Uwaga, truizm będzie.
Święta byli i się skończyli. O.
I teraz każdy pisze o tym jak tych Świąt w rzeczywistości nie znosi, ile osób w rodzinie się pochorowało, ile jedzenia zostało, jak ciężko jest wszystko zgrać logistycznie, kiedy wyjeżdża się z dziećmi, że lepiej byłoby zostać w domu, że lepiej jednak wyjeżdżać do rodziny, bo gotować tyle nie trzeba, że dobrze, że już po wszystkim, że szkoda, że już po wszystkim, bo nie zdążyło się odpocząć itd. Ale że jednak nic to, bo koniec roku i już postanowienia trzeba robić. Że schudnę, że blogasek lepszym będzie, że nie będę się tak denerwować, że wybaczę pani z piekarni, tej co mnie na bułce orżnęła i jeszcze przestanę obgryzać paznokcie.
Matce w sumie o Świętach nie chce się pisać. Jednak czuje, że powinna. W końcu każdy jest ciekawy, co też zaskakującego w tym roku przyniósł jej Święty Mikołaj. Napisze, napisze. Ale jeszcze trochę postara się podtrzymać napięcie. Tak łatwo nie będzie, i u Matki trzeba przejść najpierw przez obowiązkową relację świąteczną.
Matka postanowień noworocznych nie robi. Kiedyś próbowała. I tak tego palenia nigdy nie rzucała. Więc po co? Niczego innego z listy też nie odhaczała. Dała sobie spokój z postanowieniami. Swego czasu robiła, zwykle w ostatni dzień grudnia, podsumowanie roczne. I sprawdzała na kartce, czy więcej wyszło plusów czy minusów. To lepsze było. Ale jakoś zwyczaj został zapomniany. W sumie szkoda.
Skoro więc o postanowieniach nie będzie, planów sylwestrowych Matka ma tyle, że mogłaby ankietę na blogu zamieścić, aby czytelnicy pomogli jej wybrać, czy lepszy będzie Disko Sylwek z Dwójką, czy jednak wypatrywać gwiazd z programu X-factor na TVNie, a może powtórzyć sobie na głos wszystkie kwestie z "Seksmisji"? No nie wiem, nie wiem, nie wiem... Skoro więc i o tym nie będzie, to wróćmy już do tych Świąt.
Ogólnie rzecz biorąc, Matka Święta lubi. Niestety, aż za bardzo. Co roku tak się nakręca, że im bliżej Wigilii tym bardziej nerwowo wokół Matki się robi. Bo tak się starała, tak się starała, a znów ze wszystkim się nie wyrobiła. Co z tego, że w najdalszych zakamarkach szuflad lśni czystością, jak odkurzyć mieszkania nie zdążyła. I znów coś idzie nie tak od samego początku. I zawsze jakaś potrawa nie wyjdzie. I zawsze, chociaż prezenty niby są kupione, a przynajmniej wymyślone, już na kilka tygodni wcześniej, to jakiś jeden trzeba kupować 24 grudnia i tracić pół dnia zaplanowanego przecież od rana w najdrobniejszych szczegółach. Zawsze.
Ale w tym roku miało być inaczej. W tym roku Matka miała wyluzować. Na wigilię do rodziny pojechać. W domu nic specjalnego, tylko odgrzewać, żadnych obrusów, sianka, serwetek, wyciągania sztućców do ryb... Swojsko i bez ceregieli.
Matka myślała, że jest cwana. I że się w tym roku urządziła, już ręce zacierała. Ale rodzina okazała się cwańsza. I na tydzień przed wyszło na to, że to Matka Święta organizuje. Matka i Syn Pierworodny, bo Ojciec w pracy do ostatniej chwili. A można sobie wyobrazić jak bardzo pomocny jest niespełna dwulatek przy przygotowaniach do Świąt. Pierniki, od zagniecenia ciasta do wyciągnięcia ostatniej partii z piekarnika, piekła Matka z Synem Pierworodnym jakieś 7 dni. Taki był pomocny. A ozdabiała o wpół do trzeciej nad ranem, gdy wreszcie uporała się z wszystkim innym. Na kwestię sprzątania lepiej spuścić zasłonę milczenia.
A' propos... Matka, jak wiadomo mieszka w wieżowcu. Wieżowiec liczy sobie około 70 mieszkań. Z czego blisko 2/3 posiada balkony. Zgadnijcie: ile balkonów rok w rok jest upitolonych lampkami?
Odpowiedź brzmi: jeden!
A teraz zgadnijcie: który?
Brawa dla pani, która jako pierwsza powiedziała, że ten, który sąsiaduje z oknem w kuchni Matki!!!
To teraz wyobraźcie sobie, że Matka ma kuchnię otwartą na mieszkanie. Niebieskie lampki palą się od zmroku do południa. Wieczorami w sumie nie trzeba zapalać światła, niby taka oszczędność. Do łazienki w nocy bez potykania się można trafić. Ale, kuźwa, przez te cholerne lampki, nie tylko w dzień, ale nawet wstając w nocy, widzi się, że tego jednego okna nie zdążyła Matka umyć na Święta.
I jeszcze paru innych rzeczy nie zdążyła zrobić.
Ale Święta były miłe. Bardzo. Choć jak zwykle 3 obrusy upieprzone barszczem. Gdyby nie Matka Matki, nie byłoby opłatka, bo na złość sprzedającemu Matka nie kupiła, myśląc, że nie będzie potrzebny skoro miała wyjechać. Bigos jakiś gorzki wyszedł. Za to pierogi pierwsza klasa. Ryby po grecku jak zawsze za dużo. A zupa grzybowa podbiła serca wszystkich. Czerwony barszcz za to podbił serce Syna i od barszczu zaczynał każdy jeden posiłek w trakcie Świąt (Co on ma z tymi burakami?). Szopki w kościele Pierworodnemu Matka nie mogła pokazać, bo jak poszła z nim w Wigilię to kościół zamknięty - zakonnica kwiaty układała. Można tak zamknąć kościół w Wigilię? Matka się nie zna.
Za to szopkę stojącą na Rynku, taką z żywym inwentarzem - osioł sztuk 1, kozy sztuk 2, owce sztuk 2 - Pierworodny zna już jak własny dom. Kozę z Matką karmił marchewką, piszczał na widok każdego jednego zwierza (Boszzzz... czy to normalne, że wszystkie dzieci zawsze takie ciche a ten się ciągle drze jakby z buszu wybiegł?). W każdym razie świąteczne spacery zaliczone.
Prezenty w tym roku, ogólnie patrząc, też bardzo udane. Rodzice Ojca, o dziwo, zapytali co Matka z Ojcem chcieliby dostać. Brat Ojca też zapytał. A jak mu Matka napisała, co by chcieli, odpisał, że ma już kupione.
Naprawdę liczył na to, że Bratowa napisze mu, że od dawna marzy o biografii "Kate - Księżna Cambridge"? Naprawdę?
wtorek, 31 grudnia 2013
niedziela, 29 grudnia 2013
Dialogi przedświąteczne po Świętach
1.
Buszuje Matka w sklepie na dziale z płytami CD, w sensie, że z muzyką. I taką oto słyszy rozmowę małżeństwa w średnim wieku:
Ona: Dobra, tę na prezent już mamy. Jeszcze jakieś kolędy do Wigilii mieliśmy wziąć.
On (wyraźnie się spiesząc): To może być.
Ona: Krajewski?
On: Krajewski.
Ona: Ale to nie są kolędy.
On: A co za różnica? Cokolwiek Krajewski śpiewa brzmi jak kolędy.
Ona: Ale przecież do Wigilii mieliśmy coś wziąć.
On: No tak.
Ona: Kolędy.
On: Mówię Ci, Krajewski dobry będzie, nikt nie zauważy, będzie jakby leciały kolędy.
I wzięli Krajewskiego.
2.
Rzecz się dzieje w pracy Matki Matki. Jakoś w listopadzie, dobry miesiąc przed świętami Bożego Narodzenia.
Koleżanka Matki Matki rozmawia z mężem przez telefon. Skrót:
Ona: Co Ty chcesz sobie kupić??? Zegarek?
On: ... - rzecz jasna nie wiadomo co odpowiedział.
Ona: Wiem, że ten stary Ci się zepsuł.
On: ...
Ona: A ile kosztuje?
On: ...
Ona: Aha, 30 zł.
