poniedziałek, 8 czerwca 2015

Zdążyłam. Fajnie. I co z tego dla innych? Nic.




Prawdopodobnie nie użyję lepszych argumentów niż zrobiła to na przykład Jaskółka. Nie napiszę też tego lepiej niż Łońska. Tyle osób już ten temat poruszyło. Tylko od momentu, gdy zaczynałam podczas kolacji na szybko pisać w swoim zeszycie pierwszą stronę tego wpisu, do chwili, gdy tę pierwszą stronę kończyłam, na "wallu" swojego "matkowego" Facebook'a zobaczyłam 5 nowych postów, jeden pod drugim, poświęconych tej nieszczęsnej kampanii.
Dlatego miałam już sobie odpuścić. Po co jeszcze moje trzy grosze?
Jednak uznałam, że nie tym razem. Wielokrotnie porzucałam tematy, tylko dlatego, że u innych już o tym było. Tym razem idę na fali pierwszych emocji. Nie są to pozytywne emocje.


Zaczynamy.
Kto jeszcze nie widział, niech obejrzy poniższy spot. Bo o nim właśnie będzie mowa...






Serio?
Albo - albo?
Albo praca, dom i Paryż albo dziecko, szczęście i spełnienie?
Albo jedno, albo drugie?

To ja Wam powiem, że albo kogoś pochrzaniło albo gówno wie.

Czy naprawdę trzeba szeroko argumentować, aby obalić takie postrzeganie kobiecych wyborów (kobiecych, bo spot w żaden sposób nie sugeruje, by z tymi wyborami i tego typu dylematami mieli coś wspólnego mężczyźni), czy właściwie nie muszę wypisywać takich oczywistości i na tym byśmy skończyli?

Bo to chyba oczywiste i nie wymaga rozwinięcia myśli, że tak jak dzieci niekoniecznie są sprawcami życiowego spełnienia kobiet, tak i kariera zawodowa posiadania rodziny i bycia rodzicem nie wyklucza.

31 sekund filmu i, cholera!, wreszcie się dowiedziałam czemu jeszcze nie byłam w moim upragnionym Paryżu. Wszystko przez to, że zdecydowałam się na dziecko. A ja, głupia, tyle czasu myślałam, że to przez to, że za dużo z mężem pracujemy. W końcu przed dzieckiem też wciąż odkładaliśmy ten wyjazd na później. Strach pomyśleć, gdzie jeszcze nie pojedziemy, jeśli kiedyś zdecydujemy się na drugie.

To samo tyczy się domu. Dlaczego go jeszcze nie kupiliśmy, choć mówimy o tym od kilku lat? Do tej pory myśleliśmy, że to brak czasu. Nie mamy kiedy przeglądać ogłoszeń, jeździć, oglądać, załatwiać formalności. Bo praca. Otóż nie. Nie mamy domu, bo mamy dziecko.

Ale przynajmniej nie płaczemy, patrząc na pusty ogródek.

Napiszę coś, co nie zdziwi żadnej normalnej kobiety (czy to matki, czy nie), ale być może zaskoczy twórców spotu.
Macierzyństwo to nie produkt czy usługa długoterminowa, którą można zareklamować, by masy to kupiły. Macierzyństwo dla kobiet nie jest punktem do odhaczenia na życiowej liście "to do". To nie wyścig o to, kto pierwszy. To nie kaprys i widzimisię. Macierzyństwo to nie coś zamiast czegoś. Ani coś, jako rekompensata czegoś innego. I wreszcie macierzyństwo NIE jest rolą odpowiednią dla każdej kobiety. Nie ma nic gorszego, niż bycie w niej obsadzoną wbrew sobie: bo zegar tykał, bo on chciał, bo jakoś tak wyszło, bo teściowa, bo wszystkie koleżanki, bo właściwie co można innego, bo Kościół, bo trzeba...
Macierzyństwo jest wystarczająco trudne i wtedy, gdy jest doświadczeniem najbardziej upragnionym w życiu.

Jestem matką i dlatego teraz daję sobie pełne prawo, by wymądrzać się w tym temacie. Ja już stoję po tej stronie barykady, na którą w spocie nieudolnie próbuje się kogoś namawiać. Do końca nie wiem kogo.
O zgrozo, matką zostałam dopiero na miesiąc przed swoimi 27 urodzinami. Według statystyk podawanych na stronie internetowej, która, tak jak powyższy spot, jest częścią kampanii "Nie odkładaj macierzyństwa na potem!", gdybym urodziła się 10 lat wcześniej, matką zostałabym pewnie na miesiąc przed 23 urodzinami. To bardzo intrygująca dla mnie wizja. Jak przypominam sobie siebie w wieku 22 lat, pamiętam, że wydawało mi się, że o życiu wiem wszystko, choć w rzeczywistości wiedziałam tyle co nic, a nawet mniej.

