piątek, 28 lutego 2014

Ciche dni, wypowiedzenie i plagiat

Dzień był jednym z tych do Dupy. Tak, przez duże DE. Bo Dupa to była jak trzydrzwiowa szafa. Niby z Pierworodnym wszystko OK. Od rana świetna komitywa, dał dłużej pospać (pół godziny dłużej, ale to i tak coś znaczy), dawał też do zrozumienia, że matczyne metody wychowawcze są skuteczne i, mimo pewnych nieporozumień, szybko dochodzono do porozumienia, bez zbędnych emocji przyjął też do wiadomości fakt, że spaceru nie będzie, bo Matce się nie chce, zeżarł kawałek tylko jednej kredki - ale spokojnie, pomarańczowej, i tak nie lubiliśmy nią rysować, nawet ostatniego pączka oddał Matce.
A jednak dzień był do Dupy.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Histeryjka

Coraz częściej "NIE" Pierworodnego naprawdę oznacza "NIE".
I to nie takie sobie zwykłe "nie'". Nawet nie "NIE" albo "NIE!". 
Jego "NIE" oznacza "NNNIEEE!!!!!!!".
Nie nastraja to Matki optymistycznie do życia. A i wspólnego życia Matce i Synowi nie ułatwia, bo tak się składa, że Matki "NIE" również oznacza "NIE", tak samo jak "TAK" oznacza "TAK".
Takie obopólne obstawanie przy swoim "NIE" prowadzi do sytuacji co najmniej trudnych. A to dlatego, że gdyż ponieważ Matka i Syn bardzo często mają zupełnie różne plany co do najbliższej przyszłości (typu mycie rąk, jedzenie żelków przed obiadem czy zmiana pieluchy), jak i odmienne wizje co do szeroko pojętego wychowywania Syna, tudzież wychowania sobie Matki przez Syna. 

sobota, 22 lutego 2014

Stara Matka mocno śpi

Mamy progres. Pierworodny na spacerze z Babcią, wyjątkowo, zamiast papierosowego peta czy innego syfu, podniósł 20 groszy.
Dało to potężną nadzieję na przyszłość.
Mózg Matki, bez udziału jej świadomości, przyswoił tę informację, wrzucając ją do szufladki z etykietką: "duże dziecko, koniec ery dzidziusia, masz Matko Luz".
W związku z tym, następnego dnia rano Matka dowiedziała się, że nie tylko nie wstała w nocy do płaczącego Syna i nie wzięła go, jak zawsze, do łóżka rodziców, ale nie obudziła się także, kiedy wiercący się między Matką i Ojcem Syn z tego łóżka wypadł. "Nogami". Na główkę.
Zapytała tylko dla uporządkowania faktów: "To on z nami spał?", bo jakoś wizja dwulatka wypadającego między szczebelkami swojego łóżeczka jej nie grała a i nie poczuła się także zwyczajowo skopana po żebrach, głowie, plecach, nogach itd. . "Ale to ja go brałam do nas?", upewniła się jeszcze, bo już nie raz zdarzało jej się nie pamiętać, że w środku nocy musiała podzielić się z Pierworodnym kołdrą i poduszką. "Nie, Ty nawet nie drgnęłaś" - usłyszała od Ojca, który teraz może się chełpić tym, że dziecko zasypiało ze słowami: "Tati, Tati...".
Syn żyje. Ojciec utulił. Matka przyjęła to na luzie.
Ale jednak trochę głupio.

czwartek, 20 lutego 2014

Drugie Matczyne spostrzeżenia z pracy

1.
Gdy w pracy prosisz, mówisz, krzyczysz: "Cicho, muszę się skupić!". To UWAGA! jest cicho i możesz się skupić.
Tylko czasem człowiek nieprzyzwyczajony, tak bardzo nie może w to uwierzyć, że z wrażenie aż nie może się skupić.

2.
Gdy w pracy rzucasz hasło: "No dobra, mamy mało czasu. Do tej i do tej godziny trzeba się wyrobić", nagle masz wrażenie, że wszystko wokół zaczyna dziać się w przyspieszonym tempie, jakby ktoś włączył na pilocie przewijanie do przodu. Każdy rozumie powagę Twoich słów, śmichy i chichy cichną, żarty słychać rzadziej, ale jakby już tylko te naprawdę dobre, ogólnie praca wre. Brakuje tylko, by wszyscy wokół mówili na przyspieszonych obrotach, jak "Alvin i wiewiórki".
Kiedy w domu mówisz: "Trzeba się pospieszyć, mamy bardzo mało czasu. Mamusia zaraz się spóźni.", nagle masz wrażenie, że czasoprzestrzeń, w której się znajdujesz wkracza w jakiś inny wymiar i wszy-s-t-k-o-za-czy-n-a-dzi-a-ć-s-i-ę-ja-k-by-w-z-w-ol-n-i-o-ny-m-t-em-p-i-e. Śmichy i chichy coraz głośniejsze i nie ma co liczyć na to, że powaga sytuacji obejdzie kogoś poza Tobą.

