czwartek, 14 maja 2015

10 rzeczy, których lepiej nie wiedzieć o Matce Wyluzuj!



Można mieć kompleksy. Można się wstydzić, ukrywać. Można oszukiwać siebie i innych. Udawać, że tego nie ma i nie było. Można latami płacić za terapię u psychoanalityka. A można czasem po prostu śmiać się z siebie i stworzyć z tego post na blog.

10 rzeczy, których wcale nie chcecie wiedzieć o Matce. 
Czytacie na własną odpowiedzialność.

1.
Matka ogląda "Warsaw Shore". Z Ojcem. Na swoją obronę napisze tylko, że to on ją w to wciągnął, choć oczywiście to jej nie usprawiedliwia. Przez cały pierwszy włączony przez niego odcinek psioczyła, że co to, do cholery, ma być, jak on może, że chyba sobie jaja robi itd. Drugi odcinek już oglądała z nim. Na trzeci wołała: "No chodź, zaczyna się!". I oglądają tak razem już trzeci sezon. Do tego stopnia, że włączają nawet powtórki.
Tłumaczą sobie, że dzięki temu mniej dziwią się światu. Że powodem jest ta sama ciekawość, która innym nie pozwala się oderwać od filmu przyrodniczego z aksamitnym głosem Krystyny Czubówny. Że dzięki temu ludzkość nie jest w stanie już niczym ich zaskoczyć.
Na ogół, ze wstydu, nie mówią o tym głośno i nie chwalą się w towarzystwie. Jednak niewątpliwie ma to wpływ na ich codzienne funkcjonowanie... Ot, taka przykładowa rozmowa:

- Co te ptaki tak śpiewają? - rzuciła Matka retorycznie w przestrzeń pokoju. Zastanawiały ją bowiem nieustające trele za oknem mimo godziny 23:00.
Ojciec odpowiedział jej skandując, z poważnym wyrazem twarzy  i wybijając w powietrzu rytm zaciśniętą pięścią:
- Kto ma siłę, kto ma moc, zapier**la całą noc!

Czyli, że już nie jest dobrze.

2.
Matka Wyluzuj! to klasyczna szkolna noga z w-fu. Typ ciapy, co to do żadnego sportu po prostu się nie garnie. Zawsze nieźle radziła sobie z bieganiem, jakoś tam w miarę z koszykówką, ale już skok przez kozła czy rzut piłką lekarską były prawdziwą zmorą. Stania na głowie nawet się nie podejmowała. Stanie na rękach? Koszmar! A siatkówki zwyczajnie nie znosi. I może dlatego nigdy nie nauczyła się serwować z góry.
W przypadku Matki zapał do wszelkiego sportu znika tak nagle jak się pojawia i zwykle nie trwa nawet na tyle długo, by mogła przypomnieć sobie, gdzie upchnęła adidasy.

3.
Matka nie potrafi ugotować rosołu. Tym bardziej to dziwne, że uważa się za całkiem niezłą kucharkę. A przynajmniej nie najgorszą. I w dodatku bardzo lubi rosół jeść. Ale jak ma ugotować, nie pamięta nigdy czy to miało być mięso do zimnej czy do gorącej wody. A warzywa kiedy? Solić na początku, w trakcie czy na końcu? I właściwie jakie mięso najlepsze? I tak średnio raz na 2 lata, w przypływie natchnienia, zabiera się Matka za gotowanie rosołu - rozkłada 10 książek kucharskich, odpala 15 stron internetowych o kulinariach i tworzy. Rosół wychodzi genialny, ale i tak Matka nie jest w stanie odtworzyć tego, co zrobiła - za dużo natłoku informacji z książek i internetu połączonego z improwizacją. Być może taki dobry wychodzi od nieodrywania od niego zestresowanego wzroku przez cały czas gotowania. Raz Matka nie patrzyła i nadawał się tylko do spuszczenia w toalecie.

4.
Matka bardzo słabo tańczy. Nie, że wcale, bo tak pohycać bez trzymania się za rączki potrafi, a na koncertach pierwsza jest do skakania. Z poczuciem rytmu też nie ma problemu. Ale zupełnie nie umie dać się poprowadzić. Gdyby była celebrytką zaproszoną do "Tańca z gwiazdami", zaszłaby pewnie do samego finału, tylko dlatego żeby było śmiesznie.

5.
Matka kompletnie nie rozumie takich dziedzin nauki jak chemia i fizyka. Zasady fizyki są dla niej nie do ogarnięcia, a chemia niczym czarna magia. Czytając definicję teoretycznie potrafi ją zrozumieć, ale na dłużej zapamiętać czy po czasie znaleźć zastosowanie albo przykłady w życiu już nie. Jeśli chodzi o chemię można wcisnąć Matce każdą ciemnotę - nie skuma ni w ząb, a jedyny wzór chemiczny jaki pamięta to "ha-dwa-o" (i choć wie, że H to wodór, a O to tlen, dla niej nic już więcej z tego nie wynika). A w te atomy to z kolei tak nie do końca wierzy...

6.
Matka bardzo długo nie umiała jeździć na rowerze. Nauczyła się dopiero mając jakieś 9-10 lat. Nigdy szczególnie nie polubiła. Podziwia, zazdrości, rozumie ideę, nawet widzi siebie na takim pastelowym modelu (holenderka to się chyba nazywa), z kolorowym dzwonkiem, z koszyczkiem z przodu wypełnionym kwiatami, już czuje ten wiatr we włosach i muszki na zębach... Ale wszystko o kant dupy strzelić, jak ma wjechać pod pierwszą górkę.

7.
Matka w swoim życiu miała czas, kiedy zachwycona była książkami Paulo Coelho. Na swoją obronę doda, że było to w czasach, gdy była jeszcze nieletnia, czyli prawie pół życia temu. I nie wszystkimi tytułami. Ale fakt pozostanie faktem, że "Alchemika" połknęła w jedną noc. Kilka lat później, gdy chciała sobie przypomnieć tę książkę, zastanawiała się, jak dała radę tego dokonać.

8.
Matka wszystkie ubrania, ręczniki i pościele składa według systemu. Nie chroni jej to od bałaganu w szafach, których ma niedostatek. A mimo to nie spocznie, póki nie poskłada gaci w kosteczkę.

