Oficjalnie już kilka dni temu, a dziś pełnoprawnie (bo po ostatnim egzaminie) Matka Chrzestna Pierworodnego została lekarzem. Sadystą... yyy... dentystą. Ale mimo wszystko lekarzem. I już nawet obiecała "po pierwsze nie szkodzić".
Matka pęka z dumy.
A Pierworodnemu z wrażenia wyrżnęła się dolna trójka.
Na cześć Matki Chrzestnej: Hip hip hurra!!!
czwartek, 27 czerwca 2013
Godzina grozy
- Naładuj telefon - nieprzytomnie powiedział Ojciec zanim ponownie poszedł spać.
A wszystko zaczęło się półtorej godziny wcześniej...
Przedwczoraj. Godzina 22:50. Ojciec Pierworodnego zasnął chwilę wcześniej. Matka bierze prysznic. Nagle panującą w mieszkaniu ciszę rozdziera przeraźliwy płacz dziecka. Matka nie słyszy, kąpie się. Zaś Ojciec, łamiąc wszelkie wpajane mu tyle razy procedury postępowania w takich wypadkach, stara się samodzielnie uspokoić Pierworodnego. Procedury mówią by w chwili, gdy podanie smoka nie skutkuje najpierw dobić się do drzwi łazienki w celu powiadomienia Matki a dopiero potem wziąć Syna na ręce. Bo w nocy niestety tylko ramiona Matki koją płacz Pierworodnego. A wędrowanie z nim po mieszkaniu w niczym nie pomaga. Tymczasem Ojciec ma nadzieję, że Matka sama usłyszy. Matka nie słyszy, bo myje głowę, a sytuacja staje się coraz bardziej beznadziejna. Po wyłączeniu wody od razu do łazienki wdziera się przeokrutny ryk Pierworodnego. Matka już wie, że nie jest to zwykły płacz, że coś jest nie tak. Jak szybko może biegnie by znaleźć się przy dziecku. Ocieka wodą. Syn rzuca się na wszystkie strony, łka tak głośno jak tylko potrafi. Próbując go utulić Matka dostrzega w mroku jego wielkie zmęczone i przerażone oczy. Zawodzi wszystko, co do tej pory pomagało w podobnych przypadkach. Nic nie zaradził Espumisan ani żel na bolące dziąsła.
Pierworodny w jakimś amoku, histerii, ataku paniki wygina się, rzuca, bije główką na wszystkie strony jednocześnie pragnąc przytulenia Matki i odpychając ją. Płacze, wciąż płacze... Tak rozdzierajaco i nieutulenie. Matka ze wszech miar stara się zachować spokój. Udaje jej się, jednak nadal nie wie co powinna zrobić. Przez myśl przechodzi wezwać pogotowie by podali mu chociaż coś na uspokojenie. Płacze tak strasznie...
Płacz dziecka ma swój zapach. Pachnie ciepłem, pudrowo i słodkawo. Dotychczas Matce wydawało się, że tak po prostu pachną niemowlęta. Zapomniała już o tym zapachu. Tej nocy poczuła go znowu, po bardzo długim czasie. Pamięć sięgnęła wczesnego niemowlęctwa Syna, czasu kolek, bólów brzuszka, kilkugodzinnych karmień, płaczu jego i jej.
A może tak pachnie spocone ciałko wycieńczonego Syna? Tak strasznie płacze...
W akcie desperacji Matka wpada na pomysł. Smartphone. You tube. Cezik - "Ona tańczy dla mnie".
W połowie piosenki Pierworodny wycisza się. Coraz spokojniejszy wtula się w ramiona Matki. Urzeczony ogląda teledysk. Z każdym przesłuchaniem jest lepiej. Gdy słyszy ostatnie takty zaczyna się denerwować, zły nastrój wraca. Matka pilnuje więc by w odpowiednim momencie włączać utwór od początku. Za każdym razem też lekko go przyciszając. W końcu Syn zasypia. Udaje się go przenieść do łóżeczka. Oddycha miarowo. Umęczony, bezbronny.
- Co to było? - spytała wykończona Matka padając na kanapę w salonie tuż obok otępiałego ze zmęczenia Ojca.
- Godzina - powiedział tylko nieprzytomnie patrząc na zegar.
- Naprawdę? - zdziwiła się Matka, dla której czas się zatrzymał. Miała wrażenie, że wszystko trwało nieskończenie długie 10 minut. - Cezikowi należy się jakieś Grammy czy coś - zaczęła majaczyć.
Posiedzieli tak jeszcze ze 20 minut nasłuchując czy z łóżeczka Syna nie dobiegają jakieś niepokojące dźwięki.
- Naładuj telefon - powiedział tylko Ojciec nim wrócił do sypialni.
Do tej pory nie wiadomo co właściwie się wydarzyło. Dlaczego? Jak? Po co? Reszta nocy upłynęła bez żadnych problemów a następny dzień przebiegł jakby nigdy nic. W przeciwieństwie do rodziców, Syn chyba niczego nie pamiętał.
W Matce i Ojcu tkwiło widmo ostatniej nocy i strach przed powtórką. Pierworodny szalał zadowolony z życia jak zwykle. A zabawkami dnia były kubek termiczny (tak, tak, ten badziewny) i prawidło do butów.