3.
Człowiek (czyt. Matka), zmęczony obowiązkami w pracy, wraca do domu i ma jeszcze siły na obowiązki domowe. Człowiek, zmęczony obowiązkami domowymi, siedzi w domu i nie ma już siły na kolejne obowiązki domowe.

4.
Poranek przed pracą jest niebywale elastyczny, tzn. jego pojemność  rośnie nieskończenie. Matka przed pracą jest w stanie umyć włosy, umalować się, ubrać (łącznie z trzykrotną zmianą koncepcji). Wypić kawę. Posadzić dziecko na nocniku. Ubrać dziecko. Przygotować i zjeść z dzieckiem śniadanie. Przygotować kanapki do pracy. Dokończyć pisanie tego tekstu. Wypakować naczynia ze zmywarki. Pobiec na tramwaj.
W zwykły poranek w tym samym przedziale czasowym Matka jedynie, pijąc kawę, wspólnie z Synem niespiesznie zjada śniadanie. W piżamach.


A jakby co, to pierwsze spostrzeżenia były tu #1

wtorek, 18 lutego 2014

Kiedyś czyjaś Córka mi podziękuje

Mówi się, że matki nie wychowują synów dla siebie, ale robią to dla innych kobiet, dla przyszłych partnerek swoich synów.

Nie od dziś wiadomo jak Pierworodny działa na kobiety. Tak, że ich serca miękną, kolana się uginają, uśmiech pojawia się nawet na najbardziej zmęczonej twarzy a spotkanie z nim na długo zapada w pamięci. Wielokrotnie była Matka świadkiem tego, jak jego rówieśnice rzucały się na Syna, by go przytulić bądź pocałować - zwykle ku przerażeniu samego obiektu tych nagłych porywów uczuć i zwykle parka w uścisku razem zaliczała glebę, co kwitowane było płaczem Pierworodnego i w końcowym efekcie ucieczką do Mamusi (ale na obronę Syna działa to, że mało który facet nigdy tak się nie zachował i po nieudanej znajomości z przedstawicielką płci przeciwnej nie pobiegł w pocieszające ramiona mamusi).
Gdy do akcji wkracza błękit oczu Pierworodnego, coś nieopisanego dzieje się także z kobietami, które są już nie jego rówieśnicami, ale równolatkami jego matki czy babci. Zaraz każda chce go brać na ręce, na kolana, pogłaskać, przytulić, zagadać. On zwykle nie ma nic przeciwko.
Żadna kobieta nie jest obojętna na niewątpliwy urok Syna Pierworodnego.
Innymi słowy, jakoś Matka nie boi się o brak kandydatek na Synową.

Mały bilans.
Pierworodny jest bardzo czuły.
Uwielbia się tulić, chętnie daje buziaki.
Nie ma problemu z mówieniem "kocham". Tzn. ma problem, bo ogólnie nic jeszcze nie mówi. Ale, gdy daje do zrozumienia, że kogoś kocha to z anielskim uśmiechem przechyla główkę na bok - to taki gest jakby na odległość chciał tę głowę położyć ukochanej osobie na kolanach - wszystko w człowieku pęka i topnieje.
Potrafi też przeprosić, gdy nabroi.

Tańczy.
Jest towarzyski.
Ma poczucie humoru.
Zawsze pamięta gdzie coś położył. A i zapytany o to, gdzie w domu szukać zaginionego przedmiotu szybko i bezbłędnie udziela odpowiedzi. Czyli w przyszłości żadnego: "Kochanie, a gdzie jest mój/-a/-e ... ?" - jak nie facet.
Coś za coś. Choruje jak typowy facet. Tzn. na szczęście nie choruje. Ale wystarczy, że ktoś z domowników ma "ałka" a Pierworodny nie da za wygraną i kilkadziesiąt razy dziennie będzie pokazywał, że też kiedyś miał "ałka". I najpewniej, że zrobił mu je Kot. Bo w jego mniemaniu Kot jest sprawcą każdego "ałka". Cóż, nie ma ideałów.