Mój syn jest dzieckiem upragnionym, planowanym i wyczekiwanym. Jak go kocham nie powiem, bo nie wypowiem. I dlatego też, że nie o tym jest ten tekst.
Odkąd mój syn jest na świecie, nie wyobrażam już sobie tego świata bez niego. Czyli bez tego konkretnego człowieka. Ale czy to oznacza, że nigdy nie wyobrażałam sobie, że jednak nie zostałam matką? Nie. Otóż wielokrotnie sobie wyobrażałam i pewnie jeszcze nie raz przyjdzie mi to do głowy. Czy byłoby mi lepiej. Pewnie nie. Czy byłoby mi gorzej? Pewnie nie. Byłoby inaczej. I tyle.
Mam porównanie, wiem jak wyglądało moje życie bez dziecka, wiem jak wygląda teraz. Czy cofnęłabym czas, gdybym mogła? Nie. Ale czy wyobrażam sobie, że jednak mogłabym nie zostać matką? Tak. I nie sądzę, że gdybym cztery lata temu nie zaszła w ciążę, byłabym teraz mniej lub bardziej szczęśliwa. Byłabym po prostu innym człowiekiem.

Zdarzyło mi się zapytać kogoś czy planuje dzieci, nikogo obcego, ot, bliższych znajomych w luźnych rozmowach o rzeczach ważnych i nieważnych. Być może nieświadomie popełniłam nietakt, może akurat którejś z tych osób pytać nie wypadało. Ale nigdy nie dawałam sobie prawa, by kogokolwiek do rodzicielstwa namawiać. Nawet, gdybym uważała, że ciąża to prawie jak latanie na chmurkach z Muminkami, poród to prawie orgazm, a pierwszy rok życia dziecka to w sumie wakacje, nie dawałabym sobie prawa, by namawiać kogoś, by na co najmniej 18 lat wziął pełną odpowiedzialność za człowieka, którego nawet nie zna i nie wie jaki będzie. Odpowiedzialność moralną, finansową, wychowawczą, prawną i każdą z możliwych.

Wracając do spotu i jego pomysłodawców...

Już bardziej przekonalibyście mnie, gdybyście wprost powiedzieli: "Zapomnij o kondomach, wyrzuć tabletki, bo nie będzie miał kto zarobić na Twoją emeryturę".

I jeszcze jedno. Serio?
Naprawdę ten film miał kogoś nakłonić do przewartościowania życia, poprzestawiania ideałów, przeprowadzenia rewolucji we własnym życiu? Serio serio? Czy może po prostu nie mieliście co z pieniędzmi zrobić?
A może założenie było właśnie takie, że ma być kontrowersyjnie i głośno?
Że nie ważne jak, byleby...
Jeżeli tak, to gratuluję, nabrałam się.


Zdjęcie i film pochodzą ze strony www.nieodkladajmacierzynstwa.pl


piątek, 5 czerwca 2015

Matka i Ojciec Sp. Z O.O.



Gwoli kronikarskiej dokładności.

Ojciec i Matka zabrali Syna Pierworodnego na wycieczkę do ZOO.

Odkąd kilka miesięcy temu Syn nauczył się mówić ZIO, nie było chyba dnia, w którym nie poinformowałby otoczenia, że chciałby tam pojechać. Choć do końca nikt nie jest pewien, czy wiedział, co to tak naprawdę jest.
- To gdzie idziemy? - podało pytanie na przykład przed wyjściem na spacer.
- Do ziooo!!!
- Co będziemy jutro robić?
- Ziooo!!!
Itd. Codziennie. Od kilku miesięcy.
Dla uściślenia, w mieście, w którym mieszkają nie ma ZOO.

Ostatni raz podobną wycieczkę zaliczył Syn dwa lata temu. Podobną, bo było to inne ZOO. Ze względów oczywistych nie jest w stanie tego pamiętać.
Trzeba przyznać, że od tamtej pory nastąpił pewien malutki postęp. Rozwinęło się jakieś zainteresowanie egzotyką.
Dwa lata temu Pierworodnemu najbardziej podobały się kura, gołąb i huśtawka.
Tym razem kaczka, lody i jak słoń robił kupę.

Dziękuję za uwagę.


środa, 3 czerwca 2015

Jak Matka i Ojciec nie opanowali się w przedszkolu



Było!
Było właśnie tak!
Dokładnie tak, jak Matka myślała, że będzie.
Gdyby Ojciec nadal czytał blog Matki, wiedziałby pewnie czego może po niej się spodziewać. A skoro nie czyta, był lekko skonsternowany narastającym w niej z minuty na minutę podnieceniem przed pierwszym Dniem Mamy i Taty w przedszkolu Syna Pierworodnego. Konsternacja przeszła płynnie w przerażenie i w końcu, na niecałą godzinę przed spotkaniem w przedszkolu, usłyszała od niego: "Siadamy osobno!".