A wszystko zaczęło się półtorej godziny wcześniej...
Przedwczoraj. Godzina 22:50. Ojciec Pierworodnego zasnął chwilę wcześniej. Matka bierze prysznic. Nagle panującą w mieszkaniu ciszę rozdziera przeraźliwy płacz dziecka. Matka nie słyszy, kąpie się. Zaś Ojciec, łamiąc wszelkie wpajane mu tyle razy procedury postępowania w takich wypadkach, stara się samodzielnie uspokoić Pierworodnego. Procedury mówią by w chwili, gdy podanie smoka nie skutkuje najpierw dobić się do drzwi łazienki w celu powiadomienia Matki a dopiero potem wziąć Syna na ręce. Bo w nocy niestety tylko ramiona Matki koją płacz Pierworodnego. A wędrowanie z nim po mieszkaniu w niczym nie pomaga. Tymczasem Ojciec ma nadzieję, że Matka sama usłyszy. Matka nie słyszy, bo myje głowę, a sytuacja staje się coraz bardziej beznadziejna. Po wyłączeniu wody od razu do łazienki wdziera się przeokrutny ryk Pierworodnego. Matka już wie, że nie jest to zwykły płacz, że coś jest nie tak. Jak szybko może biegnie by znaleźć się przy dziecku. Ocieka wodą. Syn rzuca się na wszystkie strony, łka tak głośno jak tylko potrafi. Próbując go utulić Matka dostrzega w mroku jego wielkie zmęczone i przerażone oczy. Zawodzi wszystko, co do tej pory pomagało w podobnych przypadkach. Nic nie zaradził Espumisan ani żel na bolące dziąsła.
Pierworodny w jakimś amoku, histerii, ataku paniki wygina się, rzuca, bije główką na wszystkie strony jednocześnie pragnąc przytulenia Matki i odpychając ją. Płacze, wciąż płacze... Tak rozdzierajaco i nieutulenie. Matka ze wszech miar stara się zachować spokój. Udaje jej się, jednak nadal nie wie co powinna zrobić. Przez myśl przechodzi wezwać pogotowie by podali mu chociaż coś na uspokojenie. Płacze tak strasznie...
Płacz dziecka ma swój zapach. Pachnie ciepłem, pudrowo i słodkawo. Dotychczas Matce wydawało się, że tak po prostu pachną niemowlęta. Zapomniała już o tym zapachu. Tej nocy poczuła go znowu, po bardzo długim czasie. Pamięć sięgnęła wczesnego niemowlęctwa Syna, czasu kolek, bólów brzuszka, kilkugodzinnych karmień, płaczu jego i jej.
A może tak pachnie spocone ciałko wycieńczonego Syna? Tak strasznie płacze...
W akcie desperacji Matka wpada na pomysł. Smartphone. You tube. Cezik - "Ona tańczy dla mnie".
W połowie piosenki Pierworodny wycisza się. Coraz spokojniejszy wtula się w ramiona Matki. Urzeczony ogląda teledysk. Z każdym przesłuchaniem jest lepiej. Gdy słyszy ostatnie takty zaczyna się denerwować, zły nastrój wraca. Matka pilnuje więc by w odpowiednim momencie włączać utwór od początku. Za każdym razem też lekko go przyciszając. W końcu Syn zasypia. Udaje się go przenieść do łóżeczka. Oddycha miarowo. Umęczony, bezbronny.
- Co to było? - spytała wykończona Matka padając na kanapę w salonie tuż obok otępiałego ze zmęczenia Ojca.
- Godzina - powiedział tylko nieprzytomnie patrząc na zegar.
- Naprawdę? - zdziwiła się Matka, dla której czas się zatrzymał. Miała wrażenie, że wszystko trwało nieskończenie długie 10 minut. - Cezikowi należy się jakieś Grammy czy coś - zaczęła majaczyć.
Posiedzieli tak jeszcze ze 20 minut nasłuchując czy z łóżeczka Syna nie dobiegają jakieś niepokojące dźwięki.
- Naładuj telefon - powiedział tylko Ojciec nim wrócił do sypialni.
Do tej pory nie wiadomo co właściwie się wydarzyło. Dlaczego? Jak? Po co? Reszta nocy upłynęła bez żadnych problemów a następny dzień przebiegł jakby nigdy nic. W przeciwieństwie do rodziców, Syn chyba niczego nie pamiętał.
W Matce i Ojcu tkwiło widmo ostatniej nocy i strach przed powtórką. Pierworodny szalał zadowolony z życia jak zwykle. A zabawkami dnia były kubek termiczny (tak, tak, ten badziewny) i prawidło do butów.
środa, 26 czerwca 2013
A ja rosnę i rosnę i rosnę...
- Młody chyba wyrósł z Pampersów "czwórek". Dady się skończyły, więc otworzyłam mu Pampy i zaraz pierwsze dwa przesikał bokami albo górą - W ramach wieczornej wymiany informacji na temat mijającego dnia relacjonowła Matka Ojcu Pierworodnego.
