Matki wciąż nie opuszcza wizja jaką to będzie super-ekstra-hiper-wyluzowaną matką, jeżeli przyjdzie jej kiedyś zostać matką po raz drugi.
Pani doktor, która będzie próbowała wmówić Matce, że jej dziecko z kolką płacze z winy Matki, usłyszy żeby sp... spadała na bambus.
Ktokolwiek będzie chciał zasugerować Matce, że jest egoistką, bo chociaż siedzi w domu jak ten darmozjad to nie chce jej się z gołym cyckiem latać i rocznego dziecka poić, niech lepiej dla własnego dobra z oczu Matce zejdzie.
I skoro jedno dziecko dorodne wykarmiła to przy drugim nie da sobie trajkotać nad uchem, że "może ono się nie najada" na zmianę z "może ono jest przekarmione".
niedziela, 19 stycznia 2014
środa, 15 stycznia 2014
Uwolnienie tłumionych frustracji. Taka niby aLEGOria.
Przyjechała Ciocia. Ciocia wyjątkowa. Pierworodny jakby od zawsze czuł, że to taka specjalna ciocia. Matka Chrzestna. I od pierwszego wejrzenia, gdy jeszcze maleńkim berbeciem był, Ciocię pokochał.
Tym razem poza wygłupami, czytaniem książeczek, przytulankami i ogólnie pojętą przednią zabawą Ciocia wkupiła się prezentem. Ciocia zawsze przywozi udane prezenty. A przy okazji tej wizyty był to zestaw klocków LEGO.
Chcesz by Pierworodny na pewno Cię zapamiętał? Podaruj mu LEGO.
Już od 4 dni, od wyjazdu Cioci, Syn kilkadziesiąt razy dziennie podchodzi do drzwi wyjściowych i, pokazując na nie, woła Ania - swoją drogą to dotychczas jedyne imię jakie wypowiedział. Wtedy obowiązkiem Matki jest odpowiedzieć mu: "Tak, była u nas Ciocia Ania, ale musiała już pojechać do domu.". Zestaw LEGO, który otrzymał zawiera motocykl i figurkę policjanta. Jeżeli w trakcie zabawy natrafi na któryś z tych elementów nie spocznie dopóty, dopóki Matka nie "powtórzy" za nim: "Tak, dostałeś to od cioci Ani.". A że od kilku tygodni Pierworodny bawi się całymi dniami niemal wyłącznie autami i klockami LEGO, nader często trafia na klocki otrzymane od Cioci. Dodatkowo pierwszego dnia po wyjeździe trzeba było mu wciąż powtarzać: "Tak, te ciasteczka upiekliśmy dla Cioci Ani". Mając już dość tej powtarzanki, Matka w wielkim poświęceniu i pośpiechu dojadła wszystkie te ciastka, które się ostały.
Matka już Ciotce zapowiedziała. Żeby ta spodziewała się niespodziewanego. Że nie zna dnia ani godziny, kiedy Matce nerwy wysiądą i usłyszy Ciotka dzwonek do drzwi. A gdy otworzy, na wycieraczce zastanie uradowanego jej widokiem Pierworodnego z wiaderkiem klocków i ukochanym pluszowym Pieskiem pod pachą (bo bez Pieska Pierworodny z domu się nie rusza). A Matka? Szukaj wiatru w polu...
Ale skoro już pojawił się temat LEGO to Matka go pociągnie. Bo właściwie o LEGO już dawno miał być post. Bowiem powoli Matka staje się specjalistką w zakresie LEGO DUPLO, która to seria, zgodnie ze swoim przeznaczeniem, odpowiada kategorii wiekowej, której Syn Pierworodny jest dumnym reprezentantem. Specjalistką, ponieważ Syn posiada już 4 różne zestawy tych klocków. Owszem, Matka cieszy się szczęściem Syna i rozwijaniem przez rodzinę jego pasji, którą stało się budowanie z klocków (choć może bardziej precyzyjne będzie określenie "zabawa klockami" - jednak budowania jest w tym jeszcze niewielki procent). Bardzo się cieszy. A przy okazji realizuje też Matka swoje niezrealizowane marzenia z dzieciństwa.
Jednak cały myk tego wszystkiego siedzi w tym, że 3 z 4 tych zestawów otrzymał Pierworodny od Rodziców Matki (jeden od Dziadka i dwa od Babci).