Matka oczywiście takie gadanie zbagatelizowała, wiedząc, że w głębi, ale tak bardzo w głębi (bardzo, bardzo), Ojciec przeżywa dokładnie to samo, tylko nie chce się przyznać. Za to Matka problemu z przyznaniem się nie miała i lojalnie uprzedziła:
'Jak puszczą "A ja wolę moją mamę" to już na bank się nie opanuję i będę ryczeć'.
Nie puścili.
Ale było "Moja mama jest kochana, moja mama wszystko wie...", więc na jedno wyszło - Matka beczała. Kątem zapłakanego oka dała radę rozejrzeć się na boki i okazało się, że chyba jako jedyna z rodziców. Phi! Mogli patrzeć na Pierworodnego, a nie na swoje, to też by się wzruszyli. Ich strata.

Było dokładnie tak! Tak jak Matka myślała, że będzie.
Ani be, ani me. Ale za to jak stał. I jak siedział. I machał grzechotką przy piosence. A łatwo na pewno mu nie było. Jako jedyny z dzieci miał przecież na sobie lekarskie słuchawki, do tego pluszowego Pieska pod pachą i jeszcze po jednym motorze z LEGO Duplo (wraz z ludzikiem policjantem) w każdej rączce. A jak stał. I jak siedział. I na tej grzechotce grał! I jeszcze dał radę wręczyć mamusi kwiatka, a tatusiowi laurkę.

W życiu piękniejszej laurki nie widzieliście!
Ha!
Ze zdjęciem Pierworodnego.
I odciskiem jego rączki.
Handluj z tym.

Druga część spotkania: kawa, ciasto, oglądanie prac plastycznych z całego roku... Luzik. Ale przy szaleństwach dzieciaków w sali zabaw (zjeżdżalnie, baseny z piłeczkami, materace, siatki ochronne, labirynty i wspinaczka 3 metry w górę - czyli standard), Ojciec już nie mógł udawać, że ma nerwy ze stali.

Dla wielu osób jest to zaskoczeniem i trudno w tę prawdę najprawdziwszą uwierzyć. Ba! sam Ojciec nie jest w stanie tego przyjąć na klatę i zaakceptować jako faktu autentycznego. Otóż, tak naprawdę, w tym teamie to Ojciec Pierworodnego jest częściej "trochę zbyt spiętym, czasem zbyt poważnie podchodzącym do codziennych błahych spraw" i to często właśnie on powinien wyluzować. Gdyby mu Matka pozwoliła, zapewne owinąłby Syna folią bąbelkową i nie dopuścił, by wspinał się nawet na krawężnik, nie dał mu jeździć na rowerze, tylko go nosił i na wszelki wypadek każde, choć trochę ciepłe jedzenie dwa razy podmuchał.
Na szczęście to Matka chodzi z Pierworodnym do piaskownicy i na place zabaw i to Matka wydaje 90% posiłków w domu, dzięki czemu dzieciństwo Syna upływa w miarę normalnie. Matka i Ojciec nie łapią luzu w zupełnie odmiennych sytuacjach. O dziwo, aktualnie to on częściej. Ale to Matka do swojego braku wyluzowania się przyznaje, tym samym ułatwiając Ojcu sprawę - może głośno śmiać się z niej, odwracając jednocześnie uwagę od siebie.
Matka, przyznając się i mówiąc o tym głośno, oswaja swoje lęki, nieadekwatne zachowania, zbyt daleko galopujące myśli. Ojciec, wychodzi z założenia, że nawet jeśli, co mało prawdopodobne, nie ma racji, jest to nieszkodliwe. Matki brak luzu skupia się na niej samej - podstawowe pytanie brzmi, czy na pewno robię dobrze? Ojca brak luzu skupia się na otoczeniu, czy na pewno jest dla Syna bezpieczne - czy przedszkole jest odpowiednie, czy przedszkolanka dość uważna, czy zjeżdżalnia nie za wysoka, czy piasek dość czysty, czy babcia nie za bardzo rozpieszcza, czy Syn na pewno sobie poradzi, czy pies mu nic nie zrobi, czy zupa nie za gorąca, czy kałuża nie za mokra...? Trochę w tym winy Matki. To ona tak panikowała na początku, a Ojciec ją uspokajał. W końcu role się odwróciły.

