Udało się! Wyszarpali Matka z Ojcem odrobinę wolnego. Na ostatnią chwilę wynajęli, chyba ostatni dostępny, nieco lichy, ale mimo wszystko zadowalający, domek nad jeziorem, gdzie akurat w okolicy wypoczywała też rodzina Matki. I ruszyli na mini-wczasy.
Pierwszy wakacyjny wyjazd Syna Pierworodnego. 2 noce, 3 dni. Wniosek? Tylko jeden. To dziecko jest stworzone do bycia wczasowiczem!
W dzień wyjazdu już od rana był podekscytowany, jakby wiedział dokładnie co się szykuje. Fakt, Matka pakując cały majdan dnia poprzedniego opowiadała mu co nieco o tym, co go czeka...
Na miejscu, pełen energii, biegał jak szalony, by jak najszybciej poznać najbliższe otoczenie. I poznał.
W domku obok mieszkała o półtora miesiąca młodsza Łucja. Hmm, czyżby pierwsza wakacyjna miłość? Pierworodny bardzo chętnie, nawet bez wiedzy rodziców, wędrował w odwiedziny do Łusi. Wieczorem, w samych spodenkach, z gołą klatą, prężył się jak paw i wypinał brzuszek. A i Łucja wysyłała zalotne spojrzenia, starała się zagadać i wciąż ciągała swojego tatę na huśtawkę koło domku, w którym mieszkał Pierworodny. A gdy tylko Syn usłyszał historię o tym, jakim niejadkiem jest Łusia, zaraz z miejsca pochłonął półtorej parówki by się przed dziewczyną popisać. Pożegnali się podając sobie rączki a następnie robiąc pa-pa, każde z ramion swojego rodzica. Słitaśnie.
Samo jezioro początkowo nie zrobiło na Pierworodnym spodziewanego wrażenia. Plażing? OK, fajnie, są kamyczki, piasek, jest dobrze. Ale ta woda to już całkowicie zbędna. Zwłaszcza od momentu, gdy niechcący został ochlapany, kiedy nie był jeszcze na to gotowy, tylko niepewnie zaznajamiał się ze wszystkim na brzegu. Wybrali się więc Matka z Ojcem i Synem na dziką plażę, gdzie ruch niewielki, cisza i spokój. Bo trzeba zaznaczyć, że pogoda na wczasowanie dopisała i gdy spojrzeli na główną plażę, padło pytanie: "To w Sopocie ktoś jeszcze został?". W sprawie oswajania Pierworodnego z wodą odniesiono sukces. Małymi kroczkami, powolutku, udało się. Ale lojalnie trzeba przyznać, że świadomie, podstępnie i perfidnie wyręczyli się Rodzice pomocnikiem. Zaprzyjaźnili się z 5-letnim Adasiem. Wręczyli mu zabawki Pierworodnego i obserwowali co się będzie działo. Skutek był taki, jakiego się spodziewali. Zainteresowany zabawą starszego kolegi, Pierworodny pomalutku dał się przekonać do wejścia do wody. Cała operacja trochę trwała, ale efekt był taki, że Syn nie miał ochoty z jeziora wychodzić. Wcześniej, gdy Matka lekko ochlapała mu nóżkę, wpadał w szał. Kiedy Adaś bez ceregieli chlapał wodą podczas przelewania jej z zabawki do zabawki, oblewając przy tym Pierworodnego, ten spojrzał tylko zdziwiony. To tak też można się bawić? Wydaje się fajne. Spróbujmy.