Od tych samych Rodziców (a obecnie także Dziadków), którzy w dzieciństwie dręczyli swoją córkę zdaniami typu:
"Masz takie fajne klocki, po co Ci kolejne?" - Tak, wszystkie jednakowe, jednokolorowe, bez wyrazu, bez bajeru, bez nazwy.
"Nie ma sensu wydawać tylu pieniędzy na kilka klocków." - "Nie ma sensu kupować kredensu."
"Przecież te LEGO niczym się nie różnią od innych klocków. Płaci się tylko za firmę." - Jak to się nie różnią? To tak jakby wmawiać Matce, że Miś Uszatek w sumie niczym się nie różni od Kubusia Puchatka. A to już przecież nawet Rodzicom Matki nie przeszłoby przez gardło, bo do Kubusia Puchatka w rodzinie ma się wręcz nabożny stosunek, podczas gdy do Misia Uszatka, lekko mówiąc, oziębły.
"Z takich kilku klocuszków to się niczego zbudować nie da. Twoje klocki są lepsze, dają więcej możliwości."
"Na co Ci taki mały komplet jak w domu masz pełno innych klocków?"
Jakoś nigdy Matka nie uwierzyła w te frazesy. Tak samo jak w to, że "Lepiej kupić tabliczkę czekolady niż Kinder Niespodziankę." i, gdy dorosła a matką jeszcze nie była, z uporem maniaka dzieciom wszystkich znajomych kupowała "jajka z niespodzianką".
Czyżby całe podejście Dziadków do zabawek dziecięcych LEG(ł)O w gruzach?
I sięgnęło się za to wszystko Matce Matki. W Święta. Po tym jak już Syn rozpakował kolejny karton LEGO. Że teraz widać dokładnie zasadę: rodzice są od wychowywania a dziadkowie od rozpieszczania. Ale kto by pomyślał, że wraz z nową rolą życiową człowiekowi tak zmienia się światopogląd? Warto to tyle pieniędzy wydawać na trochę klocków? Przecież płaci się tylko za firmę. Dziecku własnemu to szkoda było kupować, ale z Wnusiem to super się układa całymi godzinami na podłodze, co?
Oczywiście Ojciec Pierworodnego musiał się wtrącić i stanąć w obronie Teściowej. Bo zwykle sztamę trzymają. A jak wiadomo Matka to zołza.
- Jak Ty masz takie nierozwiązane problemy z dzieciństwa, to Ty może w ogóle nie powinnaś mieć dzieci?
Odezwał się! Mądrala. Co to sam miał klocków LEGO na kilogramy.
Tym razem poza wygłupami, czytaniem książeczek, przytulankami i ogólnie pojętą przednią zabawą Ciocia wkupiła się prezentem. Ciocia zawsze przywozi udane prezenty. A przy okazji tej wizyty był to zestaw klocków LEGO.
Chcesz by Pierworodny na pewno Cię zapamiętał? Podaruj mu LEGO.
Już od 4 dni, od wyjazdu Cioci, Syn kilkadziesiąt razy dziennie podchodzi do drzwi wyjściowych i, pokazując na nie, woła Ania - swoją drogą to dotychczas jedyne imię jakie wypowiedział. Wtedy obowiązkiem Matki jest odpowiedzieć mu: "Tak, była u nas Ciocia Ania, ale musiała już pojechać do domu.". Zestaw LEGO, który otrzymał zawiera motocykl i figurkę policjanta. Jeżeli w trakcie zabawy natrafi na któryś z tych elementów nie spocznie dopóty, dopóki Matka nie "powtórzy" za nim: "Tak, dostałeś to od cioci Ani.". A że od kilku tygodni Pierworodny bawi się całymi dniami niemal wyłącznie autami i klockami LEGO, nader często trafia na klocki otrzymane od Cioci. Dodatkowo pierwszego dnia po wyjeździe trzeba było mu wciąż powtarzać: "Tak, te ciasteczka upiekliśmy dla Cioci Ani". Mając już dość tej powtarzanki, Matka w wielkim poświęceniu i pośpiechu dojadła wszystkie te ciastka, które się ostały.
Matka już Ciotce zapowiedziała. Żeby ta spodziewała się niespodziewanego. Że nie zna dnia ani godziny, kiedy Matce nerwy wysiądą i usłyszy Ciotka dzwonek do drzwi. A gdy otworzy, na wycieraczce zastanie uradowanego jej widokiem Pierworodnego z wiaderkiem klocków i ukochanym pluszowym Pieskiem pod pachą (bo bez Pieska Pierworodny z domu się nie rusza). A Matka? Szukaj wiatru w polu...