Tym razem, w przedszkolu, nie mógł już udawać. Widząc Syna Pierworodnego, machającego spod sufitu, musiał przyznać: "Ja się do tego nie nadaję!". Podczas gdy Matka zawsze pęka z dumy, patrząc jak Syn świetnie sobie radzi w tego typu przybytkach dziecięcych uciech, Ojciec blednie, raz po raz czuje zbliżający się zawał serca i ogólnie nie dzieje się z nim dobrze - najchętniej wszedłby między te wszystkie rozbiegane dzieciaki i siłą wyciągnął stamtąd Pierworodnego. Teraz wiecie dlaczego sale zabaw są tak skonstruowane, by do większości atrakcji dorośli nie mieli dostępu.

Jakby tego było mało na biedne, skołatane ojcowskie nerwy, kolega zabrał Pierworodnemu piłkę. Matka wychodzi z założenia, że nie miesza się w takie akcje, dopóki nie dochodzi do rękoczynów. W związku z tym, że nie dość, że zabrał piłkę, to jeszcze ciągnął za włosy, Matka jednak do akcji wkroczyła. Tzn. powiedziała: "Ej!". Wystarczyło. Dzieciak puścił włosy, ale nie piłkę. Uznała, że dalej Syn musi radzić sobie sam i usunęła się na bok, by móc jednocześnie z zainteresowaniem obserwować rozwój sytuacji i uspokajać Ojca.
Biedaczysko. Wyobrażacie sobie? Ktoś zabrał jego synkowi piłkę. Taką z basenu z piłkami, czyli jedną z pięciuset na sali. Fakt, ta była akurat czerwona, a tych było tylko dwieście. W takim wypadku to zrozumiałe, że mimo wyraźnych protestów Matki, na jedno zagubione spojrzenie błękitnych oczu Pierworodnego, Ojciec stał się superbohaterem, znającym magiczne słowa wytrychy: "Oddaj mu piłkę" (przynajmniej do takich się przyznaje, bo Matka nie słyszała). Poskutkowało. Znów Matka jest tą złą, co nie obroniła. W dodatku czuje niedosyt, bo nadal nie wie, jak ostatecznie zachowałby się Syn. A jakby tego było mało, w trakcie całego zamieszania, zamiast bronić, osłaniać i chronić, ośmielała się robić sobie ciche żarty z obcego dzieciaka: "A mówią, że klient w krawacie jest mniej awanturujący się".

#zła_matka
#na_szczęście_ojciec_czuwa
#trudne_sprawy

#przedszkole   #dzień_mamy_i_taty   #piosenki   #wierszyki   #laurka   #kwiatek   #miłość   #łzy   #emocje   #ojciec   #matka   #syn   #najlepszy


poniedziałek, 25 maja 2015

Tak to sobie wyobrażam...



Ta wizja powstaje już w trakcie ciąży. A właściwie to nie, ona powstaje już wtedy, gdy pomyśli się: "Kiedyś, gdy będę mieć dzieci...". Ale to w czasie ciąży wyobraźnia szaleje, idealistycznie patrzy się w przyszłość i optymistycznie projektuje, jak to będzie rok po roku. Ta wizja wraca, gdy po raz kolejny z rozpaczą myśli się: "Przecież to nie tak miało być!".
Fakt, na porodówce nikomu to nie przychodzi do głowy, ważniejsze są sprawy. Ale później już tak... Wraca do planu na przyszłość, jako wyczekiwana nagroda, jako złoty medal, puchar, podium i wielki czek z "Milionerów" - fejm, poklask i owacje na stojąco.
Ta wizja rozwija się, gdy ono pierwszy raz powie "mama", nie odstępuje już na krok, gdy nauczy się pierwszego wierszyka.
Kiedy zapisuje się je do przedszkola, można oszukiwać siebie i innych, że celem jest powrót do aktywności zawodowej, kontakt dziecka z rówieśnikami, nauka funkcjonowania w grupie, socjalizacja i rozwój na wielu płaszczyznach, czy choćby po prostu święty spokój. Ale tak naprawdę w głowie ma się przede wszystkim wizję TEGO JEDNEGO.

Potem dziecko pójdzie do szkoły. Będą też inne okazje, kolejne, może nawet ważniejsze. Ale TO zostanie w pamięci! Będzie dawało ukojenie, gdy gówniarz przyniesie kolejną w tygodniu uwagę w dzienniczku. Gdy w gimnazjum przyjdzie do domu pierwszy raz po piwku. Gdy w liceum pierwszy raz wyjedzie z dziewczyną pod namiot. I zawsze będzie się wydawało, jakby TO było wczoraj.
A na ślubie? Czy ktoś naprawdę myśli, że matki na ślubach swoich dzieci płaczą ze szczęścia? No chyba, że za tym minionym:

"Jak to możliwe, że ta flądra zabrała mi mojego syneczka? Przecież dopiero co patrzyłam na niego podczas 
PIERWSZEGO PRZEDSZKOLNEGO PRZEDSTAWIENIA Z OKAZJI DNIA MATKI!"