9.
Matka, jeszcze kilka lat temu, gdyby istniało już wtedy takie pojęcie, mogłaby być nazywana "grammar nazi". Nie poprawiała ludzi w internecie, ale nie potrafiła zignorować tego, że ktoś ze znajomych "nie lubiał czegoś", "robił coś ręcami", "włanczał" itd. Coraz częściej dostrzegając, jak poprawiani przez Matkę rozmówcy, zniecierpliwieni przewracają oczami, zdała sobie sprawę, że lepiej będzie zmienić własne podejście niż cudze. Nadal boli wszystko w środku i doznaje Matka takiego uczucia, jakie wielu osobom towarzyszy przy dźwięku piszczenia kredy o tablicę, kiedy na przykład chcąc zwrócić uwagę kobiety, woła ktoś "proszę panią", czytając datę, mówi "czternasty maj" albo pyta "co tu pisze?". Jednak nauczyła się milczeć w takich chwilach. Życie stało się łatwiejsze, gdy wyluzowała chociaż w tej kwestii. To, co pewnie już nigdy się nie zmieni to stosunek do mężczyzn, którzy mówią "poszłem" - nie wiem jak można to zgrabnie ująć - po prostu o żadnym stosunku mowy nie ma.

10.
Matka, siedząc na fotelu u fryzjera, nie może pozbyć się jednej, obsesyjnej myśli. Choćby na moment, ale to zawsze wraca. Choćby była pewna na 100% i tak przemknie jej to przez głowę.  "Czy na pewno mam czyste uszy?"


A czego lepiej nie wiedzieć o Was? Nie wstydźcie się. Przecież tu sami swoi.


wtorek, 12 maja 2015

Ratujmy zabytki!


fot. 

- Co ty tak ziewasz? - spytał Ojciec o 6:30 rano w dniu 30. urodzin Matki. Tego akurat dnia Syn Pierworodny zarządził pobudkę przed czasem.
- Późno poszłam wczoraj spać - odpowiedziała półprzytomnie Matka, zalegając na kanapie, ponownie ziewając i jednocześnie licząc czy spała cztery i pół godziny czy jednak pięć. Bo Matka, jak to kobieta, potrafi robić kilka rzeczy na raz. Z obliczeń wyszło, że tych godzin było bliżej pięciu. Cóż, cztery i pół brzmiałoby bardziej heroicznie.
- To co ty robiłaś?
- Stwierdziłam, że zrobię jeszcze na ostatku, co w mojej mocy. Pomalowałam paznokcie u dłoni i stóp, ogoliłam nogi... Takie tam. Wiesz, taka akcja pt.: "Ratujmy co się da".
Ojciec przewrócił oczami. Matka postanowiła potraktować to jako zawoalowany (fakt, że dość mocno) komplement.

I będąc właśnie w takim stanie ducha, myśląc że choć magiczna granica wieku została bezpowrotnie przekroczona, należałoby jednak nie poddawać się bez walki i coś jeszcze ze sobą zrobić, trafiła Matka na portal zajmujący się czymś, co brzmi niezwykle abstrakcyjnie - turystyką medyczną. Matka, która nie jest w stanie określić z której strony ma wątrobę, gdzie śledzionę, woreczek żółciowy ani nawet żołądek, wciągnęła się w czytanie artykułów na temat najróżniejszych zabiegów medycznych. Przepadła na kilka dni. Czego to sobie ludzie nie powiększają? Jasny gwint! Kto by pomyślał, że piersi można powiększyć na tyle sposobów? Czego to sobie wszczepić nie można? A skąd nie odessać i gdzie nie wstrzyknąć własnego tłuszczu? No ludzie kochani!

Czytając, choćby chciała, nie mogła ominąć tematu, który jej dotyczy. Jeden artykuł można zignorować, ale kolejne kłują w oczy coraz bardziej. Cóż, zaraz dowiecie się czegoś, co może Was zszokować. Być może nie uwierzycie, ale... Matka nie jest doskonała.

Tak, to prawda. Nie jest doskonałą - nie potrafi zrobić szpagatu, ma kłopoty z interpunkcją, nie do końca wie, co to jest logarytm i w dodatku ma niezbyt proste zęby. No niech będzie, zupełnie nie wie, co to jest logarytm, a zęby to ma krzywe po prostu. I w związku z tym ostatnim od lat myśli o założeniu stałego aparatu ortodontycznego. Do tej pory na myśleniu się kończyło. Niby było to postanowieniem na zeszły rok, ale wiadomo, jak to z tymi postanowieniami jest. Jak niewykorzystane minuty w abonamencie, przeszło na kolejny rok. I nagle, nie wiedzieć kiedy, zrobił się maj, a w kwestii aparatu nic się nie posunęło.

Tymczasem natrafiła Matka na kilka artykułów, które rozjaśniły jej umysł i pozbawiły paru wyjątkowo makabrycznych wizji. Czy ktoś pamięta film "Kochany urwis" i postać szalonego ortodonty, który wszystkim zakładał aparaty na całą głowę, niczym kaski, bardziej przerażające niż maska Hannibala Lectera? Bo tak właśnie, jak efekt wizji niezrównoważonego stomatologa, wyobrażała sobie Matka swoje odbicie w lustrze podczas pierwszego uśmiechu z aparatem na zębach. O ile coś jeszcze zdołałoby ją rozśmieszyć. I że jak to? W jej wieku w paszczy takie bajery jak u nastolatki? To nie będzie komiczne? I do złotych kolczyków nijak się nie komponuje... Aż tu nagle, dowiaduje się Matka, że stalowy uśmiech i oślepiający błysk metalu nie są wcale nieodłącznymi elementami leczenia ortodontycznego. Podobno są takie cuda, jak aparaty ortodontyczne lingwalne, czyli zakładane po wewnętrznej stronie zębów (a tam to akurat mało kto komu zagląda), a nawet przezroczyste nakładki na zęby, które aparatu w ogóle nie przypominają i są niemal niewidoczne, a swoją robotę odwalają.

Pomyślała więc Matka, że jak napisze na blogu, bądź co bądź publicznie, że zamierza sprawę z aparatem załatwić, a przynajmniej ruszyć ją z miejsca, to ktoś z Was być może poczuje się w obowiązku, by ją w tym przypilnować. A nuż ktoś z czytelników ma w sobie duszę coacha, która aż się rwie do przemów motywacyjnych, ustawiania do pionu i dawania lizaków w nagrodę?

Niestety, czytając o niewidocznych aparatach lingwalnych, nie sposób przeoczyć, że są droższe od tradycyjnych. Czyli tu jest pies pogrzebany. Z kolei przezroczyste nakładki... hmm, jednak brzmi to zbyt pięknie - musi być jakiś haczyk.

A może ktoś z Was ma doświadczenie z aparatami, którymi nie wzbudzi się grozy i histerycznego płaczu, uśmiechając się na przedszkolnym korytarzu? Mile widziane wszystkie cenne informacje. Zacząć możecie od słów: "Wcale nie jest tak strasznie, jak Ci się wydaje...". Dodajcie szczere: "to nic a nic nie boli", a w podskokach pobiegnie Matka do najbliższego gabinetu ortodontycznego.