On: ...
Ona: Nie wiem, nie wiem...
On: ...
Ona: Nieee wieeem.
On: ...
Ona: No jak Ci się tak podoba...
On: ...
Ona: To możesz sobie kupić...
On: ...
Ona: Ale to już będzie na Święta!!! - szybko, wyraźnie i konkretnie zaznaczyła na koniec, po całej, długiej i pełnej niezdecydowania, rozmowie, której celem było wyrażenie przez nią zgody na zakup przez męża zegarka o wartości rynkowej 30 PLN. Powstaje pytanie czy współczuć facetowi czy zazdrościć kobiecie? A może współczuć obojgu?
3.
Dzień Wigilii.
Syn Pierworodny: AAAIIIIIOOOOEEAAA!!!
Matka: Dziecko, a czemu Ty się tak drzesz? Przestań, bo sąsiedzi pomyślą, że świniaka zarzynamy. A przecież dzisiaj post.
piątek, 20 grudnia 2013
Dlaczego Matka boi się Świętego Mikołaja?
W większości rodzin święta Bożego Narodzenia poza czasem mile spędzonym we wspólnym gronie, na rodzinnym obżarstwie, oglądaniu "Kevina", przy dźwięku kolęd z CD w tle, przy nieodmiennym zakłopotaniu podczas składania życzeń, kłótniach o to, że znów nikt nie sprawdził wcześniej czy lampki działają i dlaczego kupiono żywego karpia, bo kto go teraz zabije, to także okazja do obdarowywania się wzajemnie prezentami. Tak też jest i w rodzinie Matki. Jednak od 9 już lat Matka dzieli życie z Ojcem Pierworodnego, zaś od 8 lat razem spędzają każde święta i ich zwyczaje rodzinne musiały połączyć się w zgodnej symbiozie tak, by wszyscy byli zadowoleni. Nie ma reguły, gdzie organizowana jest wigilia, kilkakrotnie przygotowywała ją Matka, bywali też u Matki Matki, bywali u Rodziców Ojca, bywali na dwóch wigiliach jednego dnia, bywało, że organizowało się jedną dużą. Matka w swym dążeniu do perfekcji zawsze ma wszystko obmyślone, zaplanowane, zwizualizowane. Oczywiście zaczyna się to chrzanić nim jeszcze przełamią się wszyscy opłatkiem. Przy karpiu okazuje się, że niepotrzebne były te starania, bo większość i tak karpia nie je. Przy pstrągach okazuje się, że się nie dopiekły. Barszcz czerwony wylewa się na śnieżnobiały obrus, wyprany tylko 4 razy by sprać plamy z zeszłego roku, na szczęście o stół nie trzeba się martwić, wsiąknie wszystko w sianko. Kot włazi do szopki. Z choinki sypią się igły. Ale przy krokietach i pasztecikach Matka trochę już wyluzowuje. Przy kawie i ciastach cieszy się wreszcie w pełni rodzinną atmosferą.
Jednak wtedy na Ojca i Matkę pada blady strach. Złowieszczo brzmiące słowo... prezenty. Generalnie bardzo przez wszystkich lubiany punkt programu. Dla Matki i Ojca jednak niezwykle uciążliwy. Zresztą nie tylko w Boże Narodzenie. We wszelkie imieniny, urodziny, Wielkanoc i inne Mikołajki również. A to za sprawą kompletnej nieumiejętności kupowania prezentów przez Rodziców i Brata Ojca Pierworodnego. Jedno trzeba im przyznać. Potrafią zaskoczyć. Na pewno podarunek będzie niespodziewany. Właściwsze słowo to może "nieoczekiwany" - na pewno go nie oczekiwałeś.
A oto przykłady prezentów jakimi zostali obdarowani Matka i Ojciec z okazji przeróżnych. Od urodzin i imienin, poprzez powroty z wakacji, Walentynki, Dzień Kobiet po Gwiazdkę i Wielkanoc i całą resztę.
- gipsowa figurka latarni morskiej z jakiegoś Kołobrzegu czy Rozewia,
- drewniany kufel z cepelii - nie nadający się nawet do trzymania w nim długopisów,
- malutkie buteleczki - próbówki z pomarańczowym i niebieskim niby-piaskiem i plastikową mini-roślinką w środku - jako pamiątka z pobytu nad morzem - x2,
- książka Kingi Rusin - nawet na kiblu Matka nie dała rady,
- książka o serialu "Dr House" - no dobra, oglądali Matka z Ojcem serial, ale po cholerę im książka o nim?
- książka ze sklepu typu "Wszystko za 5 zł", tytuł chyba brzmiał: "Z najlepszymi życzeniami". Zawierała mało wybitne zdjęcia różnych kwiatów i widoczków, na co którejś kartce okraszone "złotymi myślami" wziętymi z dupy - prezent imieninowy dla Ojca,
- film na DVD - "Step Up - taniec zmysłów" - doprawdy idealnie trafiony w gusta Matki i Ojca,
- książka o Janie Pawle II - dla Matki, a kto Matkę zna i widział tę książkę w jej księgozbiorze momentalnie nie mógł się powstrzymać od skomentowania tego faktu,
- świeczniki - w teorii o charakterze świątecznym, w praktyce nie podobne do niczego. Płakano ze śmiechu za każdym razem, gdy po powrocie do domu ktoś o nich wspominał. Nawet dla śmiechu ich użyli. Przestali się śmiać, gdy zaczęły się palić i topić pod wpływem temperatury. Ponownie śmiali się chwilę później, już po ich ugaszeniu,
- wielka świeca w kształcie serca - jakoś przy każdym spojrzeniu na nią budzi nieodzowne skojarzenia ze zniczem,
- świeczki - o tak intensywnym i duszącym zapachu wanilii, że nie sposób było wytrzymać w jednym pomieszczeniu z nimi, nawet gdy były nie zapalone,
- łącznie 3 pluszowe misie - (tyle sobie teraz Matka przypomniała, wszystkie oczywiście na długo przed pojawieniem się Syna) - bo 5 lat mają, prawda?
- poduszka z napisem "Dla wspaniałej kobiety" - pomijając napis i tak nie pasująca do niczego, tak sztywna, że nie dało się na niej nawet położyć, w dodatku śliska, więc jak już nawet ktoś przyłożył głowę, ryzykując ból kręgosłupa, to zaraz z niej zjeżdżał,
- gigantyczna biała poduszka w kształcie serca z czerwonym napisem "Młodej Parze" - odwrócona do góry nogami przypominała tę część ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę - idealna do małej sypialni,
- gigantyczna kartka z życzeniami ślubnymi,
- gigantyczna kartka z życzeniami urodzinowymi,
- gigantyczna kartka z życzeniami imieninowymi,
- życzenia ślubne wzorowane na otwartą książkę - oczywiście naturalnych rozmiarów książkę + odstające od tego jeszcze kwiaty i inne ozdoby - bo mieszkając na 32 metrach kwadratowych ma się mnóstwo miejsca do przechowywania tego typu pamiątek,
- męskie koszule - zawsze z za małym lub za dużym rozmiarem kołnierzyka,
- koszulka ze znakiem Supermana i napisem Super Brat - w rozmiarze XL - Ojciec Pierworodnego nosi M,
- koszulka zespołu U2 - w rozmiarze XL - Ojciec nieodmiennie nosi M,
- kolejna koszulka zespołu U2,
- niepoliczalne ilości gadżetów związanych z zespołem U2 - bo przed laty Ojciec był fanem,
- krem do rąk, który Matce niewyobrażalnie śmierdział - ale to akurat bardzo subiektywna ocena, komu innemu odpowiadał bez zastrzeżeń, oddała więc bez żalu,
- liczone już w dziesiątkach egzemplarzy czekoladopodobne figurki zajęcy i Mikołajów - jeszcze nigdy nie zdarzył się żaden czekoladowy.
Sprzęty "gospodarstwa domowego", niepotrzebne i nieużywane:
- frytownica - użyta raz by się upewnić, że na pewno nadal jej nie potrzebują,
- termometr elektroniczny - popsuł się zanim przekonali się czy jest im potrzebny,
- elektroniczny papieros - Ojciec nigdy nie wyraził chęci posiadania podobnego ustrojstwa,
- popielniczka i zapalniczki - dla Ojca, któremu bezustannie sugerują, że powinien rzucić palenie.