Przedstawienie z okazji Dnia Matki to nie przelewki. To coś na co się czeka bardziej niż na wizytę Świętego Mikołaja, bardziej niż na przesyłkę z zmówionymi szpilkami od Manolo Blahnica przecenionymi o 80%, bardziej niż na romantyczny weekend w Paryżu, bardziej niż czekało się na własną "osiemnastkę", bardziej niż na wyniki matury, bardziej niż na wynik testu ciążowego, wreszcie bardziej niż na poród.

W końcu nadchodzi ten dzień. I wiesz, że Twoje dziecko jest najlepsze. Że pozostałe wypadają przy nim blado i co najwyżej mogą mu kleić rzepy w kapciach. Wiesz, że to właśnie Twoje jest najbardziej urocze, najbardziej rozkoszne, ma największy talent.
I co z tego, że nie powiedziało ani be, ani me. I że przy piosence nie pamiętało kiedy podnieść rączki, a kiedy się obrócić. Ale jak ono stało! Jak stało! Uroczo. Talent, prawdziwy talent. Po mamusi.
I co te baby wokół tak płaczą? Też coś, jakby miały powód. Ty płaczesz, bo naprawdę masz powód do wzruszeń. Ale one? No chyba, że też patrzą na Twoje dziecko. Wtedy to zrozumiałe...

I ta godzina w przedszkolu zostanie już z Tobą na zawsze.

Tak właśnie to sobie wyobrażam. Jakem Matka Wyluzuj!


piątek, 22 maja 2015

Miłości nie kupisz. Lody czekoladowe na szczęście już tak.

czyli DIALOGI ZEBRANE : Matka i Ojciec kontra zakupy 
(rozmowy spisane na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy)


*
- Ej, powiedz mi, ale tak szczerze... - zaczęła poważnie Matka, bo i sprawa była poważna.
- Nooo? - Ojciec chyba się wystraszył.
- Te dwa lody, które wczoraj kupiłeś, to dla każdego po jednym, czy może oba dla mnie?
- A co? Oba już zjadłaś? - Bardziej stwierdził niż zapytał.
- Nie! - oburzyła się Matka
- Oba dla Ciebie - powiedział uspokajająco.
- Uff.
- Zjadłaś już oba!!! - Był przekonany.
- Nie!!! - oburzyła się jeszcze bardziej. Po czym, już spokojniej, wyjaśniła: - Ale planuję. Dlatego pytam.

Zabrała się Matka za rozpakowywanie z folii cudownie apetycznego loda na patyku, grubo oblanego czekoladą i migdałami... Mmm...
- Co Tobie? - spytała, jednocześnie nadgryzając czekoladkę.
- Nic, wzruszyłem się.
- Że jednak zapytałam?
- W sumie tak...
- Miłość... - stwierdziła z rozmarzeniem.
- Jeszcze ze dwa lata temu zeżarłabyś sama, a potem cichaczem odkupiła.
- Widzisz, ta miłość dojrzewa...


*
Początek grudnia.

- Masz. Grzeczna byłam - poinformowała Matka Ojca, wkładając mu do kieszeni kurtki, którą miał na sobie malutkie czerwone pudełeczko. - 6 grudnia masz mi to włożyć do buta.
Ojciec spojrzał pytająco.
- Kolczyki mi kupiłeś.
- Aha, dzięki.

Chwilę później. W biurze.
- To tu do szafki je na razie schowam, dobra?
- Dobra, tylko tak, żebym nie znalazła.

Mimo wszystko do końca nie było pewności, że Ojciec nie zapomni o Mikołajkach.


*
- Ooo, widziałem, że nowy tusz do rzęs sobie kupiłaś...
"Cholera!" - pomyślała Matka, przypominając sobie, jak rano, już spóźniona do pracy, pomyślała, że nie zdąży wyrzucić kartonika i zostawiła go na półce pod lustrem w łazience.
- No kupiłam. I co? - spytała podejrzliwie, bo niby skąd to nagłe zainteresowanie.
- A ile kosztował?
"Teraz to już przegiął! Co on tak nagle? Czy on w ogóle wie, ile kosztują tusze do rzęs? Czy on się orientuje, ile kosztują tusze TEJ firmy? Prawdopodobnie nie i niech lepiej tak zostanie... Kurczę, czy to możliwe, że się kapnął, że tydzień wcześniej kupiłam podkład, korektor i róż? Ee, pewnie nawet nie wie co to korektor..."
- Yyy, ale wiesz... promocja była. Za pół ceny.
- To ile?
"Twardy zawodnik!"
- Noo... trzyyydzieeeściii... - Grała Matka na zwłokę, zastanawiając się czy tak to zostawić, zaokrąglając w dół (mocno w dół), czy może dodać enigmatyczne "z groszami", czy jednak uczciwie powiedzieć prawdę.
Ale Ojcu tyle wystarczyło. Wyraźnie chciał usłyszeć taką mniej więcej kwotę.
- Aha. To fajnie. Wiesz, płytę kupiłem w Empiku - wypalił od razu.
- Co? - "Skubany, moja taktyka!"
- Musiałem.
- Musiałeś?
- Ale ze zniżką 10-złotową. Więc też wyszło TYLKO 36 zł.
"Jasny gwint, nie miał ze mną łatwo, póki sam się nie nauczył..."

