Prawdopodobnie nie użyję lepszych argumentów niż zrobiła to na przykład Jaskółka. Nie napiszę też tego lepiej niż Łońska. Tyle osób już ten temat poruszyło. Tylko od momentu, gdy zaczynałam podczas kolacji na szybko pisać w swoim zeszycie pierwszą stronę tego wpisu, do chwili, gdy tę pierwszą stronę kończyłam, na "wallu" swojego "matkowego" Facebook'a zobaczyłam 5 nowych postów, jeden pod drugim, poświęconych tej nieszczęsnej kampanii.
Dlatego miałam już sobie odpuścić. Po co jeszcze moje trzy grosze?
Jednak uznałam, że nie tym razem. Wielokrotnie porzucałam tematy, tylko dlatego, że u innych już o tym było. Tym razem idę na fali pierwszych emocji. Nie są to pozytywne emocje.
Zaczynamy.
Kto jeszcze nie widział, niech obejrzy poniższy spot. Bo o nim właśnie będzie mowa...
Serio?
Albo - albo?
Albo praca, dom i Paryż albo dziecko, szczęście i spełnienie?
Albo jedno, albo drugie?
To ja Wam powiem, że albo kogoś pochrzaniło albo gówno wie.
Czy naprawdę trzeba szeroko argumentować, aby obalić takie postrzeganie kobiecych wyborów (kobiecych, bo spot w żaden sposób nie sugeruje, by z tymi wyborami i tego typu dylematami mieli coś wspólnego mężczyźni), czy właściwie nie muszę wypisywać takich oczywistości i na tym byśmy skończyli?
Bo to chyba oczywiste i nie wymaga rozwinięcia myśli, że tak jak dzieci niekoniecznie są sprawcami życiowego spełnienia kobiet, tak i kariera zawodowa posiadania rodziny i bycia rodzicem nie wyklucza.
31 sekund filmu i, cholera!, wreszcie się dowiedziałam czemu jeszcze nie byłam w moim upragnionym Paryżu. Wszystko przez to, że zdecydowałam się na dziecko. A ja, głupia, tyle czasu myślałam, że to przez to, że za dużo z mężem pracujemy. W końcu przed dzieckiem też wciąż odkładaliśmy ten wyjazd na później. Strach pomyśleć, gdzie jeszcze nie pojedziemy, jeśli kiedyś zdecydujemy się na drugie.
To samo tyczy się domu. Dlaczego go jeszcze nie kupiliśmy, choć mówimy o tym od kilku lat? Do tej pory myśleliśmy, że to brak czasu. Nie mamy kiedy przeglądać ogłoszeń, jeździć, oglądać, załatwiać formalności. Bo praca. Otóż nie. Nie mamy domu, bo mamy dziecko.
Ale przynajmniej nie płaczemy, patrząc na pusty ogródek.
Napiszę coś, co nie zdziwi żadnej normalnej kobiety (czy to matki, czy nie), ale być może zaskoczy twórców spotu.
Macierzyństwo to nie produkt czy usługa długoterminowa, którą można zareklamować, by masy to kupiły. Macierzyństwo dla kobiet nie jest punktem do odhaczenia na życiowej liście "to do". To nie wyścig o to, kto pierwszy. To nie kaprys i widzimisię. Macierzyństwo to nie coś zamiast czegoś. Ani coś, jako rekompensata czegoś innego. I wreszcie macierzyństwo NIE jest rolą odpowiednią dla każdej kobiety. Nie ma nic gorszego, niż bycie w niej obsadzoną wbrew sobie: bo zegar tykał, bo on chciał, bo jakoś tak wyszło, bo teściowa, bo wszystkie koleżanki, bo właściwie co można innego, bo Kościół, bo trzeba...
Macierzyństwo jest wystarczająco trudne i wtedy, gdy jest doświadczeniem najbardziej upragnionym w życiu.
Jestem matką i dlatego teraz daję sobie pełne prawo, by wymądrzać się w tym temacie. Ja już stoję po tej stronie barykady, na którą w spocie nieudolnie próbuje się kogoś namawiać. Do końca nie wiem kogo.
O zgrozo, matką zostałam dopiero na miesiąc przed swoimi 27 urodzinami. Według statystyk podawanych na stronie internetowej, która, tak jak powyższy spot, jest częścią kampanii "Nie odkładaj macierzyństwa na potem!", gdybym urodziła się 10 lat wcześniej, matką zostałabym pewnie na miesiąc przed 23 urodzinami. To bardzo intrygująca dla mnie wizja. Jak przypominam sobie siebie w wieku 22 lat, pamiętam, że wydawało mi się, że o życiu wiem wszystko, choć w rzeczywistości wiedziałam tyle co nic, a nawet mniej.
Mój syn jest dzieckiem upragnionym, planowanym i wyczekiwanym. Jak go kocham nie powiem, bo nie wypowiem. I dlatego też, że nie o tym jest ten tekst.
Odkąd mój syn jest na świecie, nie wyobrażam już sobie tego świata bez niego. Czyli bez tego konkretnego człowieka. Ale czy to oznacza, że nigdy nie wyobrażałam sobie, że jednak nie zostałam matką? Nie. Otóż wielokrotnie sobie wyobrażałam i pewnie jeszcze nie raz przyjdzie mi to do głowy. Czy byłoby mi lepiej. Pewnie nie. Czy byłoby mi gorzej? Pewnie nie. Byłoby inaczej. I tyle.
Mam porównanie, wiem jak wyglądało moje życie bez dziecka, wiem jak wygląda teraz. Czy cofnęłabym czas, gdybym mogła? Nie. Ale czy wyobrażam sobie, że jednak mogłabym nie zostać matką? Tak. I nie sądzę, że gdybym cztery lata temu nie zaszła w ciążę, byłabym teraz mniej lub bardziej szczęśliwa. Byłabym po prostu innym człowiekiem.
Zdarzyło mi się zapytać kogoś czy planuje dzieci, nikogo obcego, ot, bliższych znajomych w luźnych rozmowach o rzeczach ważnych i nieważnych. Być może nieświadomie popełniłam nietakt, może akurat którejś z tych osób pytać nie wypadało. Ale nigdy nie dawałam sobie prawa, by kogokolwiek do rodzicielstwa namawiać. Nawet, gdybym uważała, że ciąża to prawie jak latanie na chmurkach z Muminkami, poród to prawie orgazm, a pierwszy rok życia dziecka to w sumie wakacje, nie dawałabym sobie prawa, by namawiać kogoś, by na co najmniej 18 lat wziął pełną odpowiedzialność za człowieka, którego nawet nie zna i nie wie jaki będzie. Odpowiedzialność moralną, finansową, wychowawczą, prawną i każdą z możliwych.
Wracając do spotu i jego pomysłodawców...
Już bardziej przekonalibyście mnie, gdybyście wprost powiedzieli: "Zapomnij o kondomach, wyrzuć tabletki, bo nie będzie miał kto zarobić na Twoją emeryturę".
I jeszcze jedno. Serio?
Naprawdę ten film miał kogoś nakłonić do przewartościowania życia, poprzestawiania ideałów, przeprowadzenia rewolucji we własnym życiu? Serio serio? Czy może po prostu nie mieliście co z pieniędzmi zrobić?
A może założenie było właśnie takie, że ma być kontrowersyjnie i głośno?
Że nie ważne jak, byleby...
Jeżeli tak, to gratuluję, nabrałam się.
Zdjęcie i film pochodzą ze strony www.nieodkladajmacierzynstwa.pl