Post powstał w ramach współpracy z Tourmedica.pl

piątek, 8 maja 2015

Syn Pierworodny wierszem i prozą mówi


Cóż za przeoczenie. Niewybaczalne!
Przeglądając swoje notatki oraz posty w komputerze, które właściwie zostały już skazane na odmęty wiecznych "wersji roboczych", trafiła Matka na spisane przeróżne rozmowy z Synem Pierworodnym. ZE STYCZNIA. Jakże mogła tak o nich zapomnieć? No jak? Przecież to kwintesencja sposobu komunikowania się Pierworodnego.
Od tamtej pory, choć przybyło w codziennym użyciu kilkanaście nowych słów, niewiele się zmieniło - życie z Synem pod jednym dachem to jak wieczne kalambury. Dochodzi czasem do tak absurdalnych sytuacji, że aż się prosi, by rozejrzeć się na boki, czy nie wyskoczy skądś Piotr Gąsowski w roli prowadzącego ten teleturniej. I żeby chociaż ktoś Matce za poprawne odpowiedzi punkty przyznawał, wymienne choćby na hot-doga ze stacji benzynowej... Niestety, musi Matka obejść się smakiem czystej satysfakcji.

Choćby przedwczoraj - aby powiedzieć, co rysował w przedszkolu, zaczął Pierworodny chodzić na czworaka po podłodze, potem wspinać się na skrzynki z płytami winylowymi stojące pod ścianą w salonie, a na koniec biegać machając rękami. Prawda, że Matka osiągnęła już level master, skoro bez trudu odgadła, że chodzi o gąsienicę, która zawija się w kokon i zmienia w motyla? Dzieci w przedszkolu kolorowały motylki, a motyl Pierworodnego miał kolor "ciółci" i "zie" i "duzio" - proste, był zwyczajnie kolorowy: żółty, zielony i w wielu innych barwach.
Za coś takiego 10 punktów jak nic!

A w styczniu było tak.

* dla ułatwienia wyjaśnienie: JE-JE oznacza po prostu dwa (czyli jeden i jeden). Aktualnie w Słowniku Języka Pierworodnego otrzymało już swój, stosowany zamiennie, synonim, czyli gŁA (gdzie "g" jest prawie nieme)
* wszystko, co wytłuszczonym drukiem jest autorstwa Pierworodnego

***
Syn "nauczył się" pierwszego w swym życiu wierszyka. Matkę, która w czasach szkolnych obskakiwała wszelkie konkursy recytatorskie w powiecie, duma rozpiera do tej pory.

- Wpadła gruszka do...
- TUUU!!! - woła z entuzjazmem i pokazuje na wyimaginowany fartuszek na brzuchu
- A za gruszką...
- JE-JE.
- A śliweczka...
- NIEEE.
- Bo śliweczka...
- BE!

O proszę, jak Syn Pierworodny mówi wierszyk to nie ma to tamto - rym musi być!

***
Czyta Matka "Lokomotywę" Tuwima. Rzecz jasna, nie że tak sobie jako wieczorną lekturę przy kieliszeczku wina, tylko dziecku, w dzień, przed drzemką. Wtem, okazuje się, że Syn obrał rolę speca od efektów specjalnych.
Czyta Matka, czyta, właśnie doszła do fragmentu:
- "W siódmym dębowe stoły i szafy, w ósmym słoń...",
jak słyszy spod kołdry obleczonej w pościel z Zygzakiem McQueen'em
- TUU-RUU!!!
- "...niedźwiedź..."
- ŁAAAA!!!
- "...i dwie żyrafy."
- Je-je.

Ktoś wie jak robi żyrafa?

***
Siedzi Syn na krześle, coś tam sobie je i - ni z tego, ni z owego - mówi:
- Cicia.
- Co?
- Cicia!
- Synku, powiedziałeś "dzidzia"?
- Taa - potwierdził wyraźnie dumny z siebie.
- Ale gdzie ta dzidzia? - dopytywała Matka, nie dostrzegając kontekstu tej niespodziewanej wypowiedzi.
- Tam - odparł Pierworodny, pokazując jednocześnie na okno w kuchni i, jak się domyśliła Matka, widoczny za nim balkon sąsiadów.
- Tam mieszka dzidzia?
- Ta.
- A jak dzidzia ma na imię? - Matka sprytnie chciała iść za ciosem. Syn był sprytniejszy.
- Psss.
- Bzzz?
- Taa, psss - potwierdził Pierworodny, dla ułatwienia wskazując paluszkiem wyłączony telewizor.
<Myśl, Matka, myśl!>
- Jak pszczółka?
- Taa.
- Masz rację, dzidzia ma na imię Maja

1:0 dla Pierworodnego.
Kurtyna.

***
W swojej przedszkolnej grupie Pierworodny dopiero od niedawna  ma kilku kolegów, z którymi bawi się częściej niż z innymi dziećmi. Aby zaaklimatyzować się w przedszkolu potrzebował nieco więcej czasu niż jego rówieśnicy, długo funkcjonował jako outsider. Dlatego wyjątkowo ucieszyły Matkę pierwsze doniesienia wychowawczyni o wiążącej się nici porozumienia Syna z jednym z chłopców. Tak się składa, że chłopiec ma brata bliźniaka.

- Fajnie było dziś w przedszkolu?
- Taa.
- A Damian był?
- Ta. Je-je.
(czyt. "Tak, nawet dwóch").

Bardzo praktyczne rozwiązanie ze strony Pierworodnego. Skoro z nawiązywaniem znajomości jest tyle zachodu, lepiej od razu zdecydować się na 2w1. Zawsze większe prawdopodobieństwo, że chociaż jeden z Damianów przyjdzie do przedszkola i będzie z kim pojeździć autami.


poniedziałek, 4 maja 2015

Rysie nie zapominają



Zdążyła Matka 29 kwietnia wieczorem pomyśleć: "Uff, już tylko do jutra składanie PIT-ów. Może jak się skończy temat 'jednego procenta' to se morświny odpuszczą...". Bo, jakby to nie zabrzmiało, Matka czuje się prześladowana przez ginące gatunki.
Zaczęło się niewinnie, gdy ją ekolodzy zakręcili po całym dniu siedzenia w domu z półtorarocznym dzieckiem i wpuściła ich do mieszkania tylko dlatego, że byli dorośli i mówili więcej niż "mama" - jakoś tak wyszło, że w wyniku tego zapisała się do WWF.
Dali zniżkę do Biebrzańskiego Parku Narodowego. Raz na jakiś czas przysłali broszurkę. I tyle.
Ale od kilku miesięcy Matka jednak czuje się coraz bardziej osaczona. Nie dość, że broszurki zwiększyły częstotliwość pojawiania się w skrzynce to w dodatku zbystrzał je Pierworodny. Wieczory zaczęły upływać na czytaniu na dobranoc ulotek o rysiach, morświnach, tygrysach... W pracy też coraz częściej zaczęło pojawiać się logo WWF. To akurat przypadek nie mający związku. Ale w końcu doszło do tego, że gdzie nie spojrzeć tam logo z pandą. Tu prośba o 1%, tam o przelew na foki...
Aż któregoś dnia, chyba w marcu...

dzyń! dzyń!