Ale skoro już pojawił się temat LEGO to Matka go pociągnie. Bo właściwie o LEGO już dawno miał być post. Bowiem powoli Matka staje się specjalistką w zakresie LEGO DUPLO, która to seria, zgodnie ze swoim przeznaczeniem, odpowiada kategorii wiekowej, której Syn Pierworodny jest dumnym reprezentantem. Specjalistką, ponieważ Syn posiada już 4 różne zestawy tych klocków. Owszem, Matka cieszy się szczęściem Syna i rozwijaniem przez rodzinę jego pasji, którą stało się budowanie z klocków (choć może bardziej precyzyjne będzie określenie "zabawa klockami" - jednak budowania jest w tym jeszcze niewielki procent). Bardzo się cieszy. A przy okazji realizuje też Matka swoje niezrealizowane marzenia z dzieciństwa.
Jednak cały myk tego wszystkiego siedzi w tym, że 3 z 4 tych zestawów otrzymał Pierworodny od Rodziców Matki (jeden od Dziadka i dwa od Babci).
Od tych samych Rodziców (a obecnie także Dziadków), którzy w dzieciństwie dręczyli swoją córkę zdaniami typu:
"Masz takie fajne klocki, po co Ci kolejne?" - Tak, wszystkie jednakowe, jednokolorowe, bez wyrazu, bez bajeru, bez nazwy.
"Nie ma sensu wydawać tylu pieniędzy na kilka klocków." - "Nie ma sensu kupować kredensu."
"Przecież te LEGO niczym się nie różnią od innych klocków. Płaci się tylko za firmę." - Jak to się nie różnią? To tak jakby wmawiać Matce, że Miś Uszatek w sumie niczym się nie różni od Kubusia Puchatka. A to już przecież nawet Rodzicom Matki nie przeszłoby przez gardło, bo do Kubusia Puchatka w rodzinie ma się wręcz nabożny stosunek, podczas gdy do Misia Uszatka, lekko mówiąc, oziębły.
"Z takich kilku klocuszków to się niczego zbudować nie da. Twoje klocki są lepsze, dają więcej możliwości."
"Na co Ci taki mały komplet jak w domu masz pełno innych klocków?"
Jakoś nigdy Matka nie uwierzyła w te frazesy. Tak samo jak w to, że "Lepiej kupić tabliczkę czekolady niż Kinder Niespodziankę." i, gdy dorosła a matką jeszcze nie była, z uporem maniaka dzieciom wszystkich znajomych kupowała "jajka z niespodzianką".
Czyżby całe podejście Dziadków do zabawek dziecięcych LEG(ł)O w gruzach?
I sięgnęło się za to wszystko Matce Matki. W Święta. Po tym jak już Syn rozpakował kolejny karton LEGO. Że teraz widać dokładnie zasadę: rodzice są od wychowywania a dziadkowie od rozpieszczania. Ale kto by pomyślał, że wraz z nową rolą życiową człowiekowi tak zmienia się światopogląd? Warto to tyle pieniędzy wydawać na trochę klocków? Przecież płaci się tylko za firmę. Dziecku własnemu to szkoda było kupować, ale z Wnusiem to super się układa całymi godzinami na podłodze, co?
Oczywiście Ojciec Pierworodnego musiał się wtrącić i stanąć w obronie Teściowej. Bo zwykle sztamę trzymają. A jak wiadomo Matka to zołza.
- Jak Ty masz takie nierozwiązane problemy z dzieciństwa, to Ty może w ogóle nie powinnaś mieć dzieci?
Odezwał się! Mądrala. Co to sam miał klocków LEGO na kilogramy.
poniedziałek, 13 stycznia 2014
Kto nie ryzykuje, nie pije szampana!
Blisko rok temu, gdy Matka zakładała swój blog, trwała akurat poprzednia edycja konkursu Blog Roku. W luźnej rozmowie z inną początkującą blogerką żartowała sobie Matka, że za rok obie startują i każda kosi konkurencję w swojej kategorii.
Wtedy rok nieprzerwanego pisania wydawał się jakąś absolutną abstrakcją.