Niebywałe ilości kubków, szklanek i filiżanek (pewnie nie wszystkie udało się spamiętać):
- kubki do kawy, które pękały pod wpływem wrzątku - x4,
- kubki malowane ręcznie, z zadziwiającym wręcz brakiem artyzmu, z napisami "Najlepszy brat" i "Najlepsza bratowa" - x2,
- zestaw filiżanek o tak nieprzyjemnej i szorstkiej fakturze ornamentu, że nie dało się z nich pić - x2,
- różowy kubek w kwiatki, pszczółki, motylki i inne kiczowatości z imieniem Matki i opisem w środku co też to imię niby oznacza,
- kubek z motywem jakiejś panterki czy innej lamy (no dobra, ten był jednak nawet w miarę),
- żółty kubek z łyżeczką - nie zasłużył nawet na to, by wyciągnąć go z opakowania,
- szklanki do whiskey - x6 - taaa, bo nie mają żadnej,
- kubek, który teoretycznie ma służyć do brania kawy na wynos, w praktyce nie nadaje się do niczego, bo kto nosi kawę na wynos w porcelanowym kubku z porcelanową przykrywką i bez żadnej uszczelki?
Prezenty dla Pierworodnego.
O dziwo udaje się przemówić Wujkowi i Dziadkom do rozsądku i po pierwsze nie kupują niczego gigantycznego, po drugie, od czasu do czasu, dostosowują się do zaleceń Ojca i Matki.
Jednak i na tym polu nie zabrakło kilku wpadek:
- zestaw dziewczęcych legginsów,
- błękitny kocyk z okazji imienin - 4-miesięczny wówczas Syn Pierworodny był wtedy aktualnie posiadaczem zaledwie pięciu błękitnych kocyków, w tym dwóch niemal identycznych jak ten który dostał,
- zestaw do robienia baniek - nieszczelny, w dodatku bańki nie chcą współpracować mimo odpowiednich specyfików użytych do ich robienia,
- drewniana zabawka z dziobiącymi deseczkę kurkami, która funkcjonuje dzięki cieniutkim sznureczkom i kulce na ich końcu - taaa, cudowne 3 sekundy zabawy dla Pierworodnego, koszmarne 20 minut dla tego, kto ma to rozplątywać - i tak w kółko,
- edukacyjna "Hula Kula" jakiejś znanej firmy - jak kula pyta "Gdzie jest kotek?" nawet Matka nie jest w stanie go rozpoznać, tak jak i większości zwierzątek. Gdyby kotek nie robił "miau" Matka do teraz by myślała, że to wiewiórka, w to, że świnka jest świnką a nie pieskiem ciągle nie daje wiary. Zresztą kula i tak żyje własnym życiem i nie zwraca uwagi na prawidłowość odpowiedzi, taka jest edukacyjna,
- drewniany pajac na kiju - wielki plus za to, że Pierworodny pajaca uwielbia a zabawka jest naprawdę ładna i sama w sobie fajna. Ale cały jej myk polega na tym, że pcha się ją przed sobą, a wtedy kręcą się kółeczka, do których umocowane są drewniane kulki bijące o podłogę. Niech teraz ktoś spróbuje przetłumaczyć Pierworodnemu, że pajac może jeździć tylko na dworze. Ktoś chętny? +20 do nienawiści sąsiadów.
Hity Hitów
- Za swój Hit Hitów Ojciec uważa prezent, który dostał dwa lata temu z okazji świąt Bożego Narodzenia. Duża srebrna walizka do przechowywania monet. Nie pytajcie. Matka z Ojcem też nie rozumieją.
- Według Matki jednak TO przebija wszystko. Gdy Ojciec TO dostał, zapytał tylko ukradkiem Matkę: "Co to, k..., jest?". W domu widokiem tegoż dzieła sztuki Matki nie uszczęśliwił (nawet nie musieli tego ze sobą uzgadniać - za takie właśnie drobnostki Matka go kocha coraz bardziej). Postawił TO w pracy, na stole w magazynie, stoi tak od półtora roku i nieodmiennie każdy kto po raz pierwszy TO widzi, pyta: "Co to, k..., jest?".
Jesteście ciekawi?
Jest to oczywiście słusznych rozmiarów, drewniany, brązowy, ale z malowanymi na niebiesko wykończeniami, rzeźbiony, nieziemsko paskudny smok. Któremu do środka wkłada się zapalone kadzidełko. I wtedy kopcący się dym ma wydobywać się ze smoczej paszczy.
To rzecz jasna przedmiot, o którym Ojciec Pierworodnego marzył od wielu, wielu lat.
Jeżeli kiedykolwiek najbliższa rodzina ze strony Ojca Pierworodnego natrafi na ten tekst i komuś przyjdzie do głowy poczuć się urażonym bądź nawet obrazić się na Matkę za krytykę wszystkiego co powyżej, Matka informuje, iż za chwilę napisze coś, po czym powinno się uznać, że są kwita. Coś, po czym mimo wszystko sama kilka lat temu się nie obraziła. A przecież mogła.
Kolejny Hit Hitów, zwycięzca Topu Wszech Czasów:
- bardzo fajny zestaw do pisania firmy Parker. Elegancki i stylowy. Długopis, pióro i ołówek. Dostała Matka na Gwiazdkę. Nigdy nie wypakowała z pudełka. A skąd w takim razie wie, że fajny? Bo sama, osobiście, wybrała go i kupiła półtora roku wcześniej swojej Teściowej na urodziny.
Po jakiś 5 latach Matka potrafi się śmiać nawet i z tego.
Oczywiście bywały i bardzo miłe zaskoczenia. Piękna srebrna bransoletka, kilka fajnych książek, kalendarz, znakomita książka kucharska, świetna suszarka do włosów, parasol, którego do dziś Matka używa. Ale nietrudno wywnioskować jak wielkie to były zaskoczenia i jaka ulga przy rozpakowywaniu.
Teraz już wiecie dlaczego co roku Matka drży ze strachu na samą myśl, co też takiego tym razem przyniósł jej "Święty Mikołaj". Czasem wolałaby już tę rózgę. Ale jak widać i na to trzeba sobie zasłużyć.
Jednak wtedy na Ojca i Matkę pada blady strach. Złowieszczo brzmiące słowo... prezenty. Generalnie bardzo przez wszystkich lubiany punkt programu. Dla Matki i Ojca jednak niezwykle uciążliwy. Zresztą nie tylko w Boże Narodzenie. We wszelkie imieniny, urodziny, Wielkanoc i inne Mikołajki również. A to za sprawą kompletnej nieumiejętności kupowania prezentów przez Rodziców i Brata Ojca Pierworodnego. Jedno trzeba im przyznać. Potrafią zaskoczyć. Na pewno podarunek będzie niespodziewany. Właściwsze słowo to może "nieoczekiwany" - na pewno go nie oczekiwałeś.
A oto przykłady prezentów jakimi zostali obdarowani Matka i Ojciec z okazji przeróżnych. Od urodzin i imienin, poprzez powroty z wakacji, Walentynki, Dzień Kobiet po Gwiazdkę i Wielkanoc i całą resztę.
- gipsowa figurka latarni morskiej z jakiegoś Kołobrzegu czy Rozewia,
- drewniany kufel z cepelii - nie nadający się nawet do trzymania w nim długopisów,
- malutkie buteleczki - próbówki z pomarańczowym i niebieskim niby-piaskiem i plastikową mini-roślinką w środku - jako pamiątka z pobytu nad morzem - x2,
- książka Kingi Rusin - nawet na kiblu Matka nie dała rady,
- książka o serialu "Dr House" - no dobra, oglądali Matka z Ojcem serial, ale po cholerę im książka o nim?