Żal było wyjeżdżać. Niełatwo było też wrócić do domowej rzeczywistości. Tym bardziej, że w ramach pamiątki z wakacji, oprócz ponad 20 bąbli po ugryzieniach komarów, Pierworodny przywiózł sobie trudności z zasypianiem we własnym łóżeczku. Podczas wyjazdu, z powodu braku łóżeczka turystycznego, musiał spać w kojcu. Ta opcja zupełnie mu nie przypasowała. Odkładanie go śpiącego do kojca za każdym razem trwało ok. 50 minut. W nocy Matka nie miała już w sobie tyle wytrwałości i po kilku nieudanych próbach zabierała Syna do łóżka Rodziców. I tym sposobem zdała sobie sprawę czemu, gdy była mała i pakowała się swoim rodzicom rano do łóżka, ci nie byli tym faktem zachwyceni tak jak ona. Spanie w trójkę na małej, starej i zdezelowanej wersalce pod jedną kołdrą to jakaś katorga. Ale, żeby tradycji stało się zadość, Pierworodny był zachwycony. Spokojnie i bez dalszych pobudek spał do 9:20. Od miesięcy nikt w domu nie spał do takiej godziny. Na szczęście i to spanie (ale już we własnym łóżeczku) zostało Synowi Pierworodnemu po wakacjach, miejmy nadzieję, że na stałe - tylko ciiii, żeby nie zapeszyć...
środa, 31 lipca 2013
6 miesięcy i 5 dni
Pół roku "luzowania" stuknęło Matce. Jak z bicza strzelił. Kilka dni temu, ale nie było kiedy pisać. Jakoś tak niepostrzeżenie, nawet Matka nie zauważyła, że to już. Gdyby nie wpis na zaprzyjaźnionym blogu Nishki, pewnie by przegapiła.
Pół roku? Jak to możliwe? Jeszcze chyba w żadnym projekcie tak długo nie wytrwała. Zawsze dopadało ją wypalenie, znudzenie i brak motywacji. Zwłaszcza jeżeli chodziło o pisanie pamiętnika. Kilka tygodni, czasem dni, wystarczało by zarzucić pisanie.
Kiedyś pamiętnik był po to, by nikt go nie czytał, może poza samym autorem kilka lat później. Teraz pisze się po to, by czytało jak najwięcej osób. Gdy kilkanaście lat temu, Matka usłyszała słowo blog i na czym polega cała jego idea, wydawało się to wszystko jakimś absurdem. No bo jak to? Dawać obcym ludziom do przeczytania swój dziennik? Tak z własnej woli? Pozwolić im oceniać to, co się napisało? Kto by pomyślał, że to wciąga, że bawi, pasjonuje i ma się ochotę na więcej.
Jako nastolatka (strach pomyśleć kiedy to było) Matka wielokrotnie zaczynała pisać pamiętniki. Za każdym razem brakowało samozaparcia i systematyczności. Nie było motywatorem ">ja< czytająca to za 20 la". Za to teraz doskonale motywują ci, którzy czytają na bieżąco.
Kiedyś niczego się w takich zapiskach nie udawało. Było się tak samo nudnym i nieciekawym jak w życiu codziennym. Było się po prostu zwyczajnym.
Kiedyś nabazgrałoby się: "Nuda, nic się nie działo. Szkoła jest beznadziejna - facetka od fizy się na mnie uwzięła. Pokłóciłam się z mamą. Czego ona ode mnie chce? Wszystko jest do dupy. Nie zadzwonił. Pewnie przez tego pryszcza, który rośnie mi na czole. A w dodatku w sobotę impreza u Aśki a ja nie mam co na siebie włożyć..." Itd. Mniej więcej w tym stylu. Tak sobie Matka wyobraża. Bo po tylu latach nie ma pojęcia co sama wypisywała.
A teraz? Na blogach robi się wtorkowe przeglądy kosmetyczek. W tym tygodniu skuteczne sposoby na walkę z pryszczami. Tworzy się listę 10 powodów, dla których fizyka w szkołach powinna zostać zdelegalizowana. I jeszcze piątkowy outfit. Tym razem stylizacja na domówkę u znajomych. Bluzka Zara 249 zł, spodnie Bershka 149 zł, buty Aldo 599 zł. Do tego dzióbek do zdjęcia. Względnie nieobecne, niby zamyślone, spojrzenie w dal.
Matka też stara się wypaść na ciekawszą niż jest w rzeczywistości. Pierworodny nie musi się starać - jest najciekawszym, co kiedykolwiek przyszło Matce w życiu obserwować. Poza tym stara się Matka dbać o poprawne słownictwo i o interpunkcję, która, jak to określiła jej nauczycielka języka polskiego w liceum, leży i kwiczy.