- Dzień dobry - powiedziała z entuzjazmem dziewczyna stojąca za drzwiami, która swym strojem nie budziła wątpliwości skąd przychodzi. Koszulka, identyfikator, teczka - wszystko z logo WWF.
- Nie, dziękuję - wystrzeliła jak z procy Matka zahartowana już w bojach, i której do dziś bywa wypominany przystojny wolontariusz sprzed ponad roku. Dodatkowo jeszcze miała "nerwa" po sytuacji sprzed kilku dni, kiedy do drzwi zadzwonił bezdomny - jak to zwykle bywa podszedł Matkę na litość, ogołociła dla niego lodówkę, oddając mu jogurt Pierworodnego, kabanosy Ojca, swoje ciastka i jeszcze świeczki, które dostała od Teściowej. A na koniec spotkała się z wyrzutem, że nie dołożyła złotóweczki na coś do posmarowania chleba.
Tym razem za progiem stała rozentuzjazmowana ekolożka, której na dźwięk matczynego "nie, dziękuję" mina zrzedła, zamieniając usta w klasyczną podkówkę i omal nie wyciskając łez z oczu. I wtedy padło to pytanie. Pytanie połączone z wyrazem twarzy zbitego szczeniaczka:

- Ale dlaczego? Nie lubi pani zwierzątek?

Na te słowa twarz Matki nabrała niekontrolowanego grymasu, którego zapewne nabrałaby twarz każdej dorosłej osoby, która od drugiego obcego, dorosłego człowieka usłyszała właśnie pytanie: "Nie lubi pan/-i ZWIERZĄTEK?".

- Powiedzmy, że już jestem do Was zapisana. I dlatego "nie" i "dziękuję". - Jak najszybciej starała się zakończyć tę rozmowę Matka.
Dziewczyna cała się rozpromieniała, a jej oblicze znów nabrało niezdrowego entuzjazmu.

- A więc jednak lubi pani zwierzątka!?!

- Yyy... to ja już dziękuję. - Wycofała się przerażona Matka, szybko zamykając za sobą drzwi. Kurczę, jakoś tego bezdomnego tak się nie bała.

W sumie to nie wina WWF, że się Matka zbytnio nie lubi zrzeszać i jednoczyć. Zapisała się to teraz ma. Bo do samej ekologii nie ma Matka uprzedzeń. Od lat segreguje śmieci, w biurze drze ryja, gdy ktoś kartki marnuje, dokarmia ptaki, ma odchyły na punkcie używania jednorazowych woreczków i zawsze ma w torebce jakąś reklamówkę na wszelki wypadek. I nawet żelazko kupiła, co to podobno jest eko i eco. A że Matka prawie nie prasuje to właściwie jest eko i eco do kwadratu.

Zdążyła więc ochłonąć po wizycie dziewczyny od zwierzątek i pomyśleć, że po PIT-ach pewnie już sobie odpuszczą, jak przyszedł SMS:

"Rysie, foki i morświny twierdzą, że dziś Twoje urodziny. Z tej okazji ślą życzenia zdrowia, szczęścia, powodzenia. Cała przyroda się raduje i z Tobą świętuje."

- Zaczynam się ich NAPRAWDĘ bać - stwierdziła Matka.
- Teraz to ja już też - złowrogo dodał Ojciec.

środa, 29 kwietnia 2015

Projekt: dziecko



Kiedy człowiek może dowiedzieć się czegoś fundamentalnego o swojej roli rodzica? Zwykle, kiedy się tego nie spodziewa. Skąd? Ni stąd, ni zowąd. Takie rewelacje spadają znienacka. Uwaga, jeśli trafią, mogą zrobić krzywdę. Temu na kogo spadły, a w skrajnych przypadkach, nawet temu, kto rewelacją zarzucił.
Matka na przykład wiedzę kluczową na temat swojego macierzyństwa (a rykoszetem także na temat ojcostwa swojego męża) posiadła na przedszkolnym korytarzu. A nie może być to rewelacja wyssana z palca, pic na wodę ani fotomontaż, gdyż uraczyła nią Matkę sama pani dyrektor przedszkola, jednocześnie ceniona i doświadczona pani psycholog.

Jak powszechnie wiadomo Syn Pierworodny jest małym freakiem. Ma swoje zajawki, dzikie pomysły, myśli nieuczesane w równym stopniu, co loki na głowie. Ma swoje najróżniejsze małe dziwactwa, które wprowadzają koloryt w ten świat w modnych od kilu sezonów odcieniach szarości. Matce zupełnie te jego cudactwa nie przeszkadzają. Pielęgnuje je wręcz. I coraz częściej czuje żal, gdy czas panowania któregoś się kończy, choć zwykle oznacza to, że nastało już nowe. Dba o nie Matka i pielęgnuje, bo wie jak nieubłaganie płyną lata i ani się obejrzy, a Syn nie będzie chciał już być uroczym oryginałem, ale wtapiać się w tłum rówieśników, buntujących się przeciw światu, systemowi i wszystkiemu, co rodzice uważają dla nich za najlepsze. Matce zaś każe nie robić siary - zapewne zwrot "robienie siary" już sam w sobie będzie wtedy siarą, archaizmem, skamieliną na miarę Matki i dinozaurów.
Ale na razie Syn ma głęboko w zakatarzony nosie, co kto o nim myśli, co powinien lubić, a czego nie, czym jako trzyletni chłopiec powinien się bawić, a czym nie, czym warto się interesować, a co jest bez znaczenia.

I tak na przykład 10 stycznia Pierworodny założył sobie na szyję zabawkowy stetoskop.
No co, no, założył to przecież zdejmie.
Nosił, bawił się nim. Albo i nie. Głównie tylko nosił. Zdjął. 10 kwietnia.