- książka ze sklepu typu "Wszystko za 5 zł", tytuł chyba brzmiał: "Z najlepszymi życzeniami". Zawierała mało wybitne zdjęcia różnych kwiatów i widoczków, na co którejś kartce okraszone "złotymi myślami" wziętymi z dupy - prezent imieninowy dla Ojca,
- film na DVD - "Step Up - taniec zmysłów" - doprawdy idealnie trafiony w gusta Matki i Ojca,
- książka o Janie Pawle II - dla Matki, a kto Matkę zna i widział tę książkę w jej księgozbiorze momentalnie nie mógł się powstrzymać od skomentowania tego faktu,
- świeczniki - w teorii o charakterze świątecznym, w praktyce nie podobne do niczego. Płakano ze śmiechu za każdym razem, gdy po powrocie do domu ktoś o nich wspominał. Nawet dla śmiechu ich użyli. Przestali się śmiać, gdy zaczęły się palić i topić pod wpływem temperatury. Ponownie śmiali się chwilę później, już po ich ugaszeniu,
- wielka świeca w kształcie serca - jakoś przy każdym spojrzeniu na nią budzi nieodzowne skojarzenia ze zniczem,
- świeczki - o tak intensywnym i duszącym zapachu wanilii, że nie sposób było wytrzymać w jednym pomieszczeniu z nimi, nawet gdy były nie zapalone,
- łącznie 3 pluszowe misie - (tyle sobie teraz Matka przypomniała, wszystkie oczywiście na długo przed pojawieniem się Syna) - bo 5 lat mają, prawda?
- poduszka z napisem "Dla wspaniałej kobiety" - pomijając napis i tak nie pasująca do niczego, tak sztywna, że nie dało się na niej nawet położyć, w dodatku śliska, więc jak już nawet ktoś przyłożył głowę, ryzykując ból kręgosłupa, to zaraz z niej zjeżdżał,
- gigantyczna biała poduszka w kształcie serca z czerwonym napisem "Młodej Parze" - odwrócona do góry nogami przypominała tę część ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę - idealna do małej sypialni,
- gigantyczna kartka z życzeniami ślubnymi,
- gigantyczna kartka z życzeniami urodzinowymi,
- gigantyczna kartka z życzeniami imieninowymi,
- życzenia ślubne wzorowane na otwartą książkę - oczywiście naturalnych rozmiarów książkę + odstające od tego jeszcze kwiaty i inne ozdoby - bo mieszkając na 32 metrach kwadratowych ma się mnóstwo miejsca do przechowywania tego typu pamiątek,
- męskie koszule - zawsze z za małym lub za dużym rozmiarem kołnierzyka,
- koszulka ze znakiem Supermana i napisem Super Brat - w rozmiarze XL - Ojciec Pierworodnego nosi M,
- koszulka zespołu U2 - w rozmiarze XL - Ojciec nieodmiennie nosi M,
- kolejna koszulka zespołu U2,
- niepoliczalne ilości gadżetów związanych z zespołem U2 - bo przed laty Ojciec był fanem,
- krem do rąk, który Matce niewyobrażalnie śmierdział - ale to akurat bardzo subiektywna ocena, komu innemu odpowiadał bez zastrzeżeń, oddała więc bez żalu,
- liczone już w dziesiątkach egzemplarzy czekoladopodobne figurki zajęcy i Mikołajów - jeszcze nigdy nie zdarzył się żaden czekoladowy.
Sprzęty "gospodarstwa domowego", niepotrzebne i nieużywane:
- frytownica - użyta raz by się upewnić, że na pewno nadal jej nie potrzebują,
- termometr elektroniczny - popsuł się zanim przekonali się czy jest im potrzebny,
- elektroniczny papieros - Ojciec nigdy nie wyraził chęci posiadania podobnego ustrojstwa,
- popielniczka i zapalniczki - dla Ojca, któremu bezustannie sugerują, że powinien rzucić palenie.
Niebywałe ilości kubków, szklanek i filiżanek (pewnie nie wszystkie udało się spamiętać):
- kubki do kawy, które pękały pod wpływem wrzątku - x4,
- kubki malowane ręcznie, z zadziwiającym wręcz brakiem artyzmu, z napisami "Najlepszy brat" i "Najlepsza bratowa" - x2,
- zestaw filiżanek o tak nieprzyjemnej i szorstkiej fakturze ornamentu, że nie dało się z nich pić - x2,
- różowy kubek w kwiatki, pszczółki, motylki i inne kiczowatości z imieniem Matki i opisem w środku co też to imię niby oznacza,
- kubek z motywem jakiejś panterki czy innej lamy (no dobra, ten był jednak nawet w miarę),
- żółty kubek z łyżeczką - nie zasłużył nawet na to, by wyciągnąć go z opakowania,
- szklanki do whiskey - x6 - taaa, bo nie mają żadnej,
- kubek, który teoretycznie ma służyć do brania kawy na wynos, w praktyce nie nadaje się do niczego, bo kto nosi kawę na wynos w porcelanowym kubku z porcelanową przykrywką i bez żadnej uszczelki?
Prezenty dla Pierworodnego.
O dziwo udaje się przemówić Wujkowi i Dziadkom do rozsądku i po pierwsze nie kupują niczego gigantycznego, po drugie, od czasu do czasu, dostosowują się do zaleceń Ojca i Matki.
Jednak i na tym polu nie zabrakło kilku wpadek:
- zestaw dziewczęcych legginsów,
- błękitny kocyk z okazji imienin - 4-miesięczny wówczas Syn Pierworodny był wtedy aktualnie posiadaczem zaledwie pięciu błękitnych kocyków, w tym dwóch niemal identycznych jak ten który dostał,
- zestaw do robienia baniek - nieszczelny, w dodatku bańki nie chcą współpracować mimo odpowiednich specyfików użytych do ich robienia,
- drewniana zabawka z dziobiącymi deseczkę kurkami, która funkcjonuje dzięki cieniutkim sznureczkom i kulce na ich końcu - taaa, cudowne 3 sekundy zabawy dla Pierworodnego, koszmarne 20 minut dla tego, kto ma to rozplątywać - i tak w kółko,
- edukacyjna "Hula Kula" jakiejś znanej firmy - jak kula pyta "Gdzie jest kotek?" nawet Matka nie jest w stanie go rozpoznać, tak jak i większości zwierzątek. Gdyby kotek nie robił "miau" Matka do teraz by myślała, że to wiewiórka, w to, że świnka jest świnką a nie pieskiem ciągle nie daje wiary. Zresztą kula i tak żyje własnym życiem i nie zwraca uwagi na prawidłowość odpowiedzi, taka jest edukacyjna,
- drewniany pajac na kiju - wielki plus za to, że Pierworodny pajaca uwielbia a zabawka jest naprawdę ładna i sama w sobie fajna. Ale cały jej myk polega na tym, że pcha się ją przed sobą, a wtedy kręcą się kółeczka, do których umocowane są drewniane kulki bijące o podłogę. Niech teraz ktoś spróbuje przetłumaczyć Pierworodnemu, że pajac może jeździć tylko na dworze. Ktoś chętny? +20 do nienawiści sąsiadów.
Hity Hitów
- Za swój Hit Hitów Ojciec uważa prezent, który dostał dwa lata temu z okazji świąt Bożego Narodzenia. Duża srebrna walizka do przechowywania monet. Nie pytajcie. Matka z Ojcem też nie rozumieją.
- Według Matki jednak TO przebija wszystko. Gdy Ojciec TO dostał, zapytał tylko ukradkiem Matkę: "Co to, k..., jest?". W domu widokiem tegoż dzieła sztuki Matki nie uszczęśliwił (nawet nie musieli tego ze sobą uzgadniać - za takie właśnie drobnostki Matka go kocha coraz bardziej). Postawił TO w pracy, na stole w magazynie, stoi tak od półtora roku i nieodmiennie każdy kto po raz pierwszy TO widzi, pyta: "Co to, k..., jest?".
Jesteście ciekawi?
Jest to oczywiście słusznych rozmiarów, drewniany, brązowy, ale z malowanymi na niebiesko wykończeniami, rzeźbiony, nieziemsko paskudny smok. Któremu do środka wkłada się zapalone kadzidełko. I wtedy kopcący się dym ma wydobywać się ze smoczej paszczy.
To rzecz jasna przedmiot, o którym Ojciec Pierworodnego marzył od wielu, wielu lat.
Jeżeli kiedykolwiek najbliższa rodzina ze strony Ojca Pierworodnego natrafi na ten tekst i komuś przyjdzie do głowy poczuć się urażonym bądź nawet obrazić się na Matkę za krytykę wszystkiego co powyżej, Matka informuje, iż za chwilę napisze coś, po czym powinno się uznać, że są kwita. Coś, po czym mimo wszystko sama kilka lat temu się nie obraziła. A przecież mogła.
