĘK!!! - dźwięk spadającego z hukiem na podłogę w przedpokoju kalkulatora. Po czym dobiega ich smutne:

- Oooojj! Juź jeśt źepśute...



Pora ćwiczyć się w argumentacji

Przy kolacji.
Syn wyraźnie wyraża swoje niezadowolenie z powodu parówek bez dodatku ketchupu. Bo brak ketchupu na parówkach, moi mili, w oczach trzylatka (a przynajmniej tego konkretnego trzylatka) to niemal tych parówek profanacja. To jak jing bez jang, jak jak Bert bez Ernie'go, jak Bolek bez Lolka, jak Thomas Anders bez... no, tego drugiego z Modern Talking.
Krótko mówiąc: Pierworodny marudzi. Ale je.

- Byłeś wczoraj z tatą w sklepie, to czemu mu nie powiedziałeś, że trzeba kupić ketchup?

- Mama też nie - wyparował w odpowiedzi Pierworodny tonem zblazowanego nastolatka, do którego zawsze musi należeć ostatnie słowo.

Nim zdążyła Matka dobrze opanować śmiech, patrząc na tę bezczelną minkę ledwo wystającą znad stołu i otworzyć usta, by obronić się argumentem, że przecież nie było jej z nimi na zakupach, Syn dodał od niechcenia, jednocześnie zajęty przeżuwaniem swojej kanapki:

- Mama (h)alo taty.

No fakt, mogła zadzwonić do taty.
Mądrala. A jeszcze niedawno ani be, ani me, ani nie wiedział co to ketchup.



Wyjścia są dwa. Na szczęście tylko dwa.

Przed kąpielą.
Nauczona tym, że inaczej odczuwa temperatury niż Ojciec i Syn, zwraca się Matka do potomka, czyli głównego zainteresowanego, dla którego własnie nalała wodę do mycia:

- Sprawdź, czy woda jest dobra czy za gorąca.

- Jest.

- Ale co jest: dobra czy za gorąca?

- Tak.

- Dobra czy gorąca???

- No.

- Synek, dobra jest ta woda?

- No. ... Nie.

- Za ciepła?

- Nie. ... Tak.

(...)

I to wciąż nie był koniec. Ostatecznie nie utopiła. A mogła. A woda jednak za gorąca.


8 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Ja też. Na pysk. Jak już wreszcie ustaliłam ostateczną odpowiedź.

      Usuń
  2. Trzylate a gadkę ma ze hej! Co to bedzie ja naprawdę bedzie nastolatkiem? Strach sie bać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, strach się bać. Zwłaszcza, jak sobie przypomnę siebie jako nastolatkę.

      Usuń
  3. Bo ponoć w sumie to się nie znam ;)ale jeśli zadajemy pytanie to tak aby odpowiedź właśnie była tak lub nie. Wniosek syn ma rację od razu trzeba było zapytać czy woda jest za gorąca ;)A co do ketchupu cóż to też chyba typowe męskie zachowanie: oni zapomnieli ale winna jesteś Ty :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak zadawałam pytania, kiedy chciałam Syna skłonić do mówienia w ogóle. Teraz rozmawiam z nim w bardziej "dorosły sposób", czyli zupełnie naturalnie, właśnie po to, by uniemożliwiać mu odpowiadanie jedynie "tak" lub "nie", a jednocześnie zachęcić do rozwijania słownictwa. Jak widać efekty bywają różne ;-)

      Usuń
  4. Ach, maluchy potrafią rozbawić do łez. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. No mama mogła zadzwonić, mama nie wiedziała? Pierworodny prowadzi cudowne konwersacje :) A ja bardzo czekam aż mój Pierworodny zacznie mówić. Ale muszę się zastanowić czy powinno mi się do tego śpieszyć jeżeli i mnie czekają takie rozmowy ;)

    OdpowiedzUsuń