Przez ostatnie dni Matka zastanawiała się czy naprawdę ma wziąć udział. Rozważała czy się zbytnio nie zbłaźni. W końcu stwierdziła "raz kozie śmierć!".
Bo jak mawia klasyk:
"Jak kochać to księcia. Jak kraść to miliony."
Jak prowadzić blog to wśród najlepszych!
Ale nie liczy Matka na skoszenie konkurencji. Raczej na to, że chociaż rodzina się jej nie wyprze.
Decydując się na uczestnictwo w całej akcji pomyślała: "a co mi tam właściwie szkodzi? Wklei się ładny, kolorowy banerek, może napisze jakąś notkę motywującą i będzie cacy. 5 minut roboty i po krzyku." Taa, pewnie dla normalnego blogera tak. Pewnie dla większości ludzi żyjących w XXI wieku też. Ale nie dla Matki Wyluzuj!
Zamieszczenie na własnym blogu obrazkowej informacji o tym, że stanęła do konkursu zajęło jej około doby. Bo Matka jest informatycznym ciołkiem i już chyba nic tego nie zmieni. Poczeka jeszcze 2-3 lata to Syn jej zacznie takie rzeczy tłumaczyć. Tak jak teraz Matka tłumaczy mu, że krówka robi "muuu" a konik "iiihaha".
Już na wstępie się wygłupiła, pisząc po wielogodzinnym wyczekiwaniu do organizatorów, że nie dostała od nich maila potwierdzającego jej uczestnictwo. Okazało się, że był w spamie. O kurcze! to w skrzynce na Gmailu Matka ma taki folder? Kto by pomyślał.
Ale schody zaczęły się dopiero później. Matka nie będzie nikogo zanudzać szczegółami. Stwierdza jedynie, że za samą wytrwałość, niewyrzucenie komputera przez okno i jako rekompensatę krzywd wyrządzonych Pierworodnemu w związku z całodziennym niewychowawczym zachowaniem Matki ("Później Synku!", "Nie teraz.", "Idź się pobawić, ja zaraz przyjdę.", "Chodź, bajkę Ci włączę.") oraz krzywd wyrządzonych Matce przez Syna w skutek jej niewychowawczego zachowania (m.in. 3 wyrzucone na podłogę posiłki, przy czym poranna kaszka miała zdecydowanie największy rozbryzg) należy się choć jeden głos dla Matki Wyluzuj!. Choćby z wyrazami współczucia.
niedziela, 12 stycznia 2014
Natury nie oszukasz. Wredne wrednym pozostanie
- Wiesz co, ja to zamiast tego komplementu to chciałbym od Ciebie jeden miły dzień - rzucił Matce w rozmowie Ojciec Pierworodnego, co w kontekście ich wcześniejszej wymiany zdań miało oznaczać "dzień bez złośliwości Matki".
- Ale takiego kuponu nie było!
- I dlatego właśnie mówię, że chciałbym to zamiast komplementu.
- No nie wiem, nie wiem. To by trzeba sprawdzić w regulaminie. Czy to się w ogóle tak da? Nie wydaje mi się. Nie wiem, nie wiem, naprawdę nie wiem... To raczej niezgodne z zasadami. Nie, to chyba niemożliwe.
- Ale takiego kuponu nie było!
- I dlatego właśnie mówię, że chciałbym to zamiast komplementu.
- No nie wiem, nie wiem. To by trzeba sprawdzić w regulaminie. Czy to się w ogóle tak da? Nie wydaje mi się. Nie wiem, nie wiem, naprawdę nie wiem... To raczej niezgodne z zasadami. Nie, to chyba niemożliwe.
piątek, 10 stycznia 2014
Kryzysowa Żona
Cały świat pogrążony w kryzysie. A może już nie? Matka trochę nie na bieżąco z wiadomościami. Ale od paru lat jak coś idzie nie tak, to woła się, że kryzys i hasło to ma usprawiedliwiać wszelkie niepowodzenia. Kryzys za kryzysem kryzys pogania. Amerykanie mają swój kryzys. Europie kryzys czkawką się odbija. Młodzież przechodzi przez kryzys tożsamości. Panowie w średnim wieku mają swój kryzys wieku średniego. Społeczeństwa kryzysy społeczne. Wierzący mają swój kryzys wiary. Matki mają kryzysy laktacyjne. Różne związki przechodzą kryzysy. Nawet w celu podania przykładu jakiegoś celebryckiego kryzysu weszła Matka na Pudelka, ale tam akurat o tym, że Kora się hajtnęła, Anja Rubik uprawia jogging, Perfekcyjna Pani Domu chwali Kaczyńskiego (WTF?) i generalnie każdy coś pokazuje - ktoś syna, ktoś inny córkę, jeszcze inny cycki, tyłek albo nowy dom.