Kolejny Hit Hitów, zwycięzca Topu Wszech Czasów:
- bardzo fajny zestaw do pisania firmy Parker. Elegancki i stylowy. Długopis, pióro i ołówek. Dostała Matka na Gwiazdkę. Nigdy nie wypakowała z pudełka. A skąd w takim razie wie, że fajny? Bo sama, osobiście, wybrała go i kupiła półtora roku wcześniej swojej Teściowej na urodziny.
Po jakiś 5 latach Matka potrafi się śmiać nawet i z tego.
Oczywiście bywały i bardzo miłe zaskoczenia. Piękna srebrna bransoletka, kilka fajnych książek, kalendarz, znakomita książka kucharska, świetna suszarka do włosów, parasol, którego do dziś Matka używa. Ale nietrudno wywnioskować jak wielkie to były zaskoczenia i jaka ulga przy rozpakowywaniu.
Teraz już wiecie dlaczego co roku Matka drży ze strachu na samą myśl, co też takiego tym razem przyniósł jej "Święty Mikołaj". Czasem wolałaby już tę rózgę. Ale jak widać i na to trzeba sobie zasłużyć.
czwartek, 19 grudnia 2013
Giń poczwaro! Jak dzielna Matka złego smoka pokonała.
Dawno dawno temu, gdzieś w okolicach kwietnia roku Pańskiego 2012, żyła sobie pewna Matka. Właśnie urodził się jej Pierworodny Syn. Skarbeczek, oczko w głowie, maleńka okruszynka. Był tak piękny, że wszystkie niewiasty w królestwie mdlały na jego widok, serca mężnych rycerzy miękły zaś, gdy przyszło do spotkania z rozkosznym berbeciem.
Choć zamek, do którego przywiozła Matula swego Syna po tym, gdy powiła go na świat - całe dwukomnatowe 32 metry kwadratowe - był przez nią starannie przygotowany na powitanie świeżo narodzonego dziecięcia, wciąż widziała wokół mnóstwo zagrożeń i niebezpieczeństw. Zewsząd czaiły się piastunki, które, w oczach Matki, mogły jej maleństwu wyrządzić krzywdę. W dodatku z ust piastunek bezustannie powracała wizja, przed którą mądre księgi ostrzegały Matkę, gdy ta jeszcze w stanie błogosławionym czekała na rozwiązanie. Wizja złego smoka.
Jak wiadomo nie od dziś, w baśniach i bajkach, podaniach i legendach, smoki nigdy nie niosą ze sobą niczego dobrego. Nawet, gdy są to jedynie małe smoczki. Silikonowe, ortodontyczne i przeznaczone dla dzieci 0+.
Słodki berbeć chował się zdrowo i rósł szczęśliwie, dając tym wiele radości swym rodzicom i dziadkom. Jednak, poza byciem rozkosznym i zdrowym, miał jedną wadę. Darł ryja nieprzyzwoicie głośno. Już akuszerki przyjmujące poród nie mogły się nadziwić jak mocne są płuca tego malca. Chłopiec płakał przeraźliwie za każdym razem, gdy domagał się jedzenia. A z każdym tygodniem domagał się go więcej i więcej. Matka, targana poporodową melancholią, wypłakiwała oczy nad takim stanem rzeczy. Mimo to przez długi czas każde wspomnienie o smoku przez życzliwe kumy i piastunki traktowała jak atak na jej doskonały obraz doskonałego macierzyństwa. Poporodowa melancholia minęła i Matka w końcu przywykła do spędzania wielu godzin każdej doby na pojeniu niemowlęcia. Jej kibić, wyczerpana niekończącym się karmieniem oraz codziennymi obowiązkami piastowania dziecięcia, bardzo szybko wychudła i zmizerniała. Mimo to Matka nie zrezygnowała z naturalnego pokarmu na rzecz złowrogiego jadła z mieszanki w proszku. Wciąż trzymała się swojego doskonałego obrazu doskonałego macierzyństwa, niejednokrotnie zaciskając z frustracji pięści i zęby.
A skoro już o zębach mowa... Nastał dzień, w którym Syn zaczął przejawiać oznaki wyżynania się pierwszych ząbków. Dzień ten okazał się jedynie nieśmiałą zapowiedzią przerażającego czasu, który nastał w królestwie. Czasu trwogi, niepokoju o to, co przyniesie każdy kolejny wschód słońca, czasu pożogi i skrajnego wycieńczenia całej familii. I w tym właśnie czasie nastał u cierpiącego potomka rodu zwyczaj wkładania paluszków w ustka. Z czasem nawyk ten przerodził się, niestety, w przymus ssania kciuka. Wtedy Matula, pełna obaw (Co to będzie? Co to będzie?) posłuchała rady Matki Chrzestnej swego pacholęcia, która jeszcze żakiem będąc wyuczała się na medyka od zębów. Matka Chrzestna orzekła, iż smok w tej bajce zagościć musi. Bo podobno lepiej walczyć ze smokiem, niż dziecięciu własnemu palce ucinać.
Udała się Matka do jaskini smoka. Niczym Sezam otworzyły się przed nią automatyczne wrota sklepu z wszystkim, co niezbędne i zbędne do wypielęgnowania oraz wyprowadzenia na ludzi potomstwa. Znalazła Matka miejsce spoczynku groźnego potwora. Opłaciła w złocie (złotych) strażników jaskini, której nazwa dziwnym zbiegiem okoliczności tylko jedną samogłoską różni się od nazwy SMOK.
W zaciszu komnaty zaczęła oswajać swe maleństwo ze straszną poczwarą. Syn, mimo zaledwie niespełna 6 miesięcy ukończonych, okazał się dzielnym i mężnym malcem i w mig okiełznał straszydło. Od tej chwili, z każdym dniem stawali się coraz bliższymi sobie kamratami, aż doszło do tego, że byli niemal nierozłączni. Próżno było doszukiwać się chwil, gdy jednego nie było przy drugim, ot, tacy przyjaciele - gdzie smok tam Syn Pierworodny, kędy Pierworodny tam i smok. Tak mijały dzionki, tygodnie, miesiące. Z trwogą wciąż Matula patrzyła na to miłowanie, w pamięci jeszcze mając, obrastające aktualnie kurzem, mądre księgi, które kiedyś czytała...
Minęła jesień, zima, mijały kolejne pory roku. Aż znów nastała zima. Przyszedł grudzień A.D. 2013 i dzień, w którym Matka, niespodziewanie nawet dla samej siebie, znalazła w sobie pokłady siły i odwagi by stanąć wreszcie do walki z wrogiem terroryzującym mieszkańców jej królestwa, poczwarą, która nie, gdy się pojawia, lecz gdy znika sieje zamęt i spustoszenie. Nastała właśnie nowa jutrzenka, która od samego początku nie zapowiadała niczego dobrego. Niespożyta energia rozpierała Syna Pierworodnego, a jego zmęczona rodzicielka nie była w stanie opanować wszystek niepożądanych zachowań swego podopiecznego. Gwar, wrzawa i harmider zapanowały w komnatach zamku. A pomysły coraz śmielsze i bardziej niebezpieczne przychodziły do głowy rozbrykanemu i krnąbrnemu szkrabowi. Wtem wpadł on na to, by rzucić swego smoka ukochanego za łoże gościnne (czyt. kanapę w salonie). Matka ostrzegała jakie skutki za sobą czyn ten poniesie. Że zginie smok marnie i już go Syn nie obaczy. Nie dał wiary słowom Matki Syn jej jedyny i mimo przestróg postąpił jak uważał. A rzecz się stała zgodna z Matuli wróżbą. Szlochom i łkaniom tego dnia nie było końca. Złość i rozpacz rządziły w królestwie jeszcze przez wiele godzin. W niewyobrażalne pokłady konsekwencji i siły woli musiała się Matka uzbroić. Ciężką stoczyła walkę. Wygrała.
Obyło się bez poświęcania dziewicy w ofierze czy niehumanitarnego podtruwania pikantną baraniną tudzież topienia poczwary w odmętach Wisły za oknem płynącej.
Czasem jeszcze Syn z nostalgią wskazuje na łoże. Z zafrasowaną miną woła: "Yyyy". Jednakoż po nieodmiennym wytłumaczeniu: "Nie ma smoka. Wrzuciłeś go za kanapę" rychło powraca do swoich codziennych zajęć.
Od siedmiu dni i trzech nocy (no jakiś tam smoczek w zapasie jeno na ciężkie czasy był skitrany i podawany w razie nocnej pobudki, a szybko zabierany jeszcze przed pełnym podniesieniem powiek przez dziecięcie) w królestwie panuje szczęśliwość, a groźny smok nikomu już nie zagraża.