Wciągnęło Matkę to pisanie. Motywuje to, że komuś chce się regularnie tu zaglądać, że ktoś pochwali, że wiele osób wraca. Najbardziej popychają do działania komentarze. To wszystko sprawia, że chciałoby się robić więcej. Tylko nie wiadomo od czego zacząć. Chciałaby Matka nowego wyglądu dla blogu, myśli o profilu na Facebooku. Tyle że dla matki tak wybitnie nie-technicznej to gigantyczne wyzwanie. Nie wiadomo od czego zacząć. I na myśleniu na razie się kończy.
Z okazji pierwszego półrocza życzy sobie Matka dalszej wytrwałości, momentów pełnych pisarskiej weny oraz jak najwięcej wolnego czasu na opisywanie tych wszystkich ulotnych chwil. A Czytelnikom serdecznie dziękuje za obecność i zaprasza na kolejne spotkania z Pierworodnym.
Pół roku? Jak to możliwe? Jeszcze chyba w żadnym projekcie tak długo nie wytrwała. Zawsze dopadało ją wypalenie, znudzenie i brak motywacji. Zwłaszcza jeżeli chodziło o pisanie pamiętnika. Kilka tygodni, czasem dni, wystarczało by zarzucić pisanie.
Kiedyś pamiętnik był po to, by nikt go nie czytał, może poza samym autorem kilka lat później. Teraz pisze się po to, by czytało jak najwięcej osób. Gdy kilkanaście lat temu, Matka usłyszała słowo blog i na czym polega cała jego idea, wydawało się to wszystko jakimś absurdem. No bo jak to? Dawać obcym ludziom do przeczytania swój dziennik? Tak z własnej woli? Pozwolić im oceniać to, co się napisało? Kto by pomyślał, że to wciąga, że bawi, pasjonuje i ma się ochotę na więcej.
Jako nastolatka (strach pomyśleć kiedy to było) Matka wielokrotnie zaczynała pisać pamiętniki. Za każdym razem brakowało samozaparcia i systematyczności. Nie było motywatorem ">ja< czytająca to za 20 la". Za to teraz doskonale motywują ci, którzy czytają na bieżąco.
Kiedyś niczego się w takich zapiskach nie udawało. Było się tak samo nudnym i nieciekawym jak w życiu codziennym. Było się po prostu zwyczajnym.
Kiedyś nabazgrałoby się: "Nuda, nic się nie działo. Szkoła jest beznadziejna - facetka od fizy się na mnie uwzięła. Pokłóciłam się z mamą. Czego ona ode mnie chce? Wszystko jest do dupy. Nie zadzwonił. Pewnie przez tego pryszcza, który rośnie mi na czole. A w dodatku w sobotę impreza u Aśki a ja nie mam co na siebie włożyć..." Itd. Mniej więcej w tym stylu. Tak sobie Matka wyobraża. Bo po tylu latach nie ma pojęcia co sama wypisywała.
A teraz? Na blogach robi się wtorkowe przeglądy kosmetyczek. W tym tygodniu skuteczne sposoby na walkę z pryszczami. Tworzy się listę 10 powodów, dla których fizyka w szkołach powinna zostać zdelegalizowana. I jeszcze piątkowy outfit. Tym razem stylizacja na domówkę u znajomych. Bluzka Zara 249 zł, spodnie Bershka 149 zł, buty Aldo 599 zł. Do tego dzióbek do zdjęcia. Względnie nieobecne, niby zamyślone, spojrzenie w dal.
Matka też stara się wypaść na ciekawszą niż jest w rzeczywistości. Pierworodny nie musi się starać - jest najciekawszym, co kiedykolwiek przyszło Matce w życiu obserwować. Poza tym stara się Matka dbać o poprawne słownictwo i o interpunkcję, która, jak to określiła jej nauczycielka języka polskiego w liceum, leży i kwiczy.
Wciągnęło Matkę to pisanie. Motywuje to, że komuś chce się regularnie tu zaglądać, że ktoś pochwali, że wiele osób wraca. Najbardziej popychają do działania komentarze. To wszystko sprawia, że chciałoby się robić więcej. Tylko nie wiadomo od czego zacząć. Chciałaby Matka nowego wyglądu dla blogu, myśli o profilu na Facebooku. Tyle że dla matki tak wybitnie nie-technicznej to gigantyczne wyzwanie. Nie wiadomo od czego zacząć. I na myśleniu na razie się kończy.