- Tak urosłeś, Synek? - Zdziwiony zwrócił się Ojciec do jedynego użytkownika Pampersów w domu.
- Od kilku dni łapię się na tym, że nagle zrobił się jakiś wyższy. Nie wiem kiedy on tak urósł. Codziennie jest większy. Mówiłam Ci, że od Twoich rodziców wrócił jakiś doroślejszy...
- Synek, jak będę Cię co weekend zabierał do dziadków, to za rok będziemy musieli urządzić Ci osiemnastkę!
- Tak urosłeś, Synek? - Zdziwiony zwrócił się Ojciec do jedynego użytkownika Pampersów w domu.
- Od kilku dni łapię się na tym, że nagle zrobił się jakiś wyższy. Nie wiem kiedy on tak urósł. Codziennie jest większy. Mówiłam Ci, że od Twoich rodziców wrócił jakiś doroślejszy...
- Synek, jak będę Cię co weekend zabierał do dziadków, to za rok będziemy musieli urządzić Ci osiemnastkę!
niedziela, 23 czerwca 2013
Słomiana Matka, czyli z okazji Dnia Ojca wymarzony Dzień Matki
Dzień Matki w tym roku przeszedł w domu bez większego echa. Kilka dni wcześniej Matka chciała kupić sobie kurtkę, ale uczciwie postanowiła przyznać się Ojcu do ceny. Kiedy ten łapał jeszcze oddech z wrażenia ktoś nieopatrznie chlapnął: "należy się dziewczynie, niech ma, na Dzień Matki". Jak się okazało Ojciec potraktował to serio i, już we właściwym terminie, uznał, że nie musi się wysilać w imieniu swego Syna Pierworodnego. Matka przełknęła, chociaż trochę przykro jej było.
Ale przyszedł Dzień Ojca...
Poprzedzony Antydniem Matki, na koniec którego Matka ze zmęczenia, takiego maksymalnego zmęczenia psychicznego, płakała już razem z Synem próbując przez pół godziny posadzić go w krzesełku by mogli zjeść kolację. W ciągu dnia Pierworodny na wszystko miał inną wizję niż jego rodzicielka, w niczym się z nią nie zgadzał i to jedno dawał jasno do zrozumienia, a rozrywki, które go satysfakcjonowały to: utopienie pilota do telewizora w szklance z wodą, zabawa petami od papierosów na spacerze i wpierdzielanie kamieni w piaskownicy. Około godziny 17:00 Matka była już tak rozbita psychicznie, że gdy odwiedziła Ojca w pracy ten, nie do końca wiedząc co czyni, spontanicznie ogłosił, że jutro zabiera Syna na cały dzień do swoich rodziców - 100 km w jedną stronę. Matka pomysłowi przyklasnęła, od razu zaznaczyła, że ma świadków i nie da się już Ojcu wymigać. Wtedy dopiero dotarło do niego na co się porwał. Jeszcze nigdy nie rozstawała się Matka z Pierworodnym na tak długo ani tak daleko, a Ojciec nigdy nie musiał dłużej niż 2 godziny całkowicie samodzielnie zajmować się dzieckiem.
I dziś, koło godziny 10:30 Matka zapakowała do samochodu Syna Pierworodnego, jego Ojca, 3 torby potrzebnych gratów oraz rowerek. Pomachała na pożegnanie. I omal nie podskoczyła z radości gdy zniknęli jej z oczu za zakrętem.
Mając dla siebie ciszę, spokój i wolną łazienkę Matka zamieniła się w Kobietę. Wykąpała się, wypachniła i wysmarowała balsamami. Ubrała ukochaną sukienkę, która nijak nie nadaje się do karmienia, więc od ponad roku smętnie leży w szafie. Na oko Diora walnęła. Na nogi najwyższe obcasy jakie posiada. I czując się jak milion dolców udała się na shopping. Po drodze została mało wybrednie skomplementowana przez czterech dżentelmenów w mocno imprezowych nastrojach i przedwczorajszych dresach. Oczywiście zrobiła oburzoną minę. W końcu została wychowana na pannę z dobrego domu. Jednak jak tylko zostawiła jegomości za plecami uśmiechnęła się szeroko do siebie. Coś takiego nie przytrafiło jej się od prawie dwóch lat. Najpierw tarczą ochronną był słusznych rozmiarów brzuch a potem pchany przed sobą wózek.
Wózek przy kobiecie działa aseksualnie, nikt nie zastąpi jej drogi by zagwizdać, raczej wszyscy się rozstępują, a tacy czterej "podrywacze" strofują się wzajemnie: "ej ty, nie widzisz, k...a? Przesuń się, pani chce przejść.". Kobieta z wózkiem nie jest kobietą, jest matką. Mężczyźni się za nią nie oglądają, nie patrzą na nogi czy pupę, kobieta z wózkiem jest niewidzialna - taki mechanizm, element wyposażenia wózka, służący do wyprowadzania dziecka na spacer.