Jedyne, co udało się Matce i Ojcu przez te 3 miesiące, to po kilku pierwszych dniach przekonać Syna do zdejmowania słuchawek przed kąpielą. I to tyle. Do końca nie wyperswadowali dziecku pomysłu spania w tym ustrojstwie. W związku z tym Pierworodny ze stetoskopem na szyi spał, jadł, bawił się, chodził na spacery i do przedszkola (gdzie również nikomu się nie udało stetoskopu mu wyperswadować, w związku z czym spał z nim, jadł, bawił się, chodził na spacery...). Ojciec, odbierając Syna z placówki, wołał na wejściu: "Po pana doktora" i od razu każdy wiedział, które dziecko mu dostarczyć, podczas gdy Matce, posługującej się imieniem, choć niepowtarzającym się w grupie, próbowano już wcisnąć nie jej syna, "bo tacy podobni, że czasem się mylą".
I mniej więcej po jakichś 2 miesiącach trwania takiego status quo Matka dowiaduje się z ust pani psycholog a'propos słuchawek na szyi Syna: "My tu właśnie tak rozmawialiśmy, jak to rodzice projektują przyszłość swoim dzieciom...".
Mogła Matka powiedzieć prosto z mostu: "Co, kurwa?!", ale strach pomyśleć o czym wtedy kadra przedszkola by dywagowała, więc zamiast tego grzecznie zaczęła tłumaczyć. Że Pomysł ze stetoskopem jest autorstwa Pierworodnego, że zestaw małego lekarza dostał półtora roku wcześniej, kiedy panicznie bał się wszelkich badań, a czekała go wizyta u alergologa - zabawka miała go oswoić z lękową sytuacją. Nie oswoiła. Że ponad rok leżała niemal zapomniana, aż pewnego dnia Syn założył słuchawki i stwierdził, że w nich zostaje. Ot i już. Żaden przymus, żadna obowiązkowa zabawa w pogotowie, żadne kucie na blachę nazw poszczególnych mięśni po łacinie, nawet "Ostrego dyżuru" czy "Chirurgów" nie ogląda. I choć różne dziwne rzeczy zdarza się Matce czytać dziecku na dobranoc to do "Encyklopedii zdrowia" jeszcze nie doszli. Słuchawki założył, bo mu się spodobały. Dziewczynki zakładają korale, on założył stetoskop. Nie ma korali, a gdyby miał Matka też by nie protestowała, jedynie w kwestii spania w nich bardziej by walczyła.
Pani dyrektor posłuchała wyjaśnień Matki, nie kryjąc pobłażliwego uśmiechu pt.: "gadaj zdrów - ja wiem swoje", po czym zwróciła się do przechodzącej obok koleżanki: "Jak to rodzice projektują przyszłość swoim dzieciom...". Tym samym zamknęła w klamrę odbytą rozmowę. Matce nie chciało się już niczego dodawać.

Ale co teraz? Co jeżeli zostanie tym lekarzem? Wszystko wina Matki i Ojca. Bo przecież może on wcale nie chce. Nawet Matka nie wie czy chce. A jak on nie będzie szczęśliwym lekarzem? A jak on się zatnie tym skalpelem? A w tych szpitalach tyle zarazków... Zresztą, jak on by miał zostać chirurgiem, skoro Matce wciąż nie udaje się oduczyć go oblizywania noża? [#suchar]
Co więc w zamian? Tyle bawi się samochodami. Zabronić? Bo co jak zostanie kierowcą? Tyle się słyszy o tych wypadkach...
Przecież to takie mądre dziecko. Może niech lepiej nie bawi się w piaskownicy, bo jeszcze zostanie pomocnikiem murarza i nadźwiga się tych cegieł... Lepiej niech książki dźwiga.
Ale może jednak lepiej nie uczyć go czytać i pisać? Zawód pisarza taki niepewny...
Może lepiej nie uczyć go mycia naczyń? Jeszcze skończy w Anglii na zmywaku...
I niech za szybko nie biega. W tym sporcie to wiecznie jakieś kontuzje i sterydy.


Nie tak łatwo jest zaprojektować przyszłość swojemu dziecku!
Niech już Syn lepiej sam zdecyduje, czego pragnie i kim chce być. Matka ma wystarczająco dużo dylematów, rodzicielskich strapień, analiz wszelkich możliwych wychowawczych alternatyw i twardych orzechów do zgryzienia.

Z drugiej strony niech on się od orzechów trzyma z daleka! Alergię ma przecież.


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Co to jest: duże, żółte i trzy?


Szczerze? Matka też nie wie. Ale w świecie Pierworodnego tak wygląda IDEAŁ.

Syn lubi wszystko nazywać, opisywać i przypisywać do jakiejś kategorii wedle ustalonych przez siebie i często sobie tylko znanych kryteriów.
Od jakiegoś już czasu w jego świecie funkcjonują trzy kategorie.


DUDY czy AŁY?

Kilka tygodni temu do Słownika Języka Pierworodnego weszło słowo duży. Od tej pory wszystko wokół musiało być dude. Duży widelec, duży talerz, duża porcja (bezczelnie zżerał Matki obiad, a jej kazał zadowalać się bejbi-porcją na talerzyku w kaczuszki i wiewiórki). Największe jabłko. Duża szklanka. Duża słomka. Soku oczywiście dudo.
I on też na każdym kroku musiał podkreślić, że jest dudy. 
Aż pewnego dnia nauczył się mówić mały. I teraz zgaduj-zgadula. I pytaj codziennie, najlepiej po kilka razy, bo przecież mógł zmienić zdanie:
- A dzisiaj jesteś duży czy mały?
Zwykle działa to tak, że ały  jest wtedy, kiedy coś musi, a dudy, kiedy czegoś chce.
Przy czym należy podkreślić, że bycie małym i bycie dzidzią to nie to samo. Bycie dzidzią go obraża.
Ały, nie didi!!!
Bo dzidzie muszą pić mleko, a on mleka nie lubi. Dzidzie nie jedzą słodyczy i nie potrafią tylu fajnych rzeczy, które on potrafi. Bycie dzidzią jest uwłaczające, dlatego on nigdy dzidzią nie był, o!


CIÓŁCI

Co najmniej od pół roku Pierworodny zna kolory. Nie żeby tam zaraz rozróżniał różowy od łososiowego czy indygo od kobaltu, ale jak na faceta i tak jest dobrze. Pewnie niedługo nauczy się jeszcze odróżniać metalik od zwykłego i już do końca życia będzie usatysfakcjonowany swoją wiedzą w tej dziedzinie.
Tymczasem...
nauczył się mówić żółty. I w związku z tym, jak łatwo się domyślić, wszystko powinno być żółte.
Jeżeli chcesz, żeby Pierworodny zjadł, założył, czy zrobił cokolwiek za czym nie przepada, wystarczy, że będzie to żółte. Żółty talerz, łyżka, koszulka itd.
Aktualnie w świecie Pierworodnego kolory można podzielić na trzy kategorie (bo w świecie Pierworodnego wszystko można podzielić na trzy, do czego dojdziemy za chwilę): żółte, podobne do żółtego i nie-żółte.
Żółte to żółte, wiadomo.
Podobne to np. beż albo pomarańcz - nazywane żółtymi, ale ze znakiem zapytania na końcu.
Nie-żółte to cała reszta.

- Synku, jaki to kolor?
- Ciółci.
- Brawo! A ten?
- Ciółci-nie.