Pomaga przy gotowaniu.
W niedzielę znów upiekł z Matką ciasto (bez żadnych ryków i krzyków i tylko raz sypnął sobie w twarz mąką - nie żeby Matka jakoś szczególnie to wspólne pieczenie polubiła, ale pamiętała o podwinięciu rękawków i ogólnie fajnie było. Wszystkim niedowiarkom mówimy: Da się!).
Brudne ubrania zanosi do pralki lub kosza na bieliznę.
Pomaga przy wieszaniu prania.
Wyciera kurze.
Odkurza.
Segreguje. Sam z siebie. Klocki według rodzaju. I inne rzeczy też.
Dba o swoje samochody. Nie pozwala, by w pudełku z autami znalazły się jakieś inne zabawki.
Nie miga się od drobnych napraw domowych. Przy majsterkowaniu nie odstępuje Ojca na krok i zawsze pamięta, gdzie jest skrzynka z narzędziami.


A kilka dni temu Matka nauczyła Pierworodnego myć okna.

"Moja rola jako matki skończona" - pomyślała z nostalgią, patrząc w dal przez lśniąco czystą szybę.

piątek, 14 lutego 2014

Dialogi miłosne

Z okazji Walentynek będzie dziś nietypowo. Podczas przygotowywania tekstu podsumowującego rok istnienia "Matki Wyluzuj!" miała Matka okazję do przejrzenia tego, co przez ten rok na klawiaturze wystukała. Spora część postów powstała tak spontanicznie i bez dłuższego przemyślenia, że już dawno zdążyły ulecieć z pamięci. I do tej części w dużej mierze zaliczają się dialogi Ojca i Matki.
Nie sądziła Matka, że tyle się tego na blogu już nazbierało. Gdy powstawała ta strona, w ogóle nie uwzględniała ich w swojej koncepcji. A tu proszę, stały się integralną i nierozerwalną częścią "Matki Wyluzuj!" i nie zapowiada się, aby miało to ulec zmianie.
Walentynki postanowiła Matka potraktować jako pretekst do zebrania dotychczasowych dialogów w jednym miejscu.
No to dalej z tym koksem...

środa, 12 lutego 2014

Masz Matko placek



Odstaję. Nigdy nie dorównam. Nie będę matką doskonałą. Nie mam szans. Nie dam rady odtworzyć wizji macierzyństwa doskonałego. Po prostu jest coś czego nie przeskoczę, co skutecznie blokuje obraz idealnej matki.

Nazywam się Matka Wyluzuj! i nienawidzę piec z własnym dzieckiem.

Dlaczego? Dlaczego wciąż nie opuszcza mnie wizja wykreowana przez filmy, reklamy, kolorowe czasopisma, programy kulinarne? Przecież mam już spore doświadczenie i wiem, że to, co tam nijak się ma do tego, co tu. Dlaczego wciąż jeszcze wierzę w cierpliwe i uśmiechnięte mamy, które w błogiej euforii, w czystych kuchniach pichcą smakołyki wraz ze swymi radosnymi pociechami o lekko przyprószonych mąką rączkach z zakasanymi rękawkami? Dlaczego ja nigdy nie pamiętam o zakasaniu rękawków?
Dlaczego ja nie mam czystej kuchni, tylko muszę najpierw odgarnąć brudne gary z obiadu? Dlaczego uśmiech znika mi już po wyjęciu pierwszych produktów?
Dlaczego moje dziecko nie ma jedynie oprószonych mąką paluszków, tylko kończy z ciastem wtartym w spodnie, koszulkę, włosy, kanapę, twarzą od brody po czoło zanurzoną w blaszce z gotowym do wstawienia do piekarnika ciastem (bo chciał sobie polizać), obżarty, jak nie surową masą to na przykład regularnie wykradaną i na chybcika pakowaną do buzi margaryną do pieczenia?
Dlaczego na obrazkach dzieciaki z przejęciem mieszają w misce to, co mają mieszać, podczas gdy moje dziecko, korzystając z 2 sekund mojej nieuwagi, jak nie macha na oślep pełną łyżką, to odwraca do góry dnem pełną miskę?
Dlaczego "tam" wszyscy w poczuciu dobrze wykonanego zadania kibicują szczęśliwej mamie przy wkładaniu blachy do rozgrzanego pieca - pieca, który mogłoby nagrzać ciepło z jej serca, a "tu" jest ryk, krzyk, płacz, histeria i rozpacz czarna, bo Matka chce zabrać coś, nad czym dziecko przecież tak się napracowało? A potem znów ryk, krzyk, płacz, histeria i rozpacz czarna, bo wstawiła do piekarnika i nie chce wyjąć. A potem znów ryk, krzyk, płacz, histeria i rozpacz czarna, bo wyciągnęła i mówi, że gorące.

A w międzyczasie jeszcze Matka ryczy, krzyczy, płacze i histeryzuje, że "Nigdy więcej!".

Dlaczego wciąż sobie to robię? Dlaczego raz na jakiś czas, zapominając o tym co nieuniknione, pełna entuzjazmu wołam:
"Chodź, Synuś, upieczemy ciasto!"?
Dlaczego?