Co innego mężczyzna z wózkiem. Do mężczyzny z wózkiem uśmiecha się co najmniej co trzecia napotkana kobieta. Mężczyzna z wózkiem, choćby pokazywał się z nim średnio raz na 4 miesiące, od razu postrzegany jest jako świetny, czuły i kochający ojciec, który jak tylko może stara się wyręczać swoją partnerkę w opiece nad dzieckiem. Jako że z wózkiem do czynienia ma rzadko, co rusz ma problem z jego złożeniem, rozłożeniem i działaniem większości funkcji, ale przecież ta nieporadność mężczyzny jest taka rozczulająca...
Jednym słowem mężczyzna z wózkiem ma branie a kobieta nie.
Tymczasem, na zakupach, Matka mocno poszalała. Nawet Ojcu nowy perfum w Douglasie fundnęła. Od 8 miesięcy marudził, że mu się znudził ten, którego używa, a Matka trochę ten fakt ignorowała. Ale już przy kasie, kiedy pani dopieszczała turkusową kokardkę na opakowaniu przyszła refleksja. "No dobra, niby jest okazja, w końcu Dzień Ojca, należy mu się, a wręczone rano przez Pierworodnego ciasteczka Oreo to miły, ale ciut skromny prezent. Ale tak naprawdę to chcę mu tymi perfumami podziękować za wspaniały dzień czy odwrócić jego uwagę od moich pozostałych zakupów?". Odpowiedź nie przyszła. Jednak już z mniejszymi wyrzutami sumienia Matka jeszcze spodnie sobie dokupiła.
A potem w kawiarence spokojnie, bez pośpiechu, wypiła kawę czytając książkę, której wcześniej przez cały tydzień udało się jej przeczytać całe 19 stron przy piaskownicy.
I tylko na chwilę oprzytomniała z tego chilloutu i uzmysłowiła sobie, że minęło już 3 i pół godziny jak za nikim nie biega, nikogo nie ubiera, nie karmi, nie strofuje, nie matkuje. Napisała więc sms'a. Rano podczas pakowania obiecywała przerażonemu sytuacją Ojcu, że nie będzie go sprawdzać, dzwonić ani pisać co chwilę. Sama nie spodziewała się, że przyjdzie jej to tak łatwo.
"Napisz chociaż czy dojechaliście :-)"
"No raczej. Najpiękniejszy dzień ojca w moim życiu. Impreza w najlepsze :)".
Po chwili dostała jeszcze zdjęcie Syna szalejącego na dywanie z gigantycznym pluszowym misiem. Co pomyślała Matka? "Po cholerę mu te skarpetki?". Sama siebie skarciła za tę myśl, odłożyła telefon i wróciła do książki. Do końca dnia żadnych wieści od chłopaków.
Wrócili pod wieczór. Szczęśliwi i dumni z siebie, że dali radę. Matka też była dumna. 14 miesięcy 3 tygodnie i 1 dzień czekała na ten moment. Na te 8 godzin tylko dla niej. Samej ze sobą. Jedne z najszczęśliwszych godzin z całego okresu macierzyństwa. A widok uśmiechniętego i rozpędzającego się już od progu Syna biegnącego wprost w ramiona Matki? Bezcenny i nieporównywalny z niczym innym.
Pierworodny wrócił jakby doroślejszy i wyższy. Matka wróciła szczęśliwsza, zrelaksowana i wyluzowana. Ojciec wrócił bardziej pewny siebie. Potrzebna im była ta podróż.
P.S. Dziwne. W swój wolny dzień Matka zdążyła zrobić i rozwiesić pranie, upiec ciasto, obejrzeć na spokojnie "Bitwę o dom", odkurzyć mieszkanie, ogarnąć kuchnię, zapakować i nastawić zmywarkę, pomyć te naczynia, które się do niej nie nadają, pójść do galerii handlowej na zakupy - obkupić siebie, męża i dziecko, wypić kawę w kawiarni czytając ukochanego Marqueza, posłuchać ulubionych, od dawna niesłuchanych płyt, przygotować coś pysznego na kolację i ani razu się przy tym wszystkim nie zmęczyć czy zestresować. A przecież bywa tak, że nawet połowy tych zadań nie udaje się w ciągu dnia zrealizować a mimo to pada wieczorem na twarz z wycieńczenia.
Ale przyszedł Dzień Ojca...
Poprzedzony Antydniem Matki, na koniec którego Matka ze zmęczenia, takiego maksymalnego zmęczenia psychicznego, płakała już razem z Synem próbując przez pół godziny posadzić go w krzesełku by mogli zjeść kolację. W ciągu dnia Pierworodny na wszystko miał inną wizję niż jego rodzicielka, w niczym się z nią nie zgadzał i to jedno dawał jasno do zrozumienia, a rozrywki, które go satysfakcjonowały to: utopienie pilota do telewizora w szklance z wodą, zabawa petami od papierosów na spacerze i wpierdzielanie kamieni w piaskownicy. Około godziny 17:00 Matka była już tak rozbita psychicznie, że gdy odwiedziła Ojca w pracy ten, nie do końca wiedząc co czyni, spontanicznie ogłosił, że jutro zabiera Syna na cały dzień do swoich rodziców - 100 km w jedną stronę. Matka pomysłowi przyklasnęła, od razu zaznaczyła, że ma świadków i nie da się już Ojcu wymigać. Wtedy dopiero dotarło do niego na co się porwał. Jeszcze nigdy nie rozstawała się Matka z Pierworodnym na tak długo ani tak daleko, a Ojciec nigdy nie musiał dłużej niż 2 godziny całkowicie samodzielnie zajmować się dzieckiem.