TŚY

Najważniejszym liczebnikiem jest trzy. W świecie Pierworodnego trzy jest liczbą doskonałą i dlatego, co oczywiście oczywiste, wszystkiego powinno być trzy. Jeżeli chcesz Syna przekupić (a jak powszechnie wiadomo, choć nikt tego oficjalnie nie mówi, przekupstwo to podstawowy środek wychowawczy), nieważne co zaoferujesz - ważne jedynie, żeby było tego trzy. Jeżeli bawicie się w sklep, u subiekta Pierworodnego, z całą pewnością cena wynosić będzie trzy (waluta dowolna) - taki sklep "Wszystko po 3". Jeżeli pyta o godzinę, nie chce usłyszeć która jest godzina. Chce usłyszeć, że jest trzecia, albo że o trzeciej coś się wydarzy, ewentualnie, że jest "trzy po". Jeżeli macie coś razem liczyć, najlepiej żeby zacząć i skończyć to liczenie trójką. Jeżeli zaczniesz tradycyjnie, od jedynki, na trzy i tak pewnie każe skończyć, bo reszta liczb jest zwyczajnie nieciekawa i niewarta uwagi.  A jakaż to radość móc powiedzieć, że ma się trzy lata...

Z kolei Matki ulubiony z powtarzających się w domu dialogów to ten, gdy Syn grymasi przy posiłku (zazwyczaj dlatego, że myśli już o deserze) - wtedy, z góry znając odpowiedź, Matka prosi:
- Oj weź zjedz jeszcze dwie łyżki...
- Nie! TŚY!!!
- No dobra, niech będą trzy.
I zjada Syn jeszcze trzy łyżki z posmakiem zwycięstwa.


Dudy/ały, ciółci/ciółci-nie oraz tśy - to w zasadzie są trzy główne kategorie w jakich Syn Pierworodny opisuje aktualnie świat. Pomocne są w kategoryzowaniu ludzi, zwierząt, zjawisk przyrodniczych, przedmiotów codziennego użytku, jedzenia czy szeroko rozumianej sztuki (przede wszystkim własnej rzecz jasna).
Ewentualnie można by dodać jeszcze jedną, choć mniej uniwersalną, kategorię określającą kształt. Kółko. [Pięknie wymawiane.] Prosta sprawa - jeżeli coś jest okrągłe, bądź posiada kółka czy inne okrągłe elementy, po prostu warto to podkreślić i już. Jest też pu-pu. Pu-pu to puk-puk. A co robi puk-puk? Oczywiście serce. Zasada w stosowaniu ta samo, co przy kółku.
Przy pomocy tych kilku pojęć Syn opowiada sobie całą rzeczywistość. Sprawdza, liczy, dodaje i rachuje czy wszystkiego na pewno jest trzy. Określa czy coś jest żółte. I dzieli na małe i duże.

Jego świat jest teraz tak pięknie prosty i poukładany, że nie ma Matka serca wprowadzać do niego słów tak brzydkich i siejących zamęt, jak: średni albo czterdzieści siedem (przecież to nawet nie dzieli się przez trzy)... czy takich odcieni jak: jasnożółty, cytrynowy, złoty... 

A gdzie tu jeszcze musztardowy, bananowy, waniliowy, kanarkowy czy szafranowy? Co z innymi kolorami?
Gdzie tu jeszcze tyci, ogromny, obszerny, wysoki, niski, opasły, wąski, wątły, otyły, szczupły, rachityczny, puszysty, gruby, chudy, anorektyczny? Co z liczbami ujemnymi? Co z ułamkami?
Ukrywać istnienie? Udawać zaskoczoną, kiedy wyjdzie na jaw, że są na tym świecie takie dziwactwa jak pięć i jedna czwarta?
Tak ciężko Matce na samą myśl, że kiedyś jej synek będzie miał codziennie trudniejsze dylematy niż ustalenie, czy dziś jest mały czy duży...

środa, 1 kwietnia 2015

Zdziwienie jest nieodłącznym elementem rodzicielstwa



Kiedy człowiek nie ma jeszcze dzieci, wyobraża sobie, że gdy już je kiedyś będzie miał, to to posiadanie ich będzie wyglądało jak w kolorowych reklamach, serialach TVN-u, u sąsiadów spod piątki, tych co mają taki bajerancki wózek albo jak u tych dawnych znajomych, z którymi kiedyś do białego rana, a teraz to tylko z daleka widzi się ich, jak odprasowani idą całą rodziną w niedzielę po kościele na lody (dla najmłodszego tylko wafelek, wiadomo).

Człowiek myśli, że na początku to puszyste pluszaczki, białe bodziaki, pastelowy pokoik, potem gryzak i grzechotka. Myśli, że będzie śpiewał kołysanki i przeboje Fasolek, czytał "Kubusia Puchatka" i oglądał "Bolka i Lolka". Myśli, że dzieci to piją mleko, lubią lizaki i czekoladę. I jeszcze, że godzinami można się z nimi znakomicie bawić kolejką...

A potem zostaje się rodzicem. I można się zdziwić.
Taka Matka Wyluzuj! na przykład, od trzech lat dziwi się nieustannie.

Zdziwiło ją choćby to, że dzieci wcale nie lubią puszystych pluszaczków. Owszem, Syn Pierworodny lubi jednego pluszaka, pieska, ale od dłuższego czasu zdecydowanie nie można nazwać go puszystym. Pierworodny tacha go ze sobą wszędzie, zwłaszcza do przedszkola, śpi z nim, na nim, pod nim, a najczęściej ściska go pod pachą, żeby mieć wolne ręce. Przez to piesek swoje wnętrze (w miejscu ściskanym pod pachą), jak i zewnętrze (w całości) ma mocno wyeksploatowane. I zasadnicza kwestia - nie pozwala go prać. No chyba że Matka właśnie kończy wieszać wyjęte z pralki mokre pranie - wtedy stwierdza, że jeszcze pieska trzeba uprać. Chociaż dwie godziny wcześniej, gdy przed nastawieniem programu, Matka błagała by to zrobić, Syn twierdził z całą mocą, że nie ma takiej potrzeby.
W każdym razie, poza pieskiem, pluszaki mogą nie istnieć.

W temacie zabawek można się jeszcze zdziwić nie raz i nie dwa. Takie gryzaki dajmy na to. Człowiek myśli, że to produkt obowiązkowy. Że bez tego, butelki i konika na biegunach to się nie da wychować normalnego dziecka. Myśli tak, bo najpierw dostaje gryzaki w gratisie kupując wózek, wanienkę i śpioszki, potem dostaje kolejne, gdy przychodzą goście oglądać noworodka. A jeszcze w międzyczasie drugie tyle dostaje od każdej z koleżanek po ich dzieciach - błędne koło, bo powstaje myśl, że skoro każda z koleżanek miała 15 gryzaków na stanie to widocznie tyle trzeba mieć (to tak jak z pieluchami tetrowymi i flanelowymi w listach wyprawkowych - zawsze jest napisane, że TRZEBA mieć 15 takich i 5 śmakich, ale nigdy nikt nie napisał po co. Kupuje się je mimo wszystko, tak na wszelki wypadek, bo skoro wszędzie piszą, że TRZEBA 15 takich i 5 śmakich to widocznie trzeba, bo może bez tego dziecka nie wydadzą ze szpitala, czy coś). Tymczasem z gryzakami jest tak, że koleżanki oddają je sobie, bo też tyle tego w gratisie do wózka dostały, a potem jeszcze od ciotek, które kupiły, bo za ich czasów takich nie było a to ładne, potrzebne i w ogóle. A tak w ogóle to dziecko zazwyczaj w głębokim poważaniu ma te gryzaki. Rodzice trzymają je dlatego, że w każdej publikacji na temat ząbkowania napisane jest, że pomagają na bolące dziąsełka (czyt. na darcie paszczy 30h/dobę), a ta myśl i świadomość, że te gryzaki są i to są w każdym kącie mieszkania, daje jako takie poczucie bezpieczeństwa. Złudne, bo złudne, ale jednak poczucie bezpieczeństwa. Rodzicowi rzecz jasna. Który i tak te gryzaki, prawie nieużywane odda kolejnej koleżance.