Z okazji pierwszego półrocza życzy sobie Matka dalszej wytrwałości, momentów pełnych pisarskiej weny oraz jak najwięcej wolnego czasu na opisywanie tych wszystkich ulotnych chwil. A Czytelnikom serdecznie dziękuje za obecność i zaprasza na kolejne spotkania z Pierworodnym.
czwartek, 25 lipca 2013
Co piaskownica to obyczaj
Od czasu do czasu Matka z Synem chodzą do piaskownicy. Choć osiedle, na którym mieszkają nie jest dużym, raczej jednym z mniejszych w mieście, to do tej pory Matka naliczyła już na nim 8 piaskownic. (I przy okazji żadnego placu zabaw). Choć wybór ogromny, decyzja o wybraniu tej jednej jedynej była prosta, bo podyktowana pobudką tak trywialną jaką może być tylko odległość. Przy samodzielnie tuptającym roczniaku odległość ma kolosalne znaczenie. Z ulgą przyjmuje więc Matka fakt, że najbliższa piaskownica znajduje się za blokiem obok. Chociaż i tak czasem wydaje się to za daleko - głównie dlatego, że po drodze trzeba minąć ok. 18755136 kamyczków - najróżniejszej wielkości, kształtu, koloru, faktury, a każdy chciałoby się podnieść, obejrzeć, przełożyć, schować, pokazać mamusi i może jeszcze posmakować.
Ale prędzej czy później, zwykle raczej później, dochodzi się do tej piaskownicy. Bywa się w niej regularnie. Poznaje się inne dzieci i ich rodziców, którzy również bywają tam regularnie. I wydaje się, że skoro poznało się zasady panujące w tej piaskownicy, to można już z dzieckiem w ciemno iść w każdą jedną górkę piasku, byle tylko było wiaderko, grabki i może jeszcze rówieśnik do towarzystwa. Nic bardziej mylnego. Okazuje się, że w KAŻDEJ piaskownicy panują odrębne reguły. Lepiej znać je zawczasu i szybko się przystosować, bo bycie zaskoczonym znienacka może okazać się zgubne w skutkach.
Matka nie zdawała sobie sprawy z tego, ile szczęścia miała trafiając od razu do TEJ piaskownicy. Gdzie każdy przynosi swoje zabawki, ale zwykle, po zapytaniu i wspólnym uzgodnieniu sprawy, dzieci chętnie się nimi wymieniają. Gdzie kłótnie, owszem, zdarzają się, jak to wśród dzieci, ale szybko zostają zażegnane i potraktowane śmiechem. Gdzie szanuje się zabawę innych dzieci i nie pozwala na psoty i złośliwości. Mimo tego wszystkiego łatwo nie jest, bo i dzieci i rodzice trafiają się różni. Ojciec Pierworodnego zawsze po tym, gdy okazjonalnie uda mu się wybrać z rodziną do piasku, wyprawę kwituje słowami: "Szacun Żona, że ty to wszystko ogarniasz". Matka podbudowana takim komplementem uznała, że skoro tu daje sobie radę to poradzi też sobie w większej piaskownicy w innej części osiedla. I w dzień, w którym ta przydomowa nie zapewniała Pierworodnemu towarzystwa do zabaw, zabrała Matka Syna do piaskownicy bardziej odległej i zarazem bardziej uczęszczanej (Już samo dojście tam było męczące). Matka przyzwyczajona do tego, że gdy maluchy bawią się w piasku rodzice siedzą wokół na ławkach lub brzegach piaskownicy i kontrolują, choć jednym okiem, sytuację, mocno zdziwiła się, że była jedyną taką matką - nie licząc bardzo młodziutkiej mamy dwulatka, która i tak siedziała tyłem i zajęta była rozmowami z przewijającymi się koleżankami albo sms-owaniem, pozostali opiekunowie rozsiani byli gdzieś znacznie dalej. Większość dzieci, z którymi Pierworodny (jak zwykle najmłodszy w towarzystwie) miał do czynienia, miała