I dziś, koło godziny 10:30 Matka zapakowała do samochodu Syna Pierworodnego, jego Ojca, 3 torby potrzebnych gratów oraz rowerek. Pomachała na pożegnanie. I omal nie podskoczyła z radości gdy zniknęli jej z oczu za zakrętem.
Mając dla siebie ciszę, spokój i wolną łazienkę Matka zamieniła się w Kobietę. Wykąpała się, wypachniła i wysmarowała balsamami. Ubrała ukochaną sukienkę, która nijak nie nadaje się do karmienia, więc od ponad roku smętnie leży w szafie. Na oko Diora walnęła. Na nogi najwyższe obcasy jakie posiada. I czując się jak milion dolców udała się na shopping. Po drodze została mało wybrednie skomplementowana przez czterech dżentelmenów w mocno imprezowych nastrojach i przedwczorajszych dresach. Oczywiście zrobiła oburzoną minę. W końcu została wychowana na pannę z dobrego domu. Jednak jak tylko zostawiła jegomości za plecami uśmiechnęła się szeroko do siebie. Coś takiego nie przytrafiło jej się od prawie dwóch lat. Najpierw tarczą ochronną był słusznych rozmiarów brzuch a potem pchany przed sobą wózek.
Wózek przy kobiecie działa aseksualnie, nikt nie zastąpi jej drogi by zagwizdać, raczej wszyscy się rozstępują, a tacy czterej "podrywacze" strofują się wzajemnie: "ej ty, nie widzisz, k...a? Przesuń się, pani chce przejść.". Kobieta z wózkiem nie jest kobietą, jest matką. Mężczyźni się za nią nie oglądają, nie patrzą na nogi czy pupę, kobieta z wózkiem jest niewidzialna - taki mechanizm, element wyposażenia wózka, służący do wyprowadzania dziecka na spacer.
Co innego mężczyzna z wózkiem. Do mężczyzny z wózkiem uśmiecha się co najmniej co trzecia napotkana kobieta. Mężczyzna z wózkiem, choćby pokazywał się z nim średnio raz na 4 miesiące, od razu postrzegany jest jako świetny, czuły i kochający ojciec, który jak tylko może stara się wyręczać swoją partnerkę w opiece nad dzieckiem. Jako że z wózkiem do czynienia ma rzadko, co rusz ma problem z jego złożeniem, rozłożeniem i działaniem większości funkcji, ale przecież ta nieporadność mężczyzny jest taka rozczulająca...
Jednym słowem mężczyzna z wózkiem ma branie a kobieta nie.
Tymczasem, na zakupach, Matka mocno poszalała. Nawet Ojcu nowy perfum w Douglasie fundnęła. Od 8 miesięcy marudził, że mu się znudził ten, którego używa, a Matka trochę ten fakt ignorowała. Ale już przy kasie, kiedy pani dopieszczała turkusową kokardkę na opakowaniu przyszła refleksja. "No dobra, niby jest okazja, w końcu Dzień Ojca, należy mu się, a wręczone rano przez Pierworodnego ciasteczka Oreo to miły, ale ciut skromny prezent. Ale tak naprawdę to chcę mu tymi perfumami podziękować za wspaniały dzień czy odwrócić jego uwagę od moich pozostałych zakupów?". Odpowiedź nie przyszła. Jednak już z mniejszymi wyrzutami sumienia Matka jeszcze spodnie sobie dokupiła.
A potem w kawiarence spokojnie, bez pośpiechu, wypiła kawę czytając książkę, której wcześniej przez cały tydzień udało się jej przeczytać całe 19 stron przy piaskownicy.
I tylko na chwilę oprzytomniała z tego chilloutu i uzmysłowiła sobie, że minęło już 3 i pół godziny jak za nikim nie biega, nikogo nie ubiera, nie karmi, nie strofuje, nie matkuje. Napisała więc sms'a. Rano podczas pakowania obiecywała przerażonemu sytuacją Ojcu, że nie będzie go sprawdzać, dzwonić ani pisać co chwilę. Sama nie spodziewała się, że przyjdzie jej to tak łatwo.
"Napisz chociaż czy dojechaliście :-)"
"No raczej. Najpiękniejszy dzień ojca w moim życiu. Impreza w najlepsze :)".
Po chwili dostała jeszcze zdjęcie Syna szalejącego na dywanie z gigantycznym pluszowym misiem. Co pomyślała Matka? "Po cholerę mu te skarpetki?". Sama siebie skarciła za tę myśl, odłożyła telefon i wróciła do książki. Do końca dnia żadnych wieści od chłopaków.
Wrócili pod wieczór. Szczęśliwi i dumni z siebie, że dali radę. Matka też była dumna. 14 miesięcy 3 tygodnie i 1 dzień czekała na ten moment. Na te 8 godzin tylko dla niej. Samej ze sobą. Jedne z najszczęśliwszych godzin z całego okresu macierzyństwa. A widok uśmiechniętego i rozpędzającego się już od progu Syna biegnącego wprost w ramiona Matki? Bezcenny i nieporównywalny z niczym innym.