Czego i Wam moi mili życzę.
I ja tam byłam i miód i wino piłam.
A potem na blogu Wam wyłożyłam.
Koniec
Choć zamek, do którego przywiozła Matula swego Syna po tym, gdy powiła go na świat - całe dwukomnatowe 32 metry kwadratowe - był przez nią starannie przygotowany na powitanie świeżo narodzonego dziecięcia, wciąż widziała wokół mnóstwo zagrożeń i niebezpieczeństw. Zewsząd czaiły się piastunki, które, w oczach Matki, mogły jej maleństwu wyrządzić krzywdę. W dodatku z ust piastunek bezustannie powracała wizja, przed którą mądre księgi ostrzegały Matkę, gdy ta jeszcze w stanie błogosławionym czekała na rozwiązanie. Wizja złego smoka.
Jak wiadomo nie od dziś, w baśniach i bajkach, podaniach i legendach, smoki nigdy nie niosą ze sobą niczego dobrego. Nawet, gdy są to jedynie małe smoczki. Silikonowe, ortodontyczne i przeznaczone dla dzieci 0+.
Słodki berbeć chował się zdrowo i rósł szczęśliwie, dając tym wiele radości swym rodzicom i dziadkom. Jednak, poza byciem rozkosznym i zdrowym, miał jedną wadę. Darł ryja nieprzyzwoicie głośno. Już akuszerki przyjmujące poród nie mogły się nadziwić jak mocne są płuca tego malca. Chłopiec płakał przeraźliwie za każdym razem, gdy domagał się jedzenia. A z każdym tygodniem domagał się go więcej i więcej. Matka, targana poporodową melancholią, wypłakiwała oczy nad takim stanem rzeczy. Mimo to przez długi czas każde wspomnienie o smoku przez życzliwe kumy i piastunki traktowała jak atak na jej doskonały obraz doskonałego macierzyństwa. Poporodowa melancholia minęła i Matka w końcu przywykła do spędzania wielu godzin każdej doby na pojeniu niemowlęcia. Jej kibić, wyczerpana niekończącym się karmieniem oraz codziennymi obowiązkami piastowania dziecięcia, bardzo szybko wychudła i zmizerniała. Mimo to Matka nie zrezygnowała z naturalnego pokarmu na rzecz złowrogiego jadła z mieszanki w proszku. Wciąż trzymała się swojego doskonałego obrazu doskonałego macierzyństwa, niejednokrotnie zaciskając z frustracji pięści i zęby.
A skoro już o zębach mowa... Nastał dzień, w którym Syn zaczął przejawiać oznaki wyżynania się pierwszych ząbków. Dzień ten okazał się jedynie nieśmiałą zapowiedzią przerażającego czasu, który nastał w królestwie. Czasu trwogi, niepokoju o to, co przyniesie każdy kolejny wschód słońca, czasu pożogi i skrajnego wycieńczenia całej familii. I w tym właśnie czasie nastał u cierpiącego potomka rodu zwyczaj wkładania paluszków w ustka. Z czasem nawyk ten przerodził się, niestety, w przymus ssania kciuka. Wtedy Matula, pełna obaw (Co to będzie? Co to będzie?) posłuchała rady Matki Chrzestnej swego pacholęcia, która jeszcze żakiem będąc wyuczała się na medyka od zębów. Matka Chrzestna orzekła, iż smok w tej bajce zagościć musi. Bo podobno lepiej walczyć ze smokiem, niż dziecięciu własnemu palce ucinać.
Udała się Matka do jaskini smoka. Niczym Sezam otworzyły się przed nią automatyczne wrota sklepu z wszystkim, co niezbędne i zbędne do wypielęgnowania oraz wyprowadzenia na ludzi potomstwa. Znalazła Matka miejsce spoczynku groźnego potwora. Opłaciła w złocie (złotych) strażników jaskini, której nazwa dziwnym zbiegiem okoliczności tylko jedną samogłoską różni się od nazwy SMOK.
W zaciszu komnaty zaczęła oswajać swe maleństwo ze straszną poczwarą. Syn, mimo zaledwie niespełna 6 miesięcy ukończonych, okazał się dzielnym i mężnym malcem i w mig okiełznał straszydło. Od tej chwili, z każdym dniem stawali się coraz bliższymi sobie kamratami, aż doszło do tego, że byli niemal nierozłączni. Próżno było doszukiwać się chwil, gdy jednego nie było przy drugim, ot, tacy przyjaciele - gdzie smok tam Syn Pierworodny, kędy Pierworodny tam i smok. Tak mijały dzionki, tygodnie, miesiące. Z trwogą wciąż Matula patrzyła na to miłowanie, w pamięci jeszcze mając, obrastające aktualnie kurzem, mądre księgi, które kiedyś czytała...
Minęła jesień, zima, mijały kolejne pory roku. Aż znów nastała zima. Przyszedł grudzień A.D. 2013 i dzień, w którym Matka, niespodziewanie nawet dla samej siebie, znalazła w sobie pokłady siły i odwagi by stanąć wreszcie do walki z wrogiem terroryzującym mieszkańców jej królestwa, poczwarą, która nie, gdy się pojawia, lecz gdy znika sieje zamęt i spustoszenie. Nastała właśnie nowa jutrzenka, która od samego początku nie zapowiadała niczego dobrego. Niespożyta energia rozpierała Syna Pierworodnego, a jego zmęczona rodzicielka nie była w stanie opanować wszystek niepożądanych zachowań swego podopiecznego. Gwar, wrzawa i harmider zapanowały w komnatach zamku. A pomysły coraz śmielsze i bardziej niebezpieczne przychodziły do głowy rozbrykanemu i krnąbrnemu szkrabowi. Wtem wpadł on na to, by rzucić swego smoka ukochanego za łoże gościnne (czyt. kanapę w salonie). Matka ostrzegała jakie skutki za sobą czyn ten poniesie. Że zginie smok marnie i już go Syn nie obaczy. Nie dał wiary słowom Matki Syn jej jedyny i mimo przestróg postąpił jak uważał. A rzecz się stała zgodna z Matuli wróżbą. Szlochom i łkaniom tego dnia nie było końca. Złość i rozpacz rządziły w królestwie jeszcze przez wiele godzin. W niewyobrażalne pokłady konsekwencji i siły woli musiała się Matka uzbroić. Ciężką stoczyła walkę. Wygrała.
Obyło się bez poświęcania dziewicy w ofierze czy niehumanitarnego podtruwania pikantną baraniną tudzież topienia poczwary w odmętach Wisły za oknem płynącej.
Czasem jeszcze Syn z nostalgią wskazuje na łoże. Z zafrasowaną miną woła: "Yyyy". Jednakoż po nieodmiennym wytłumaczeniu: "Nie ma smoka. Wrzuciłeś go za kanapę" rychło powraca do swoich codziennych zajęć.
Od siedmiu dni i trzech nocy (no jakiś tam smoczek w zapasie jeno na ciężkie czasy był skitrany i podawany w razie nocnej pobudki, a szybko zabierany jeszcze przed pełnym podniesieniem powiek przez dziecięcie) w królestwie panuje szczęśliwość, a groźny smok nikomu już nie zagraża.
Czego i Wam moi mili życzę.
I ja tam byłam i miód i wino piłam.
A potem na blogu Wam wyłożyłam.
Koniec
środa, 18 grudnia 2013
Nie potrzebujemy dywanów, nie chcemy zmieniać religii
Ostatnio umieszczenie takiego lub podobnego napisu na drzwiach rozważają Matka z Ojcem Pierworodnego.
Zamiast świątecznego wieńca.
No bo ileż można? Jak w to zakichane Halloween zaczął dzwonić dzwonek (a wyjątkowo głośny i drażniący mają dzwonek) tak do teraz, prawie codziennie, nawet po kilka razy, ktoś przychodzi i sprzedaje, prosi, żebrze, informuje, śpiewa, rysuje, zbiera, proponuje...
dzyń! dzyń!
- Cukierek albo psikus!
- O jak ładnie poprzebierani. Czekajcie.
Cholera, że niby dzisiaj jakiś halołin? A w domu żadnych słodyczy.
- Macie po bananie. Na zdrowie.
- Dziękujemy.
trzask
dzyń!