Matka ochotę wysłać na karnego jeżyka albo przełożyć przez kolano. Od dziecka, które bawiło się foremkami Pierworodnego usłyszała Matka, że jej Syn jest głupi. Dlaczego? Bo nie chciał zjeść babki z piasku, którą mu podsuwano. Od chłopaka, który bawił się samochodem Pierworodnego wciąż słyszało się: "Ale ja chcę się tym pobawić" - wypowiadane jak mantrę przez zaciśnięte z frustracji zęby. A oznaczało to ni mniej, ni więcej, tylko: "Nie ruszać, bo będzie dym!". I tak, Pierworodny nie mógł nawet dotknąć swojego samochodu, co oczywiście i tak notorycznie robił. Ostatecznie dzieciak wpadł w histerię, gdy Matka zdecydowała się wracać do domu i pakować zabawki, bo przecież "on chciał się tym pobawić". Filmy typu "Omen" przypomniały się Matce. Wykończona, stwierdziła, że nigdy więcej. Dość ma już odmiany. I nie rusza się ze swojej piaskownicy, choćby wiało nudą na kilometr. Tym bardziej, że ktoś im jeszcze łopatkę tam zaiwanił.
Ale nic to. Rozmawiała Matka ze swoją Koleżanką, która z racji bycia mamą dwulatki i drugiej córki w drodze, też często w piaskownicy bywa. Na jej osiedlu sprawa przedstawia się jeszcze inaczej. Mąż Koleżanki już dawno oświadczył, że jest to świat, który rządzi się własnymi prawami, dżungla, której on nie jest w stanie opanować i w związku z tym nie zamierza tam bywać. W piaskownicy pod blokiem Koleżanki panuje zasada: co w piasku i jego okolicy się znajdzie - jest wspólne. Brakuje pojęcia własności (czy się to komuś podoba czy nie) i nawet, gdy nie zdąży się rozpakować wszystkich zabawek swojego podopiecznego, inne dzieciaki w mgnieniu oka robią to za rodzica nim ten się spostrzeże. Jednak najbardziej w opowieści Koleżanki zaskoczyło Matkę to, że dzieci nie tylko do cudzych zabawek roszczą sobie prawa. Jakoś nigdy nie przyszło Matce do głowy zabierać do piasku jedzenia. Bo po co? Ręce brudne i w ogóle... tyle piachu do przekopania, że czasu nie ma na głupoty. Biorą tylko ze sobą wodę do picia. I chyba pozostali rodzice też tak robią, nie zwracała Matka uwagi. Nie chciałaby, aby Pierworodny patrzył z rozżaleniem jak inne dziecko zajada się słodkościami, tym bardziej że większości mu nie wolno ze względu na bezmleczną dietę. Ale też głupio by się czuła, gdyby karmiła Syna a inne dzieci miałyby na nich patrzeć. Koleżanka natomiast za każdym razem zestresowana idzie do piaskownicy, zastanawiając się czy aby na pewno wystarczy jej tego dnia ciastek. Bo gdy tylko powie: "Córeczko (tu pada konkretne imię jej córki), otrzep rączki, dostaniesz ciasteczko", w jednej chwili podnoszą się wszystkie dzieci i równo otrzepują rączki a potem już tylko ustawiają się grzecznie i bez słowa w kolejce po ciasteczka. Nikt się nie przepycha i nie kłóci, bo wszyscy uznają za oczywistą oczywistość, że zaraz każdy dostanie po ciasteczku.
Poza tym coraz częściej jeszcze słyszy Matka o piaskownicach w innych miastach, gdzie zabawki są na wyposażeniu, nikt ich nie kradnie, ani nie dewastuje. I nie trzeba nosić ze sobą torby pełnej gratów - a wszystkie zabawki interesują dziecko, bo przecież nie są jego tylko cudze, a to podstawowa zaleta każdej jednej zabawki, choćby była największym badziewiem.
Ciekawa jest ta różnorodność zwyczajów. Wchodząc do piaskownicy nigdy nie wiesz, co cię w niej czeka.