Pierworodny wrócił jakby doroślejszy i wyższy. Matka wróciła szczęśliwsza, zrelaksowana i wyluzowana. Ojciec wrócił bardziej pewny siebie. Potrzebna im była ta podróż.
P.S. Dziwne. W swój wolny dzień Matka zdążyła zrobić i rozwiesić pranie, upiec ciasto, obejrzeć na spokojnie "Bitwę o dom", odkurzyć mieszkanie, ogarnąć kuchnię, zapakować i nastawić zmywarkę, pomyć te naczynia, które się do niej nie nadają, pójść do galerii handlowej na zakupy - obkupić siebie, męża i dziecko, wypić kawę w kawiarni czytając ukochanego Marqueza, posłuchać ulubionych, od dawna niesłuchanych płyt, przygotować coś pysznego na kolację i ani razu się przy tym wszystkim nie zmęczyć czy zestresować. A przecież bywa tak, że nawet połowy tych zadań nie udaje się w ciągu dnia zrealizować a mimo to pada wieczorem na twarz z wycieńczenia.
sobota, 22 czerwca 2013
piątek, 21 czerwca 2013
Zostawcie Titanica
Na Polsacie znów dali "Titanica". Wczoraj Matka trochę podśmiewała się z Ojca, że ogląda. Ale jakoś w trakcie reklam udało jej się przełączyć i przerzucili się na "Starsza pani musi zniknąć".
A dziś okazało się, że "Titanica" podzielili i leci druga część. Ojciec znów sobie włączył a Matka znów podśmiewała się, że ogląda. Jednak, mimo że w międzyczasie zjedli kolację, wykąpali Pierworodnego a Matka położyła go spać, w końcu zasiadła obok Ojca na kanapie, wtuliła się w niego w to idealne do tego miejsce i też się wciągnęła w oglądanie. I tak jak się wciągnęła, tak uderzyła w ryk.
- Co? Dzieci? - zupełnie nieczule zapytał, czy też stwierdził fakt, Ojciec Pierworodnego.
- N-n-n-n-ooo - popłakując wydukała
- Ja nie mogę! Ale się z ciebie MATKA zrobiła... matka wszystkich dzieci świata. Nawet tych z Titanica.
Potem już tylko nabijał się, kiedy ryczała coraz bardziej (a chyba pierwszy raz jej się zdarzyło na tym filmie) i na siłę tulił coraz mocniej do siebie, zmuszając do patrzenia na ekran, gdy odwracała głowę od telewizora i błagała zapłakana "Nie każ mi już tego oglądać".
A wszystko zaczęło się od króciutkiej sceny, gdy na tonącym statku, w jednej z kajut trzeciej klasy, mama opowiada dwójce swoich dzieci bajkę na dobranoc, udając przed nimi, że nic się nie dzieje i wszystko jest w porządku. Nigdy wcześniej tej sceny nie było. Musieli domontować. Przecież Matka by zapamiętała...
Niby zdawała sobie z tego sprawę, ale "Titanic" unaocznił to najwyraźniej, że po 31 marca 2012 Matka zupełnie inaczej ogląda filmy, nawet te, które już dobrze zna. Wzrusza się w innych momentach, przeżywa wszystko inaczej, mocniej, częściej płacze, gdy ktoś umiera albo gdy krzywda dzieje się dziecku. Jest to mimowolne i zupełnie nie do opanowania.
W dodatku strasznie męczące.
A dziś okazało się, że "Titanica" podzielili i leci druga część. Ojciec znów sobie włączył a Matka znów podśmiewała się, że ogląda. Jednak, mimo że w międzyczasie zjedli kolację, wykąpali Pierworodnego a Matka położyła go spać, w końcu zasiadła obok Ojca na kanapie, wtuliła się w niego w to idealne do tego miejsce i też się wciągnęła w oglądanie. I tak jak się wciągnęła, tak uderzyła w ryk.
- Co? Dzieci? - zupełnie nieczule zapytał, czy też stwierdził fakt, Ojciec Pierworodnego.
- N-n-n-n-ooo - popłakując wydukała
- Ja nie mogę! Ale się z ciebie MATKA zrobiła... matka wszystkich dzieci świata. Nawet tych z Titanica.
Potem już tylko nabijał się, kiedy ryczała coraz bardziej (a chyba pierwszy raz jej się zdarzyło na tym filmie) i na siłę tulił coraz mocniej do siebie, zmuszając do patrzenia na ekran, gdy odwracała głowę od telewizora i błagała zapłakana "Nie każ mi już tego oglądać".
A wszystko zaczęło się od króciutkiej sceny, gdy na tonącym statku, w jednej z kajut trzeciej klasy, mama opowiada dwójce swoich dzieci bajkę na dobranoc, udając przed nimi, że nic się nie dzieje i wszystko jest w porządku. Nigdy wcześniej tej sceny nie było. Musieli domontować. Przecież Matka by zapamiętała...