- Cukierek albo psikus!
- Musicie podzielić się pomarańczą. Nic więcej nie mam.
- Dziękujemy.
trzask
dzyń!
- Cukierek albo psikus!
- Przykro mi, ci przed Wami już nas ogołocili.
trzask
Kuźwa, nawet im się przebrać nie chciało.
Godzinę później okazuje się, że klatka schodowa usyfiona papierem toaletowym. Taki psikus.
dzyń!
- Dzień dobry. Sprzedajemy dywany. Oryginalne, z wełny...
- Nie, dziękuję.
trzask.
dzyń! dzyń! dzyń!
- Dzieńdobry. Może ziemniakicebulęburaki Panisobieżyczy? Workipo20kilo...
- Niedziękuję.
trzask.
dzyń!
- Jajka?
- Nie.
trzask
dzyń!
- Witam.... Przychodzimy... do... Państwa... ponieważ... chcielibyśmy... jeżeli... wyrażą... Państwo... taką... chęć... porozmawiać... o tym... co... napisano... w... Biblii... Czy... zechciałaby... Pani... poświęcić...
- Nie... dziękuję...
trzask.
dzyń!
- Dzisiaj w Betlejem, dzisiaj w Betlejem, wes...
- Nie, dziękuję.
trzask
dzyń!
- Dzień dobry! Może kalendarz z kominiarzem?
- Nie, dziękuję.
- Na 2014 rok.
- Nie, dziękuję.
- Kalendarz od kominiarza na szczęście.
- Nie, dziękuję.
- Na pewno się przyda.
- Dziękuję, nie potrzebuję.
trzask
dzyń!
- Dzień dobry. Jestem absolwentką Akademii Sztuk Pięknych i sprzedaję takie PIĘKNE obrazki rysowane ołówkiem. Proszę zobaczyć, może coś Pani się spodoba. O, tu taki widoczek. A tu piesek.
- Bardzo ładne, ale...
- Ten, BARDZO PIĘKNY, z głowy rysowany, dzieci na sianie. A tu mam takie ładne kotki. I jeszcze taki widoczek.
- Ale..
- Może Pani coś wybierze, proszę sobie zobaczyć, takie koniki na przykład. PIĘKNE.
- Naprawdę dziękuję.
- I jeszcze proszę zobaczyć taki widoczek.
- Nie, dziękuję.
trzask
dzyń!
- Ciiiicha noc, święęęęta....
- Nie, dziękuję.
trzask
dzyń!
- Dzień dobry. Spokojnie, niczego nie sprzedajemy. Jesteśmy z organizacji WWF.
Ale to już znacie.
dzyń!
- Kurwa, co znowu?!? O... dzień dobry...
- Dzień dobry. Polecony do męża.
- Aha, dziękuję. Tu podpisać?
- Tak, dziękuję, miłego dnia.
- Wzajemnie. (Może nie słyszał?)
dzyń! dzyń! dzyń! dzyń! dzyń!
- DZIEŃ DOBRY!!!! OPŁATEK DLA PAŃSTWA NA ŚWIĘTA?!!!!
- Dziecko mi Pan właśnie obudził.
- o przepraszam. opłatek?
- Nie, dziękuję.
trzask!
dzyń!
- Witam Panią bardzo serdecznie. Reprezentuję fundację "Biednych i chorych ludzi, którzy mają gorzej niż Ty". Oto mój identyfikator. Co roku przychodzę do Państwa i oferuję prace osób zrzeszonych w naszej fundacji...
I nim się Matka spostrzega już klęczy przed nią, kocyk na jej wycieraczce rozwija, a na tym kocyku w 10 sekund pojawia się kilkadziesiąt gipsowych figurek, a co jedna to brzydsza.
-... dzięki sprzedaży tych prac możemy sfinansować coś tam i coś tam dla iluś tam osób. Działamy od roku... przy ulicy.... zajmujemy się...
- Dobra, Pan da tego niebieskiego. Ile?
- 10 zł.
- Chwileczkę, muszę iść po portfel.
Ja pierdzielę, na głowę upadłam? 10 zł za tę szkaradę? Anioł w kolorze smerfa?
- Proszę.
- A może jeszcze Pani sobie coś wybierze?
- Nie, nie, już mi wystarczy. Dziękuję.
- Taki kwiatek do powieszenia?
- Naprawdę aniołek mi w zupełności wystarczy. Dziękuję.
trzask
dzyń!
- Dzień dobry. Proszę się nie obawiać, nie chcę żadnych pieniędzy. Po prostu idę Skądś tam i muszę jeszcze dziś dotrzeć Gdzieś tam i mam taki problem, że nogi mi przemokły. Czy mogłaby mi Pani dać jakieś skarpetki męża. Zwykłe. Bawełniane najlepiej.
- Cha cha cha cha cha
trzask
- Cha cha cha cha cha
Ojciec już nie pozwala otwierać. Co i tak nie zapewnia braku frustracji u domowników. I tak wczoraj akurat pojawili się pierwsi sensowni kolędnicy. Od 10. piętra było ich słychać jak schodzą na dół. Słychać było, że dorośli grają na żywych instrumentach a kilkoro małych dzieci z radością wyśpiewuje kolędy, uroczo myląc co jakiś czas słowa. Żadna tam niemrawo wydukana pierwsza zwrotka. Na każdym piętrze inna kolęda i to zaśpiewana od początku do końca. A Ojciec się zawziął, żeby nie otwierać. Matka prosiła.
- Ej no weź, fajni są na pewno. Może poprzebierani.
- Nie otwieraj.
- Młodemu pokażemy prawdziwych kolędników.
- Nie.
- Ale zobacz jak już tańczy pod drzwiami do "Pójdźmy wszyscy do stajenki".
- Nie otwieraj.
- Ty to aspołeczny jesteś!
- Jaki? - oburzył się szczerze - To Ty ostatnio masz ciągoty do zwierząt! - No cóż, wciąż nie może Matce wybaczyć, że w jednym z komentarzy pod postem o rysiach przyznała, że ekolog był przystojny. W związku z tym temat rysiów wciąż jeszcze jest w domu wywlekany przy każdej nadarzającej się okazji.
Chwilę później.
- Czemu zmywarkę już włączyłeś?! Przecież tu jest jeszcze pełno naczyń!
- Ale już miejsca nie było.
- Na ten widelec nie było miejsca?! Czasami myślę, że Ty mi na złość układasz tak te naczynia!! Tyle razy już Ci przecież mówiłam żebyś...
- No i wybuchła. Trzeba było pozwolić jej otworzyć te drzwi - rzucił w przestrzeń najspokojniej jak tylko się dało reagując na niekontrolowany atak ze strony Matki, która zmywarkę lubi mieć załadowaną po swojemu ;-)
Zamiast świątecznego wieńca.
No bo ileż można? Jak w to zakichane Halloween zaczął dzwonić dzwonek (a wyjątkowo głośny i drażniący mają dzwonek) tak do teraz, prawie codziennie, nawet po kilka razy, ktoś przychodzi i sprzedaje, prosi, żebrze, informuje, śpiewa, rysuje, zbiera, proponuje...
dzyń! dzyń!
- Cukierek albo psikus!
- O jak ładnie poprzebierani. Czekajcie.
Cholera, że niby dzisiaj jakiś halołin? A w domu żadnych słodyczy.
- Macie po bananie. Na zdrowie.
- Dziękujemy.
trzask
dzyń!
- Cukierek albo psikus!
- Musicie podzielić się pomarańczą. Nic więcej nie mam.
- Dziękujemy.
trzask
dzyń!
- Cukierek albo psikus!
- Przykro mi, ci przed Wami już nas ogołocili.
trzask
Kuźwa, nawet im się przebrać nie chciało.
Godzinę później okazuje się, że klatka schodowa usyfiona papierem toaletowym. Taki psikus.
dzyń!
- Dzień dobry. Sprzedajemy dywany. Oryginalne, z wełny...
- Nie, dziękuję.
trzask.
dzyń! dzyń! dzyń!
- Dzieńdobry. Może ziemniakicebulęburaki Panisobieżyczy? Workipo20kilo...
- Niedziękuję.
trzask.
dzyń!
- Jajka?
- Nie.
trzask
dzyń!
- Witam.... Przychodzimy... do... Państwa... ponieważ... chcielibyśmy... jeżeli... wyrażą... Państwo... taką... chęć... porozmawiać... o tym... co... napisano... w... Biblii... Czy... zechciałaby... Pani... poświęcić...