Ale prędzej czy później, zwykle raczej później, dochodzi się do tej piaskownicy. Bywa się w niej regularnie. Poznaje się inne dzieci i ich rodziców, którzy również bywają tam regularnie. I wydaje się, że skoro poznało się zasady panujące w tej piaskownicy, to można już z dzieckiem w ciemno iść w każdą jedną górkę piasku, byle tylko było wiaderko, grabki i może jeszcze rówieśnik do towarzystwa. Nic bardziej mylnego. Okazuje się, że w KAŻDEJ piaskownicy panują odrębne reguły. Lepiej znać je zawczasu i szybko się przystosować, bo bycie zaskoczonym znienacka może okazać się zgubne w skutkach.
Matka nie zdawała sobie sprawy z tego, ile szczęścia miała trafiając od razu do TEJ piaskownicy. Gdzie każdy przynosi swoje zabawki, ale zwykle, po zapytaniu i wspólnym uzgodnieniu sprawy, dzieci chętnie się nimi wymieniają. Gdzie kłótnie, owszem, zdarzają się, jak to wśród dzieci, ale szybko zostają zażegnane i potraktowane śmiechem. Gdzie szanuje się zabawę innych dzieci i nie pozwala na psoty i złośliwości. Mimo tego wszystkiego łatwo nie jest, bo i dzieci i rodzice trafiają się różni. Ojciec Pierworodnego zawsze po tym, gdy okazjonalnie uda mu się wybrać z rodziną do piasku, wyprawę kwituje słowami: "Szacun Żona, że ty to wszystko ogarniasz". Matka podbudowana takim komplementem uznała, że skoro tu daje sobie radę to poradzi też sobie w większej piaskownicy w innej części osiedla. I w dzień, w którym ta przydomowa nie zapewniała Pierworodnemu towarzystwa do zabaw, zabrała Matka Syna do piaskownicy bardziej odległej i zarazem bardziej uczęszczanej (Już samo dojście tam było męczące). Matka przyzwyczajona do tego, że gdy maluchy bawią się w piasku rodzice siedzą wokół na ławkach lub brzegach piaskownicy i kontrolują, choć jednym okiem, sytuację, mocno zdziwiła się, że była jedyną taką matką - nie licząc bardzo młodziutkiej mamy dwulatka, która i tak siedziała tyłem i zajęta była rozmowami z przewijającymi się koleżankami albo sms-owaniem, pozostali opiekunowie rozsiani byli gdzieś znacznie dalej. Większość dzieci, z którymi Pierworodny (jak zwykle najmłodszy w towarzystwie) miał do czynienia, miała Matka ochotę wysłać na karnego jeżyka albo przełożyć przez kolano. Od dziecka, które bawiło się foremkami Pierworodnego usłyszała Matka, że jej Syn jest głupi. Dlaczego? Bo nie chciał zjeść babki z piasku, którą mu podsuwano. Od chłopaka, który bawił się samochodem Pierworodnego wciąż słyszało się: "Ale ja chcę się tym pobawić" - wypowiadane jak mantrę przez zaciśnięte z frustracji zęby. A oznaczało to ni mniej, ni więcej, tylko: "Nie ruszać, bo będzie dym!". I tak, Pierworodny nie mógł nawet dotknąć swojego samochodu, co oczywiście i tak notorycznie robił. Ostatecznie dzieciak wpadł w histerię, gdy Matka zdecydowała się wracać do domu i pakować zabawki, bo przecież "on chciał się tym pobawić". Filmy typu "Omen" przypomniały się Matce. Wykończona, stwierdziła, że nigdy więcej. Dość ma już odmiany. I nie rusza się ze swojej piaskownicy, choćby wiało nudą na kilometr. Tym bardziej, że ktoś im jeszcze łopatkę tam zaiwanił.