Ostatecznie wszyscy zadowoleni. Ojciec może wpatrywać się w boskie spojrzenie Matki. A Matka i tak ucieszyła się z płyty. W końcu to Ciechowski.


czwartek, 14 maja 2015

10 rzeczy, których lepiej nie wiedzieć o Matce Wyluzuj!



Można mieć kompleksy. Można się wstydzić, ukrywać. Można oszukiwać siebie i innych. Udawać, że tego nie ma i nie było. Można latami płacić za terapię u psychoanalityka. A można czasem po prostu śmiać się z siebie i stworzyć z tego post na blog.

10 rzeczy, których wcale nie chcecie wiedzieć o Matce. 
Czytacie na własną odpowiedzialność.

1.
Matka ogląda "Warsaw Shore". Z Ojcem. Na swoją obronę napisze tylko, że to on ją w to wciągnął, choć oczywiście to jej nie usprawiedliwia. Przez cały pierwszy włączony przez niego odcinek psioczyła, że co to, do cholery, ma być, jak on może, że chyba sobie jaja robi itd. Drugi odcinek już oglądała z nim. Na trzeci wołała: "No chodź, zaczyna się!". I oglądają tak razem już trzeci sezon. Do tego stopnia, że włączają nawet powtórki.
Tłumaczą sobie, że dzięki temu mniej dziwią się światu. Że powodem jest ta sama ciekawość, która innym nie pozwala się oderwać od filmu przyrodniczego z aksamitnym głosem Krystyny Czubówny. Że dzięki temu ludzkość nie jest w stanie już niczym ich zaskoczyć.
Na ogół, ze wstydu, nie mówią o tym głośno i nie chwalą się w towarzystwie. Jednak niewątpliwie ma to wpływ na ich codzienne funkcjonowanie... Ot, taka przykładowa rozmowa:

- Co te ptaki tak śpiewają? - rzuciła Matka retorycznie w przestrzeń pokoju. Zastanawiały ją bowiem nieustające trele za oknem mimo godziny 23:00.
Ojciec odpowiedział jej skandując, z poważnym wyrazem twarzy  i wybijając w powietrzu rytm zaciśniętą pięścią:
- Kto ma siłę, kto ma moc, zapier**la całą noc!

Czyli, że już nie jest dobrze.

2.
Matka Wyluzuj! to klasyczna szkolna noga z w-fu. Typ ciapy, co to do żadnego sportu po prostu się nie garnie. Zawsze nieźle radziła sobie z bieganiem, jakoś tam w miarę z koszykówką, ale już skok przez kozła czy rzut piłką lekarską były prawdziwą zmorą. Stania na głowie nawet się nie podejmowała. Stanie na rękach? Koszmar! A siatkówki zwyczajnie nie znosi. I może dlatego nigdy nie nauczyła się serwować z góry.
W przypadku Matki zapał do wszelkiego sportu znika tak nagle jak się pojawia i zwykle nie trwa nawet na tyle długo, by mogła przypomnieć sobie, gdzie upchnęła adidasy.

3.
Matka nie potrafi ugotować rosołu. Tym bardziej to dziwne, że uważa się za całkiem niezłą kucharkę. A przynajmniej nie najgorszą. I w dodatku bardzo lubi rosół jeść. Ale jak ma ugotować, nie pamięta nigdy czy to miało być mięso do zimnej czy do gorącej wody. A warzywa kiedy? Solić na początku, w trakcie czy na końcu? I właściwie jakie mięso najlepsze? I tak średnio raz na 2 lata, w przypływie natchnienia, zabiera się Matka za gotowanie rosołu - rozkłada 10 książek kucharskich, odpala 15 stron internetowych o kulinariach i tworzy. Rosół wychodzi genialny, ale i tak Matka nie jest w stanie odtworzyć tego, co zrobiła - za dużo natłoku informacji z książek i internetu połączonego z improwizacją. Być może taki dobry wychodzi od nieodrywania od niego zestresowanego wzroku przez cały czas gotowania. Raz Matka nie patrzyła i nadawał się tylko do spuszczenia w toalecie.