Niby zdawała sobie z tego sprawę, ale "Titanic" unaocznił to najwyraźniej, że po 31 marca 2012 Matka zupełnie inaczej ogląda filmy, nawet te, które już dobrze zna. Wzrusza się w innych momentach, przeżywa wszystko inaczej, mocniej, częściej płacze, gdy ktoś umiera albo gdy krzywda dzieje się dziecku. Jest to mimowolne i zupełnie nie do opanowania.
W dodatku strasznie męczące.
Kiepski moment
Są takie dni kiedy wszystko idzie całkiem nieźle, wręcz nadzwyczaj dobrze. Dziecko śpi przez 3-4 godziny. Mieszkanie w miarę ogarnięte, obiad przygotowany - i to nawet z dwóch dań, podłogi czyste i odkurzone. Kot leniwie drzemie. Za oknem piękna pogoda. Matka zadowolona.
A potem dziecko się budzi. Humor średni, ale bez dramatu. Na początek na podłodze lądują porozrzucane zabawki. Pralka skończyła program, trzeba więc porozwieszać pranie. Przy 14-miesięcznym dziecku Matka pranie wiesza na raty i przez pół dnia, bo co powiesi to dziecko chce zdjąć, w międzyczasie wyrzuca jeszcze jej wszystko z miski a klamerki latają po całym mieszkaniu, ze szczególnym uwzględnieniem lądowania ich pod kanapą. W połowie trzeba pranie zostawić by podać dziecku obiad. Ten z dwóch dań. Dwa dania to dwukrotne ubrudzenie się. Ale co tam, najważniejsze że smakuje i buzia się cieszy, gdy można jeść samemu. Ale pod koniec posiłku dziecku coś się przypomina: "Hola, hola! A co ja taki zadowolony? Przecież ja ZĄBKUJĘ! Ani myślę dalej jeść! Za to zobaczę jak daleko poleci miska...".
Daleko. Jeszcze pół godziny wcześniej ogarnięta podłoga upstrzona jest teraz ziemniakami z sosem. Brudny śliniak leży smętnie porzucony na krześle. Talerze jeszcze nieuprzątnięte zostały na stole. A krzesełko do karmienia, też jeszcze nieumyte, stoi na środku pokoju.
Dziecko zaryczane, bo przecież ząbki a Matka każe umyć się po obiedzie. Idąc do łazienki potykają się o to pranie, które wciąż czeka na powieszenie. Podczas mycia zachlapana zostaje cała łazienka. Dziecko biega po domu siejąc chaos i zniszczenie a Matka nie wie już w co ręce włożyć - miota się po mieszkaniu, tu coś zacznie, tam już biegnie uspokajać dziecko.
Dzwoni telefon. Ojciec Pierworodnego. Matka nie przyznaje się co u niej słychać. Zresztą słyszy przecież jak Syn się drze, a jeszcze w międzyczasie wdrapuje się Matce na kolana. Dzwonek do drzwi.
- Kochanie, oddzwonię do Ciebie za chwilę. Ktoś przyszedł.
Pani z administracji przyszła spisać stan wodomierzy. Fuck! Matka z dzieckiem uwieszonym u boku przewraca oczami i daje do zrozumienia, że nie najlepszy to czas. Ale co robić? Wpuszcza panią. Odwraca się i widzi swoje mieszkanie jakby oczami obcej osoby. Rozstawiona suszarka z praniem częściowo powieszonym a częściowo porozrzucanym przez Pierworodnego po podłodze, wszędzie klamerki, na środku oblepione ziemniakami krzesełko do karmienia, na stole brudne talerze. W sypialni porządek, ale przecież nikt tego nie wie, bo na próg drzwi Pierworodny przytaszczył przewijak, który stał oparty o ścianę. Idąc do łazienki trzeba ominąć, prócz miski z praniem, zabawkowy telefon. Uważając na zabawkę pani wdeptuje w kromkę chrupkiego pieczywa, która nie wiadomo kiedy się tam znalazła.
Matka wciąż z uwieszonym u boku dzieckiem, które na chwilę przestało drzeć japę, bo zaciekawiło się nową osobą, patrzy przepraszająco i próbuje się tłumaczyć.
- Spokojnie, proszę pani. Ja też jestem matką - z łagodnym uśmiechem odpowiada pani i dyskretnie stara się nie rozglądać po mieszkaniu.
Od razu kieruje się do łazienki. Matka za nią, myśląc po drodze: "Gorzej już chyba nie będzie".
A jednak. Toaleta otwarta i nie spłukana. Matka robi się cała czerwona i ze wstydu zaciska zęby. Przypomina sobie, że jakieś 15 minut temu próbowała szybko zrobić siusiu. Ledwo przycupnęła a już usłyszała dźwięk zamykającej się za Synem bramki zabezpieczającej wejście do kuchni a zaraz potem majstrowanie w szufladach. Trzeba było szybko biec. Zastała Syna z jakimiś niegroźnymi szczypcami do grilla. Odetchnęła z ulgą, że to jednak nie nóż. Ale o toalecie już zapomniała. Pani spisała licznik udając, że niczego nie widzi. Właściwie był to tylko kawałek białego papieru toaletowego pływający w muszli, ale Matce i tak zrobiło się maksymalnie głupio. Gdy pani wychodziła znów starała się jakoś wytłumaczyć.