Matka Wyluzuj! też przechodzi kryzys. Kryzys twórczy. Chciałaby pisać, potrzebę ma wciąż wielką. A mimo to z codzienności swej codziennej tematów sobie nie potrafi wyłuskać. Niby coś się wokół dzieje, ale w słowa tego ubrać nie sposób.
- Eee, nie mam o czym pisać. Powiedz coś - zamarudziła Matka do Ojca Pierworodnego sięgając po laptopa i licząc na to, że jak komputer odpali to rozpali tym samym wenę w sobie.
Matka Wyluzuj! też przechodzi kryzys. Kryzys twórczy. Chciałaby pisać, potrzebę ma wciąż wielką. A mimo to z codzienności swej codziennej tematów sobie nie potrafi wyłuskać. Niby coś się wokół dzieje, ale w słowa tego ubrać nie sposób.
- Eee, nie mam o czym pisać. Powiedz coś - zamarudziła Matka do Ojca Pierworodnego sięgając po laptopa i licząc na to, że jak komputer odpali to rozpali tym samym wenę w sobie.
piątek, 3 stycznia 2014
A Ty bijesz już swoje dziecko?
Pierworodny
przegina. Oj przegina. PRZE-GI-NA! Pierworodny przegina na maksa.
Nie,
nie cały czas. Pierworodny przegina seryjnie. Jak zaczyna przeginać
to trzyma go przez 2-3 dni. Potem odpuszcza. I znów jest normalnie.
Miłość, przyjaźń, harmonia, sielanka. Tylko Matka po każdej
takiej przegince staje się coraz bardziej czujna, trochę niepewna
ile jeszcze czasu jej zostało.
Proszę
sobie wyobrazić, że Syn Pierworodny to jest bardzo kumata bestia.
Chociaż czasem otoczenie o tym zapomina z powodu tego, że jak na
kumatą bestię to kiepsko u niego z komunikacją werbalną - ale, że
bestia kumata to radzi sobie wszelkimi innymi sposobami.
Pierworodny
doskonale wie, czego mu nie wolno, co jest zakazane, co
niebezpieczne, czego Matka sobie nie życzy, czego nie życzy sobie
Kot.
Wspinaczka
po meblach, ze szczególnym uwzględnieniem stołu i kuchennej
szafki. Z pełną premedytacją rozlewanie wody, soku i wszystkiego co da się rozlać.
Plucie wodą, sokiem i wszystkim czym da się pluć. Rzucanie
jedzeniem po każdym posiłku. Gryzienie Matki, Ojca i Kota. Bicie
Matki, Ojca, Kota. Ciągnięcie za włosy. Awantura na hasło:
"zbieranie klocków z podłogi". Foch podczas prób
ubierania, który skutkuje godzinnymi przygotowaniami niemal przed
każdym wyjściem z domu. Rzucanie zabawkami. Uderzanie kubkiem w
szybę w oknie. Zaczepianie Kota, prowadzące do użycia przez Kota
pazurów. Rozdarcie na strzępy gazety i rozrzucenie owych strzępów
gdzie się da. Wrzucanie za kanapę kawałków jedzenia i
najróżniejszych drobnych elementów czegokolwiek, co wpadnie mu w ręce.
Dobranie się do kociej kuwety. Walenie na oślep w klawiaturę
laptopa Matki. Wsadzenie ręki do toalety, by pochlapać sobie wodą.
Odklejanie pasków zabezpieczających zakazane szafki i szuflady, aby wyrzucać
ze środka zawartość. Przewrócenie krzesła. Szarpanie ubrań
Matki i Ojca. Zrzucanie Matce z twarzy okularów. Dobieranie się do
zakazanych sprzętów, szczególną uwagę poświęcając sprzętowi
grającemu, dekoderowi od telewizora i telefonom. Wyrzucanie ziemi z
doniczki z kwiatkiem. I zawsze, nie wiedzieć jak, wynajdzie jakiś
nóż, aby go niepostrzeżenie złapać i sprawić, że Matka w
sekundzie starzeje się o kolejny rok a mimo to w ułamku tej sekundy dobiega do niego niczym rącza gazela przeskakująca przez wzgórze klocków Lego.