4.
Matka bardzo słabo tańczy. Nie, że wcale, bo tak pohycać bez trzymania się za rączki potrafi, a na koncertach pierwsza jest do skakania. Z poczuciem rytmu też nie ma problemu. Ale zupełnie nie umie dać się poprowadzić. Gdyby była celebrytką zaproszoną do "Tańca z gwiazdami", zaszłaby pewnie do samego finału, tylko dlatego żeby było śmiesznie.

5.
Matka kompletnie nie rozumie takich dziedzin nauki jak chemia i fizyka. Zasady fizyki są dla niej nie do ogarnięcia, a chemia niczym czarna magia. Czytając definicję teoretycznie potrafi ją zrozumieć, ale na dłużej zapamiętać czy po czasie znaleźć zastosowanie albo przykłady w życiu już nie. Jeśli chodzi o chemię można wcisnąć Matce każdą ciemnotę - nie skuma ni w ząb, a jedyny wzór chemiczny jaki pamięta to "ha-dwa-o" (i choć wie, że H to wodór, a O to tlen, dla niej nic już więcej z tego nie wynika). A w te atomy to z kolei tak nie do końca wierzy...

6.
Matka bardzo długo nie umiała jeździć na rowerze. Nauczyła się dopiero mając jakieś 9-10 lat. Nigdy szczególnie nie polubiła. Podziwia, zazdrości, rozumie ideę, nawet widzi siebie na takim pastelowym modelu (holenderka to się chyba nazywa), z kolorowym dzwonkiem, z koszyczkiem z przodu wypełnionym kwiatami, już czuje ten wiatr we włosach i muszki na zębach... Ale wszystko o kant dupy strzelić, jak ma wjechać pod pierwszą górkę.

7.
Matka w swoim życiu miała czas, kiedy zachwycona była książkami Paulo Coelho. Na swoją obronę doda, że było to w czasach, gdy była jeszcze nieletnia, czyli prawie pół życia temu. I nie wszystkimi tytułami. Ale fakt pozostanie faktem, że "Alchemika" połknęła w jedną noc. Kilka lat później, gdy chciała sobie przypomnieć tę książkę, zastanawiała się, jak dała radę tego dokonać.

8.
Matka wszystkie ubrania, ręczniki i pościele składa według systemu. Nie chroni jej to od bałaganu w szafach, których ma niedostatek. A mimo to nie spocznie, póki nie poskłada gaci w kosteczkę.

9.
Matka, jeszcze kilka lat temu, gdyby istniało już wtedy takie pojęcie, mogłaby być nazywana "grammar nazi". Nie poprawiała ludzi w internecie, ale nie potrafiła zignorować tego, że ktoś ze znajomych "nie lubiał czegoś", "robił coś ręcami", "włanczał" itd. Coraz częściej dostrzegając, jak poprawiani przez Matkę rozmówcy, zniecierpliwieni przewracają oczami, zdała sobie sprawę, że lepiej będzie zmienić własne podejście niż cudze. Nadal boli wszystko w środku i doznaje Matka takiego uczucia, jakie wielu osobom towarzyszy przy dźwięku piszczenia kredy o tablicę, kiedy na przykład chcąc zwrócić uwagę kobiety, woła ktoś "proszę panią", czytając datę, mówi "czternasty maj" albo pyta "co tu pisze?". Jednak nauczyła się milczeć w takich chwilach. Życie stało się łatwiejsze, gdy wyluzowała chociaż w tej kwestii. To, co pewnie już nigdy się nie zmieni to stosunek do mężczyzn, którzy mówią "poszłem" - nie wiem jak można to zgrabnie ująć - po prostu o żadnym stosunku mowy nie ma.

10.
Matka, siedząc na fotelu u fryzjera, nie może pozbyć się jednej, obsesyjnej myśli. Choćby na moment, ale to zawsze wraca. Choćby była pewna na 100% i tak przemknie jej to przez głowę.  "Czy na pewno mam czyste uszy?"


A czego lepiej nie wiedzieć o Was? Nie wstydźcie się. Przecież tu sami swoi.


wtorek, 12 maja 2015

Ratujmy zabytki!


fot. 

- Co ty tak ziewasz? - spytał Ojciec o 6:30 rano w dniu 30. urodzin Matki. Tego akurat dnia Syn Pierworodny zarządził pobudkę przed czasem.
- Późno poszłam wczoraj spać - odpowiedziała półprzytomnie Matka, zalegając na kanapie, ponownie ziewając i jednocześnie licząc czy spała cztery i pół godziny czy jednak pięć. Bo Matka, jak to kobieta, potrafi robić kilka rzeczy na raz. Z obliczeń wyszło, że tych godzin było bliżej pięciu. Cóż, cztery i pół brzmiałoby bardziej heroicznie.
- To co ty robiłaś?
- Stwierdziłam, że zrobię jeszcze na ostatku, co w mojej mocy. Pomalowałam paznokcie u dłoni i stóp, ogoliłam nogi... Takie tam. Wiesz, taka akcja pt.: "Ratujmy co się da".
Ojciec przewrócił oczami. Matka postanowiła potraktować to jako zawoalowany (fakt, że dość mocno) komplement.