Ale nic to. Rozmawiała Matka ze swoją Koleżanką, która z racji bycia mamą dwulatki i drugiej córki w drodze, też często w piaskownicy bywa. Na jej osiedlu sprawa przedstawia się jeszcze inaczej. Mąż Koleżanki już dawno oświadczył, że jest to świat, który rządzi się własnymi prawami, dżungla, której on nie jest w stanie opanować i w związku z tym nie zamierza tam bywać. W piaskownicy pod blokiem Koleżanki panuje zasada: co w piasku i jego okolicy się znajdzie - jest wspólne. Brakuje pojęcia własności (czy się to komuś podoba czy nie) i nawet, gdy nie zdąży się rozpakować wszystkich zabawek swojego podopiecznego, inne dzieciaki w mgnieniu oka robią to za rodzica nim ten się spostrzeże. Jednak najbardziej w opowieści Koleżanki zaskoczyło Matkę to, że dzieci nie tylko do cudzych zabawek roszczą sobie prawa. Jakoś nigdy nie przyszło Matce do głowy zabierać do piasku jedzenia. Bo po co? Ręce brudne i w ogóle... tyle piachu do przekopania, że czasu nie ma na głupoty. Biorą tylko ze sobą wodę do picia. I chyba pozostali rodzice też tak robią, nie zwracała Matka uwagi. Nie chciałaby, aby Pierworodny patrzył z rozżaleniem jak inne dziecko zajada się słodkościami, tym bardziej że większości mu nie wolno ze względu na bezmleczną dietę. Ale też głupio by się czuła, gdyby karmiła Syna a inne dzieci miałyby na nich patrzeć. Koleżanka natomiast za każdym razem zestresowana idzie do piaskownicy, zastanawiając się czy aby na pewno wystarczy jej tego dnia ciastek. Bo gdy tylko powie: "Córeczko (tu pada konkretne imię jej córki), otrzep rączki, dostaniesz ciasteczko", w jednej chwili podnoszą się wszystkie dzieci i równo otrzepują rączki a potem już tylko ustawiają się grzecznie i bez słowa w kolejce po ciasteczka. Nikt się nie przepycha i nie kłóci, bo wszyscy uznają za oczywistą oczywistość, że zaraz każdy dostanie po ciasteczku.
Poza tym coraz częściej jeszcze słyszy Matka o piaskownicach w innych miastach, gdzie zabawki są na wyposażeniu, nikt ich nie kradnie, ani nie dewastuje. I nie trzeba nosić ze sobą torby pełnej gratów - a wszystkie zabawki interesują dziecko, bo przecież nie są jego tylko cudze, a to podstawowa zaleta każdej jednej zabawki, choćby była największym badziewiem.
Ciekawa jest ta różnorodność zwyczajów. Wchodząc do piaskownicy nigdy nie wiesz, co cię w niej czeka.
poniedziałek, 22 lipca 2013
100 km od domu
Matka z Synem pierwszy raz spontanicznie nocowali poza domem. Bez wcześniejszego przygotowania i logistycznego rozplanowania. Pierworodny zachwycony, bo ciocia ukochana, bo pies większy od niego, bo ogród i krzaczki z listkami do rwania, bo wanienka inna niż w domu, bo gwiazdorzyć mógł i zwiedzać nowe przestrzenie. Matka zachwycona, bo nie musiała biegać za Synem i poza nią mnóstwo osób miało na niego oko, bo zasnął bez problemu i spał dłużej od niej, bo do 1 w nocy siedziała przy stole z dorosłymi ludźmi i rozmawiała, bo mimo że spała 4 i pół godziny odpoczęła jak nie pamięta kiedy.
Śpij, Kochanie, śpij
Właśnie trwa pierwsza od środy drzemka Pierworodnego w ciągu dnia. Ostatnio zaskoczyło Matkę i Syna tyle atrakcji, że nie było kiedy spać. Teraz przyszła pora na zawalczenie o powrót do normalności i ustalonego rytmu dnia. Matka kompletnie z tego rytmu wybita nie ma pojęcia co robić.
Zasnął? Naprawdę zasnął? No zasnął... Co robić? Co robić? Pranie powiesić! Kurcze, suszarka została w sypialni. No to co? Podłogi trzeba umyć. Ale przecież nie odkurzone. Zmywarka... eee nie chce się. Obiad? Jest od wczoraj. I tak siedzi Matka bez sensu i "Klan" ogląda. Masakra.