Tyle o gryzakach. Ale są jeszcze grzechotki i cała reszta kolorowego i hałaśliwego dziecięcego stuffu. I to jest dobre, a im bardziej hałaśliwe tym lepsze. Ale nie oszukujmy się, tylko na chwilę. Matka nie zna dziecka, które na pewnym etapie życia nie zamieniłoby KAŻDEJ zabawki w zamian za zgniecioną plastikową butelkę po wodzie mineralnej. Nie ma takich dzieci i już. A i tak każdy rodzic zdziwiony.

Przez kilka tygodni ulubioną zabawką Pierworodnego był karton po Jack'u Daniel'sie. I nawet temu przestała się Matka dziwić, jak okazało się, że inne dziecko w rodzinie, mieszkające po drugiej stronie Europy, w tym samym czasie bawi się kartonem po Johnnie Walkerze. Co w rodzinie to nie zginie.

I w ogóle nie wiadomo po co wydaje się kasę na te wszystkie fiszer prajsy, kiedy wystarcza durszlak i łopatka do przewracania kotletów albo koszyk z klamerkami.
A ta wyidealizowana zabawa z dzieckiem kolejką? Najpierw jest ryk, bo to nie tak miało stać. Obojętnie jak się ustawi, nie tak miało być. A jak? Tak jak się nie da, oczywiście. Starasz się o jakiś kompromis. Coś tam ustalacie. Kombinujesz i ustawiasz tak, jak chciało. Potem bawicie się tak, jak ono chce. Tyle, że po 5 minutach traci zainteresowanie i idzie bawić się czymś innym albo wspina się tam, gdzie absolutnie nie wolno się wspinać. Potem jeszcze 20 minut namawiasz żeby się tą kolejką jednak pobawić. A na koniec masz w cholerę sprzątania. Eee, do kitu.

Z tym śpiewaniem to też przereklamowana sprawa. Matka, jak na matkę wybitnie niewyluzowaną przystało, przez pierwsze tygodnie matkowania edukowała się z prof. Jutubem w kwestii kołysanek. Bo jakoś kołysanek w swym repertuarze akurat nie miała, a wydawało się jej, że bez znajomości kołysanek to będzie tylko marną namiastką matki, a dzieciństwo Syna będzie nieszczęśliwe i toksycznie rzutujące na całe jego dorosłe życie. Tymczasem szybko okazało się, że Syn, tak jak reszta świata, woli kiedy Matka nie śpiewa. A im dłużej z Matką się znają, tym woli bardziej.
Pierwszą ulubioną płytą Pierworodnego były przeboje Kabaretu Starszych Panów. Ze szczególnym uwzględnieniem piosenki "Małe dranie". Bardzo szczególnym. Potem było już gorzej. Przez długi czas trwała bezgraniczna miłość do piosenki "Ona tańczy dla mnie". Fakt, ratowała Matkę i Ojca w paru podbramkowych sytuacjach (nic tak nie łagodziło nagłych histerii i tylko przy tej piosence można było obcinać dziecku paznokcie), ale jakim kosztem... Dla własnego dobra Matka z Ojcem ograniczali Pierworodnemu dostęp do takich przebojów jak np. "Gangnam Style".

W czytaniu też Matka pokładała nadzieje... Jakże poważnie podchodziła do sprawy... No bo jak to, dziecko Matki miałoby nie lubić czytania? Każde inne, ale nie dziecko Matki! Dlatego Matka czytała na głos już będąc w ciąży. Akurat była na etapie pisarzy rosyjskich, dlatego Dostojewskiego i Czechowa Pierworodny ma odhaczonych. Tylko potem, jak czytała opowiadania Himilsbacha to jednak na wyrywki, bo nieodpowiednie jeszcze...
Aż Pierworodny się urodził. I miał chyba 3 tygodnie, jak uznała Matka, że już czas zacząć. Sięgnęła po klasykę. Najukochańszą książkę dzieciństwa, ten sam egzemplarz, który czytał Matce jej Ojciec. "Kubuś Puchatek". Mniej więcej przy drugim zdaniu Syn się rozpłakał. A trzeba wiedzieć, że Pierworodny nie płakał jak inne dzieci, on PŁAKAŁ!!! Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Trzeciego dnia już przy pierwszym zdaniu Pierworodny ulał na książkę. Matka wymiękła.

Właściwy czas na czytanie nadszedł dopiero później. Gdy Syn dostał książkę o "Ciekawskim George'u". Pół roku czytania w kółko tej samej historii. Pół roku, dzień w dzień. Wieczór w wieczór. Dla podkreślenia dramaturgii powtórzę: Pół roku. Dzień w dzień. Wieczór w wieczór.
W końcu i to jakoś przeszło. Ale czy zdziwienie minęło? Ani trochę. Ono narasta.
Niby "Kubuś Puchatek", "Paddington", "Elmer", "Pomelo", "Poczytaj mi, mamo" i wszystko, co trzeba na półce jest. A i tak Syn woli, żeby mu poczytać katalog z ofertą Fiata Ducato. Na przykład. Albo ulotkę WWF o ratowaniu morświnów w Bałtyku. Przeczytała też już Matka (dwa razy od deski do deski) leksykon samochodów z PRL-u, zna więc szczegółowe dane techniczne Stara, Jelcza, Fiata 125p, Warszawy, Syreny, Junaka... a nawet pojazdów, których produkcja zakończyła się na etapie prototypów.
I tak czyta Matka o tych Jelczach, morświnach i samochodach dostawczych, jakby czytała baśnie Andersena. I z rozrzewnieniem wspomina, jak co wieczór sięgała po żółtą książeczkę o George'u...