I będąc właśnie w takim stanie ducha, myśląc że choć magiczna granica wieku została bezpowrotnie przekroczona, należałoby jednak nie poddawać się bez walki i coś jeszcze ze sobą zrobić, trafiła Matka na portal zajmujący się czymś, co brzmi niezwykle abstrakcyjnie - turystyką medyczną. Matka, która nie jest w stanie określić z której strony ma wątrobę, gdzie śledzionę, woreczek żółciowy ani nawet żołądek, wciągnęła się w czytanie artykułów na temat najróżniejszych zabiegów medycznych. Przepadła na kilka dni. Czego to sobie ludzie nie powiększają? Jasny gwint! Kto by pomyślał, że piersi można powiększyć na tyle sposobów? Czego to sobie wszczepić nie można? A skąd nie odessać i gdzie nie wstrzyknąć własnego tłuszczu? No ludzie kochani!

Czytając, choćby chciała, nie mogła ominąć tematu, który jej dotyczy. Jeden artykuł można zignorować, ale kolejne kłują w oczy coraz bardziej. Cóż, zaraz dowiecie się czegoś, co może Was zszokować. Być może nie uwierzycie, ale... Matka nie jest doskonała.

Tak, to prawda. Nie jest doskonałą - nie potrafi zrobić szpagatu, ma kłopoty z interpunkcją, nie do końca wie, co to jest logarytm i w dodatku ma niezbyt proste zęby. No niech będzie, zupełnie nie wie, co to jest logarytm, a zęby to ma krzywe po prostu. I w związku z tym ostatnim od lat myśli o założeniu stałego aparatu ortodontycznego. Do tej pory na myśleniu się kończyło. Niby było to postanowieniem na zeszły rok, ale wiadomo, jak to z tymi postanowieniami jest. Jak niewykorzystane minuty w abonamencie, przeszło na kolejny rok. I nagle, nie wiedzieć kiedy, zrobił się maj, a w kwestii aparatu nic się nie posunęło.

Tymczasem natrafiła Matka na kilka artykułów, które rozjaśniły jej umysł i pozbawiły paru wyjątkowo makabrycznych wizji. Czy ktoś pamięta film "Kochany urwis" i postać szalonego ortodonty, który wszystkim zakładał aparaty na całą głowę, niczym kaski, bardziej przerażające niż maska Hannibala Lectera? Bo tak właśnie, jak efekt wizji niezrównoważonego stomatologa, wyobrażała sobie Matka swoje odbicie w lustrze podczas pierwszego uśmiechu z aparatem na zębach. O ile coś jeszcze zdołałoby ją rozśmieszyć. I że jak to? W jej wieku w paszczy takie bajery jak u nastolatki? To nie będzie komiczne? I do złotych kolczyków nijak się nie komponuje... Aż tu nagle, dowiaduje się Matka, że stalowy uśmiech i oślepiający błysk metalu nie są wcale nieodłącznymi elementami leczenia ortodontycznego. Podobno są takie cuda, jak aparaty ortodontyczne lingwalne, czyli zakładane po wewnętrznej stronie zębów (a tam to akurat mało kto komu zagląda), a nawet przezroczyste nakładki na zęby, które aparatu w ogóle nie przypominają i są niemal niewidoczne, a swoją robotę odwalają.

Pomyślała więc Matka, że jak napisze na blogu, bądź co bądź publicznie, że zamierza sprawę z aparatem załatwić, a przynajmniej ruszyć ją z miejsca, to ktoś z Was być może poczuje się w obowiązku, by ją w tym przypilnować. A nuż ktoś z czytelników ma w sobie duszę coacha, która aż się rwie do przemów motywacyjnych, ustawiania do pionu i dawania lizaków w nagrodę?

Niestety, czytając o niewidocznych aparatach lingwalnych, nie sposób przeoczyć, że są droższe od tradycyjnych. Czyli tu jest pies pogrzebany. Z kolei przezroczyste nakładki... hmm, jednak brzmi to zbyt pięknie - musi być jakiś haczyk.

A może ktoś z Was ma doświadczenie z aparatami, którymi nie wzbudzi się grozy i histerycznego płaczu, uśmiechając się na przedszkolnym korytarzu? Mile widziane wszystkie cenne informacje. Zacząć możecie od słów: "Wcale nie jest tak strasznie, jak Ci się wydaje...". Dodajcie szczere: "to nic a nic nie boli", a w podskokach pobiegnie Matka do najbliższego gabinetu ortodontycznego.



Post powstał w ramach współpracy z Tourmedica.pl