Zasnął? Naprawdę zasnął? No zasnął... Co robić? Co robić? Pranie powiesić! Kurcze, suszarka została w sypialni. No to co? Podłogi trzeba umyć. Ale przecież nie odkurzone. Zmywarka... eee nie chce się. Obiad? Jest od wczoraj. I tak siedzi Matka bez sensu i "Klan" ogląda. Masakra.
środa, 17 lipca 2013
Obiecująca prognoza pogody na jutro
- Idziesz spać czy będziesz jeszcze siedział?
- Wykąpać się muszę.
- Właśnie ja też.
- To idź pierwsza.
- Nie, ty idź pierwszy. Mi to długo zejdzie.
- Mi też zejdzie. Włosy muszę umyć.
- A ja nogi ogolić. A nie mamy w domu żadnej kosy.
- Jeeeenyyy. Ty weź może jutro zagadaj jak tą trawę będą pod oknem kosić...
- Wykąpać się muszę.
- Właśnie ja też.
- To idź pierwsza.
- Nie, ty idź pierwszy. Mi to długo zejdzie.
- Mi też zejdzie. Włosy muszę umyć.
- A ja nogi ogolić. A nie mamy w domu żadnej kosy.
- Jeeeenyyy. Ty weź może jutro zagadaj jak tą trawę będą pod oknem kosić...
wtorek, 16 lipca 2013
Móóój jest ten kawałek podłogi
Matka chciałaby ponownie spotkać tego pana... Tego, co jak 5 lat temu urządzała mieszkanie i wybierała podłogi to w takim jednym komfortowym sklepie zapewniał ją, że świetny wybór, że panelee AC4 będą bardzo dobre, a w warunkach domowych są nie do zdarcia. Już nie pamięta Matka jak pan ten wyglądał. Ale bardzo chciałaby go spotkać. Przedstawiłaby mu 15-miesięcznego Syna Pierworodnego. Być może ta znajomość zmieniłaby strategię marketingową pewnego znanego sklepu z dywanami, wykładzinami i panelami.
Bo jakoś nie widzi Matka tego, by panele w kolorze dąb bagienny, o klasie ścieralności AC4, były takie doskonałe w jej warunkach domowych. A już zwłaszcza w warunkach w okolicach kojca z zabawkami - ciągle przesuwanego przez Pierworodnego, aby dostać się do zakazanej komody, a także w warunkach w okolicach miejsca, gdzie od jakiegoś czasu (od ponad roku dokładniej) ze wzmożoną częstotliwością stawiana jest suszarka z praniem, ani tam gdzie stoi łóżeczko - małe białe i dziecięce o wymiarach 60 x 120 cm, ani też tam, gdzie trwała przednia zabawa metalowymi foremkami do babeczek, resorakiem marki Ford Focus czy nawet chodzikiem - pchaczem.
A wczoraj Matka przekonała się, że na samym środku pokoju też nie są świetnym wyborem. Właśnie na środku pokoju okazały się wyborem najgorszym. Prawda ta ukazała się nader dobitnie - zaraz po tym jak Pierworodny zsiadł ze swojego małego trójkołowego rowerka.
Bo jakoś nie widzi Matka tego, by panele w kolorze dąb bagienny, o klasie ścieralności AC4, były takie doskonałe w jej warunkach domowych. A już zwłaszcza w warunkach w okolicach kojca z zabawkami - ciągle przesuwanego przez Pierworodnego, aby dostać się do zakazanej komody, a także w warunkach w okolicach miejsca, gdzie od jakiegoś czasu (od ponad roku dokładniej) ze wzmożoną częstotliwością stawiana jest suszarka z praniem, ani tam gdzie stoi łóżeczko - małe białe i dziecięce o wymiarach 60 x 120 cm, ani też tam, gdzie trwała przednia zabawa metalowymi foremkami do babeczek, resorakiem marki Ford Focus czy nawet chodzikiem - pchaczem.
A wczoraj Matka przekonała się, że na samym środku pokoju też nie są świetnym wyborem. Właśnie na środku pokoju okazały się wyborem najgorszym. Prawda ta ukazała się nader dobitnie - zaraz po tym jak Pierworodny zsiadł ze swojego małego trójkołowego rowerka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)