Ale skoro tak mogą zaskoczyć śpiewanie czy czytanie, to co dopiero oglądanie? Bo choćby się człowiek zarzekał, że jego dziecko będzie się wychowywać bez telewizji, gdyż ponieważ telewizja, jak powszechnie wiadomo to ZŁOOO, Sodomia, Gomoria, upadek kultury i obyczajów, a tak ogólnie tylko głupoty i pierdoły (choć fanie co wieczór ogląda się kolejne odcinki "Warsaw Shore"), to ta telewizja w życiu dziecka pojawi się zawsze znacznie szybciej, niż to rodzic planował. Pojawi się mianowicie zaraz po tym, jak przypadkiem zaspany/zmęczony/wkurwiony/niepamiętający kiedy ostatni raz jadł ciepły posiłek rodzic odkryje jak zbawienny wpływ może mieć telewizja. Oczywiście na rodzica zbawienny. Jeden odcinek "Świnki Peppy" i nawet można skorzystać z toalety. I myśli sobie taki rodzic, że w sumie ta telewizja to nie aż takie ZŁOOO, że przecież dzieci to i tak tylko bajki, więc te bajki będzie się wybierało, kontrolowało czy wystarczająco edukacyjne, bez przemocy i czy wpajają odpowiednie wartości. Przez chwilę to nawet tak działa. Potem okazuje się, że od edukacyjnych kreskówek wpajających odpowiednie wartości bardziej interesujące są reklamy zupy w proszku i mrożonej pizzy. A potem to już dzieciak ma opanowaną obsługę pilota, a rodzic ma opanowane przymykanie na to oka. I choć przymyka to i tak drugim okiem kontrolując sytuację, niejednokrotnie się zdziwi.
Taki Pierworodny na przykład, nie dalej jak kilka dni temu, totalnie zafascynowany wciągnął się w program Marthy Stewart. Oglądał, odpowiadał na zadawane na ekranie pytania, słuchał pełen zaangażowania. Tak Matkę tym zaskoczył, że nie wyłączyła nawet, gdy trwała nauka dobierania win do posiłków - tylko zastanawiała się czy to jeszcze nauka zasad savoir-vivre, czy już bardziej patologia? I czy Syn jej teraz nie powie, że straszne faux pas popełniła podając mu kompocik jabłkowy do kotleta? I czy te jabłka to chociaż z odpowiedniego sadu były? A ten kotlecik to drobiowy, czy nie daj boże wieprzowy?

Bo jednak kwestie związane z jedzeniem w życiu Syna Pierworodnego Matkę już nie raz zaskakiwały. Właściwie to zaskakują ją nieustannie.
Dopóki nie ma się dzieci to wydaje się, że one to do końca podstawówki głównie mleko, lizaki, chipsy i czekoladę. Tymczasem aktualnie Pierworodnemu mleko można przemycić jedynie z płatkami. Byle nie dodawać do niego żadnych neskłików, ciniminis i innych pysznych miodowych kółeczek. Tylko te zdrowe musli, płatki kukurydziane i owoce. Poza tym NIGDY nie wypił mleka modyfikowanego. A na każdą próbę podania takowego reagował, jak na próbę otrucia. Tyle w temacie.
Człowiek, gdy zostaje rodzicem dość szybko orientuje się, że z tym mlekiem to nie tak hop siup i że w końcu przestaje być ono jedynym składnikiem diety poza paprochami z dywanu. Mija kilka miesięcy i nagle trzeba się martwić o wprowadzanie stałych pokarmów. Z Pierworodnym na przykład nie istniał problem z tym, co je, ale problematyczne stawało się to w jakiej jada formie. Raz wszystko musiało być zmielone, innym razem w kawałkach. Ale i tak najdziwniejszy był etap jadania obiadów wyłącznie ze słoików. Domowych obiadów, gotowanych przez Matkę i przekładanych do słoików po dżemie.
Zdziwiła się też Matka, gdy dotarło do niej, że Syn nie lubi czekolady. Zdziwiła, że nie przejdzie żaden krem czekoladowy na kanapce.
Trochę mniej, gdy okazało się, że nie lubi chipsów.
Zdziwiła się, gdy starała się odpowiedzieć na pytanie ile ogórków kiszonych (czy jakichkolwiek innych) jest w stanie zjeść Pierworodny.
Zdziwiła się, gdy pierwszy raz zaczął wyjadać koncentrat pomidorowy prosto ze słoiczka. I gdy okazało się, że koncentratem można przekupić go, by wypił syrop.
Zdziwiła się, gdy dotarło do niej, że mimo licznych prób, Syn nigdy nie wypił żadnego ciepłego napoju (herbaty, kawy zbożowej, kakao... nic).
Dziwiła się, że Pierworodny jest w stanie pokonać dosłownie każdy śliniaczek. I każde z takich starć zakończyć zwycięskimi plamami z jedzenia na sobie od stóp do głów.
Zdziwi się zapewne jeszcze nie raz.

Dla wielkich myślicieli zdziwienie jest podstawą filozofii, według naukowców od niego bierze się dążenie do poszukiwania wiedzy, dla artystów jest podwaliną sztuki, sposobem patrzenia na świat, dla podróżników pretekstem do ruszenia w nieznane... Dla Matki codziennością. Zdziwienie występuje na każdym etapie bycia rodzicem. Już sam pozytywny wynik testu ciążowego może dziwić. W okresie prenatalnym dziwi, ile razy w ciągu godziny można pójść do łazienki. Na porodówce największe zdziwienie - no bo jak się nie dziwić, jak wyjdzie z kogoś drugi człowiek, jak się nie dziwić, jak nie było człowieka, a nagle jest, jak się nie dziwić, gdy podają w ramiona sine i obślizgłe coś, co w ogóle nie przypomina tych rumianych noworodków z sitcomów i komedii romantycznych? Potem dziwi, ile można przeżyć bez snu czy bez regularnych posiłków. Dziwi ile dziennie (i nocnie) może iść pieluch. Dziwią zabawki, etapy rozwoju, bunty, umiejętności. Pewnego dnia doznaje się największego zdziwienia - gdy nieoczekiwanie odkrywa się w sobie podobieństwo do własnego rodzica. Tu iskrą zapalną może być choćby jedno zdanie, ale wypowiedziane dokładnie w taki drażniący sposób, jakby słyszało się własną matkę. Zdumienie jest nieodłącznym elementem rodzicielstwa. Raz na jakiś czas rodzic zaskoczony pyta sam siebie: "Jak to możliwe, że jestem mamą/tatą 3-latka/gimnazjalisty/tego faceta większego ode mnie?".

Chodzi generalnie o to, że dzieci to potrafią zaskoczyć. I to w każdej możliwej dziedzinie życia. Tak już ten świat jest urządzony. Nie przeskoczysz. Dlatego lepiej nie nastawiać się na konkretny plan i nie trzymać zbyt mocno swojej wizji, czy to własnego rodzicielstwa, czy w ogóle wyobrażeń na temat dziecka, bo będzie jeszcze bardziej bolało, gdy ono rozpłacze się na widok zabawki kosztującej pół pensji tatusia, za to przez dwa tygodnie będzie się bawić kartonem, w który była zapakowana.