- Gdyby pani przyszła godzinę wcześniej...
- Ja wiem - przerwała jej kobieta.
- ... wtedy wszystko wyglądało inaczej.
- Proszę się nie stresować. Ja naprawdę rozumiem. Jestem matką.
A potem dziecko się budzi. Humor średni, ale bez dramatu. Na początek na podłodze lądują porozrzucane zabawki. Pralka skończyła program, trzeba więc porozwieszać pranie. Przy 14-miesięcznym dziecku Matka pranie wiesza na raty i przez pół dnia, bo co powiesi to dziecko chce zdjąć, w międzyczasie wyrzuca jeszcze jej wszystko z miski a klamerki latają po całym mieszkaniu, ze szczególnym uwzględnieniem lądowania ich pod kanapą. W połowie trzeba pranie zostawić by podać dziecku obiad. Ten z dwóch dań. Dwa dania to dwukrotne ubrudzenie się. Ale co tam, najważniejsze że smakuje i buzia się cieszy, gdy można jeść samemu. Ale pod koniec posiłku dziecku coś się przypomina: "Hola, hola! A co ja taki zadowolony? Przecież ja ZĄBKUJĘ! Ani myślę dalej jeść! Za to zobaczę jak daleko poleci miska...".
Daleko. Jeszcze pół godziny wcześniej ogarnięta podłoga upstrzona jest teraz ziemniakami z sosem. Brudny śliniak leży smętnie porzucony na krześle. Talerze jeszcze nieuprzątnięte zostały na stole. A krzesełko do karmienia, też jeszcze nieumyte, stoi na środku pokoju.
Dziecko zaryczane, bo przecież ząbki a Matka każe umyć się po obiedzie. Idąc do łazienki potykają się o to pranie, które wciąż czeka na powieszenie. Podczas mycia zachlapana zostaje cała łazienka. Dziecko biega po domu siejąc chaos i zniszczenie a Matka nie wie już w co ręce włożyć - miota się po mieszkaniu, tu coś zacznie, tam już biegnie uspokajać dziecko.
Dzwoni telefon. Ojciec Pierworodnego. Matka nie przyznaje się co u niej słychać. Zresztą słyszy przecież jak Syn się drze, a jeszcze w międzyczasie wdrapuje się Matce na kolana. Dzwonek do drzwi.
- Kochanie, oddzwonię do Ciebie za chwilę. Ktoś przyszedł.
Pani z administracji przyszła spisać stan wodomierzy. Fuck! Matka z dzieckiem uwieszonym u boku przewraca oczami i daje do zrozumienia, że nie najlepszy to czas. Ale co robić? Wpuszcza panią. Odwraca się i widzi swoje mieszkanie jakby oczami obcej osoby. Rozstawiona suszarka z praniem częściowo powieszonym a częściowo porozrzucanym przez Pierworodnego po podłodze, wszędzie klamerki, na środku oblepione ziemniakami krzesełko do karmienia, na stole brudne talerze. W sypialni porządek, ale przecież nikt tego nie wie, bo na próg drzwi Pierworodny przytaszczył przewijak, który stał oparty o ścianę. Idąc do łazienki trzeba ominąć, prócz miski z praniem, zabawkowy telefon. Uważając na zabawkę pani wdeptuje w kromkę chrupkiego pieczywa, która nie wiadomo kiedy się tam znalazła.
Matka wciąż z uwieszonym u boku dzieckiem, które na chwilę przestało drzeć japę, bo zaciekawiło się nową osobą, patrzy przepraszająco i próbuje się tłumaczyć.
- Spokojnie, proszę pani. Ja też jestem matką - z łagodnym uśmiechem odpowiada pani i dyskretnie stara się nie rozglądać po mieszkaniu.
Od razu kieruje się do łazienki. Matka za nią, myśląc po drodze: "Gorzej już chyba nie będzie".
A jednak. Toaleta otwarta i nie spłukana. Matka robi się cała czerwona i ze wstydu zaciska zęby. Przypomina sobie, że jakieś 15 minut temu próbowała szybko zrobić siusiu. Ledwo przycupnęła a już usłyszała dźwięk zamykającej się za Synem bramki zabezpieczającej wejście do kuchni a zaraz potem majstrowanie w szufladach. Trzeba było szybko biec. Zastała Syna z jakimiś niegroźnymi szczypcami do grilla. Odetchnęła z ulgą, że to jednak nie nóż. Ale o toalecie już zapomniała. Pani spisała licznik udając, że niczego nie widzi. Właściwie był to tylko kawałek białego papieru toaletowego pływający w muszli, ale Matce i tak zrobiło się maksymalnie głupio. Gdy pani wychodziła znów starała się jakoś wytłumaczyć.
- Gdyby pani przyszła godzinę wcześniej...
- Ja wiem - przerwała jej kobieta.
- ... wtedy wszystko wyglądało inaczej.
- Proszę się nie stresować. Ja naprawdę rozumiem. Jestem matką.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