I
kiedy Pierworodny zaczyna przeginać, to wszystko, co do jednego,
dzieje się już przed południem. A to dopiero początek.
Efekt
jest taki, że Matka działa na granicy rozstroju nerwowego, gdzieś
pomiędzy furią, rozpaczą a totalnym wkurwem. Syn na zmianę ryczy,
drze się i złowieszczo chichra. Kot w swym przerażeniu czuwa
niespokojnie gotowy do zastosowania niewymownych środków wyrazu w
obronie własnego jestestwa. Ojciec przez większość dnia jest w
pracy. Gdy wraca wieczorem, szybko przestawia się na sposób
działania Matki. Mieszkanie wygląda jak lej po bombie. A Matka nie
jest w stanie zdziałać niczego konstruktywnego, nawet jeżeli za
konstruktywne uznamy powieszenie prania.
Największym
problemem ostatnich dni jest gryzienie. Pierworodny gryzie
wszystkich, uznając to za świetną zabawę. Po wyczerpaniu już
całej palety pomysłów na to jak wyperswadować mu ten pomysł na
umilanie sobie dnia, Matka z Ojcem też zaczęli go gryźć. I tak
się gryzą nawzajem. Ciężki orzech mając do zgryzienia. Na razie
sposób działa. Oby działał dalej, bo się zagryzą. Albo
zgryźliwi staną.
Zagwozdkę
mają nie lada, jak wychować dziecko a nie gryzonia.
Ale
gdy Syn bije, wtedy już nikt mu nie oddaje. Bić nie wolno. „W
naszym domu nikt nikogo nie bije!”. A ręka nie raz Matkę
świerzbi. Gdy tłumaczy Pierworodnemu dlaczego czegoś nie może
robić, a nim skończy mówić ten od nowa robi to samo, ewentualnie biegnie
już dalej w celu popełnienia innego niegodziwego występku. „Jeżeli
kiedykolwiek Cię uderzę, będziesz mógł mi oddać!” Jednak Matka
nie uderzy, bo wie, że nie byłoby już powrotu.
*
To
było rok temu. Ponad. W Wigilię. Pamięta Matka, bo miała
półtoragodzinne wychodne w celu kupienia jakiegoś ostatniego
prezentu, którego nie udało się kupić wcześniej. A skoro w
mieście już była to jeszcze wstąpiła do drogerii. Takiej znanej,
sieciówkowej, ale to nieważne w tej opowieści. Szukała właśnie
promocji na swój ulubiony krem przeciwzmarszczkowy, gdy mimowolnie
usłyszała (no dobra, specjalnie to było, Matka uwielbia słuchać obcych ludzi w miejscach publicznych) rozmowę
ekspedientek tego sklepu. A Matka już dawno zauważyła, że panie
pracujące w tej sieci mają prawdopodobnie odgórny przykaz stałego
obstawiania miejsc przy drogich kremach przeciwzmarszczkowych, tak
aby taka klientka jak nie przymierzając Matka, nie mogła ich
spokojnie przejrzeć, przebrać, wybrać. Choć pewnie rozchodzi się o to, by nie mogła zakosić cichaczem. Ale
przecież nie o tym miało być. Ad rem.
-
Wczoraj myślałam, że z nimi zwariuję. Zasnąć nie mogli. Jak
dostali na tyłek, od razu poszli spać. - Bez ogródek zwierzała
się jedna z pań koleżankom. Koleżanki były dwie. Pani obstawiała
początek regału z kremami, jedna koleżanka koniec, druga stała
przy regale po przeciwnej stronie alejki. A w środku Matka biernie
uczestnicząc w tej dyskusji czująca się jak zamknięta w Trójkącie
Bermudzkim. Matka, która w domu zostawiła niespełna 9-miesięcznego
Syna, na półtorej godziny, na całą wieczność.
-
Jakbym nie przylała to nie wiem jak długo jeszcze by to trwało –
ciągnęła niewzruszona. Ta obstawiająca koniec regału pokiwała
głową ze zrozumieniem w milczeniu.
- A
Ty swojego już bijesz? - zagaiła do koleżanki po przeciwnej
stronie alejki.
Ta,
wyraźnie zaskoczona pytaniem i na równi z Matką czująca się
nieswojo wciągnięta w tę ponurą konwersację wydukała tylko
niepewnie:
-
Nie-e – A cała jej osoba zdradzała jawne zażenowanie i zdezorientowanie na myśl jak się odciąć od niewygodnego tematu.
- No
tak, za mały jeszcze – dopowiedziała sobie resztę znawczyni
tematu. Pani, która do tej pory kiwała tylko głową teraz włączyła
się czynnie do rozmowy:
- A
ja tam klapsów nie daję. Wolę dać karę. Lepiej działa. Nie
powiem, parę razy dostali, ale stwierdziliśmy, że tak naprawdę to
nie działa i teraz tylko kary.
- Ja
tam wolę klapsa niż jakieś kary – zarzekła się z całą
stanowczością prowodyrka całej tej irracjonalnej wymiany zdań. -
Szybciej działa. Nie muszę nic wymyślać. Bez klapsów to bym
sobie nie dała rady.
Temat
ciągnęła dalej, ale Matka wściekła wyszła już ze sklepu.
Wściekła na siebie. Na to, że jak zwykle w takich sytuacjach nie
potrafiła się odezwać, wtrącić, wybuchnąć nawet. Chociaż
wiedziała doskonale, co chciała babie powiedzieć.
„Jak
następnym razem nie będziesz mogła zasnąć, niech Ci mąż z
liścia strzeli. Na bezsenność nie ma to jak dostać w ryj od
ukochanego. Zobaczysz, od razu zaśniesz.”
Matka
ma żal do siebie o to, że milczy, gdy wszystko się w niej gotuje.
Tak wielki żal, że ten dialog jak żywy pamięta, choć już minął
rok. Tak wielki, że już nigdy nie weszła do tego sklepu. I nawet
nie kupiła już sobie ani razu tamtego kremu, którego promocji
wypatrywała.
środa, 1 stycznia 2014
Rozmowy na Nowy Rok
- Dobrze, że ja tego bloga parentingowego prowadzę - rzuciła Matka swoim przemyśleniem w stronę Ojca zaraz po tym, jak Syna Pierworodnego położyła spać o zwykłej porze, na wszelki wypadek nie informując go wcześniej, że zaczyna się wyjątkowa noc w roku i mógłby w związku z tym oczekiwać jakichś atrakcji. - Wiesz, dobrze, że parentingowego, a nie takiego normalnego. Jakoś mniej głupio się czuję, że nie mam żadnych wypasionych planów na dzisiaj. Od rana czytam kto spędza Sylwestra z Dwójką, kto z Polsatem, kto nie ma z kim dzieci zostawić, u kogo dzieci się pochorowały, komu tak jak mi się nie chce... Od razu znikają wszystkie kompleksy towarzyszące wyciąganiu sylwestrowego dresu z szafy.
Na znak zrozumienia Ojciec z uśmiechem pokiwał głową otwierając sobie piwo.
Bo Matka to jest przewrotna. Na co dzień w dresach nie chodzi. To sobie w Sylwestra dla odmiany ubrała. Ale żeby nie było, że się Matka nie potrafi odpicować odpowiednio do okazji... bluzka miała świecidełka.
Grubo po 22. było, gdy przypomniało się Matce, że szampana nie schłodzili. A szampan prawdziwy. Wytrawny, pyszny. Kulinarnie też w tym roku Matka się nie popisała, a mimo to o "atrakcji wieczoru" - paczce chipsów (zielona cebulka), Ojciec przypomniał sobie dopiero daleko po 1 w nocy. Pochłonęli w 5 minut.
Fajnie minął im ten wspólny czas. Nie zdarza się, by mogli sobie tak gadać po nocach.
Od dawien dawna nie zdarza się też Matce upijać. Kiedy to ostatni raz miała kaca? Ach, dzisiaj. Okazało się, że nie tęskniła ani trochę.
- O! Krzysiu Ibisz prowadzi. Oglądamy? - zapytała lekko ubzdryngolona już Matka.
- Noo, ostatni rok już prowadzi - odpowiedział poważnie Ojciec.
- Czemu? - równie poważnie zapytała Matka, podejrzewając, że zostanie uraczona jakimiś plotkami z szoł biznesu.
- W przyszłym roku będzie już nieletni. Nie pozwolą mu.
Do siego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