- Nie... dziękuję...
trzask.
dzyń!
- Dzisiaj w Betlejem, dzisiaj w Betlejem, wes...
- Nie, dziękuję.
trzask
dzyń!
- Dzień dobry! Może kalendarz z kominiarzem?
- Nie, dziękuję.
- Na 2014 rok.
- Nie, dziękuję.
- Kalendarz od kominiarza na szczęście.
- Nie, dziękuję.
- Na pewno się przyda.
- Dziękuję, nie potrzebuję.
trzask
dzyń!
- Dzień dobry. Jestem absolwentką Akademii Sztuk Pięknych i sprzedaję takie PIĘKNE obrazki rysowane ołówkiem. Proszę zobaczyć, może coś Pani się spodoba. O, tu taki widoczek. A tu piesek.
- Bardzo ładne, ale...
- Ten, BARDZO PIĘKNY, z głowy rysowany, dzieci na sianie. A tu mam takie ładne kotki. I jeszcze taki widoczek.
- Ale..
- Może Pani coś wybierze, proszę sobie zobaczyć, takie koniki na przykład. PIĘKNE.
- Naprawdę dziękuję.
- I jeszcze proszę zobaczyć taki widoczek.
- Nie, dziękuję.
trzask
dzyń!
- Ciiiicha noc, święęęęta....
- Nie, dziękuję.
trzask
dzyń!
- Dzień dobry. Spokojnie, niczego nie sprzedajemy. Jesteśmy z organizacji WWF.
Ale to już znacie.
dzyń!
- Kurwa, co znowu?!? O... dzień dobry...
- Dzień dobry. Polecony do męża.
- Aha, dziękuję. Tu podpisać?
- Tak, dziękuję, miłego dnia.
- Wzajemnie. (Może nie słyszał?)
dzyń! dzyń! dzyń! dzyń! dzyń!
- DZIEŃ DOBRY!!!! OPŁATEK DLA PAŃSTWA NA ŚWIĘTA?!!!!
- Dziecko mi Pan właśnie obudził.
- o przepraszam. opłatek?
- Nie, dziękuję.
trzask!
dzyń!
- Witam Panią bardzo serdecznie. Reprezentuję fundację "Biednych i chorych ludzi, którzy mają gorzej niż Ty". Oto mój identyfikator. Co roku przychodzę do Państwa i oferuję prace osób zrzeszonych w naszej fundacji...
I nim się Matka spostrzega już klęczy przed nią, kocyk na jej wycieraczce rozwija, a na tym kocyku w 10 sekund pojawia się kilkadziesiąt gipsowych figurek, a co jedna to brzydsza.
-... dzięki sprzedaży tych prac możemy sfinansować coś tam i coś tam dla iluś tam osób. Działamy od roku... przy ulicy.... zajmujemy się...
- Dobra, Pan da tego niebieskiego. Ile?
- 10 zł.
- Chwileczkę, muszę iść po portfel.
Ja pierdzielę, na głowę upadłam? 10 zł za tę szkaradę? Anioł w kolorze smerfa?
- Proszę.
- A może jeszcze Pani sobie coś wybierze?
- Nie, nie, już mi wystarczy. Dziękuję.
- Taki kwiatek do powieszenia?
- Naprawdę aniołek mi w zupełności wystarczy. Dziękuję.
trzask
dzyń!
- Dzień dobry. Proszę się nie obawiać, nie chcę żadnych pieniędzy. Po prostu idę Skądś tam i muszę jeszcze dziś dotrzeć Gdzieś tam i mam taki problem, że nogi mi przemokły. Czy mogłaby mi Pani dać jakieś skarpetki męża. Zwykłe. Bawełniane najlepiej.
- Cha cha cha cha cha
trzask
- Cha cha cha cha cha
Ojciec już nie pozwala otwierać. Co i tak nie zapewnia braku frustracji u domowników. I tak wczoraj akurat pojawili się pierwsi sensowni kolędnicy. Od 10. piętra było ich słychać jak schodzą na dół. Słychać było, że dorośli grają na żywych instrumentach a kilkoro małych dzieci z radością wyśpiewuje kolędy, uroczo myląc co jakiś czas słowa. Żadna tam niemrawo wydukana pierwsza zwrotka. Na każdym piętrze inna kolęda i to zaśpiewana od początku do końca. A Ojciec się zawziął, żeby nie otwierać. Matka prosiła.
- Ej no weź, fajni są na pewno. Może poprzebierani.
- Nie otwieraj.
- Młodemu pokażemy prawdziwych kolędników.
- Nie.
- Ale zobacz jak już tańczy pod drzwiami do "Pójdźmy wszyscy do stajenki".
- Nie otwieraj.
- Ty to aspołeczny jesteś!
- Jaki? - oburzył się szczerze - To Ty ostatnio masz ciągoty do zwierząt! - No cóż, wciąż nie może Matce wybaczyć, że w jednym z komentarzy pod postem o rysiach przyznała, że ekolog był przystojny. W związku z tym temat rysiów wciąż jeszcze jest w domu wywlekany przy każdej nadarzającej się okazji.
Chwilę później.
- Czemu zmywarkę już włączyłeś?! Przecież tu jest jeszcze pełno naczyń!
- Ale już miejsca nie było.
- Na ten widelec nie było miejsca?! Czasami myślę, że Ty mi na złość układasz tak te naczynia!! Tyle razy już Ci przecież mówiłam żebyś...
- No i wybuchła. Trzeba było pozwolić jej otworzyć te drzwi - rzucił w przestrzeń najspokojniej jak tylko się dało reagując na niekontrolowany atak ze strony Matki, która zmywarkę lubi mieć załadowaną po swojemu ;-)
poniedziałek, 16 grudnia 2013
Miło było. Ale wszystko co dobre, w końcu idzie w pizdu
Nie było o czym pisać. Wszystko dobrze się układało. Istniała obawa, że blog zmarnieje.
Pomyślała Matka chwilę i stwierdziła: "OK, zaraz przecież będzie rocznica ślubu. Jeden dzień a na pewno tematów będzie co niemiara". Już widziała siebie z frustracją napierniczającą w klawiaturę, o tym, jak Ojciec, choć obiecywał i zapewniał, o rocznicy jednak zapomniał, Babcia w ostatniej chwili zadzwoniła, że coś jej wypadło albo autobus uciekł i sorry Batory albo dojechała na czas, ale Pierworodny nie chciał zasnąć, więc ostatecznie i tak z kina nici. A film, jeśli nawet po pokonaniu wszelkich przeciwności losu udało się obejrzeć, znowu okazał się gówniany.
Ale nieee.
Była rocznica.
Babcia dojechała. Syn zasnął bez żadnego problemu, niemal zaraz po tym, jak przyłożył główkę do poduszki, nawet bajka nie była potrzebna. Ojciec zapłacił ostatnią ratę za samochód dzień wcześniej i mimo to o rocznicy pamiętał. Do kina się nie spóźnili. 20 minut przed czasem byli! Popcorn był świeży*. Film świetny.
Nic po myśli matki-blogerki.
Za to wszystko po myśli Matki.
Miło było. Matka nawet wyszła z tego kina tak nakręcona, że chciała iść jeszcze w miasto, ale sobie odpuściła widząc desperację w oczach Ojca, którego męczyła już wtedy zaraza. Zresztą po analizie ewentualnych punktów clubingu bez żalu większego to uczyniła, bowiem dziwne jest miasto, w którym mieszkają - niby 100 tys. mieszkańców, ale o 23:30 w dzień powszedni z lokali czynny jest tylko jeden McDonald's, jak bum cyk cyk, nic więcej.
W trakcie dwudniowego pobytu Babcia Pierworodnym się zajęła, zatem Matka mogła się "relaksować" myjąc okna na święta, sprzątając zapomniane zakamarki i załatwiając 30 razy więcej spraw niż normalnie w obecności Syna. Mogła też sobie odpuścić zabawę samochodzikami i klockami LEGO (jupi!!!).
I jeszcze Ojciec zrobił coś niesamowicie romantycznego. Wzruszył tym Matkę. I pomyśleć jak nikłe pojęcie o romantyczności miała Matka 9 lat temu. Myślała, że jej szczytem było to jak tańczyli na ulicy do ballady Metallici, którą usłyszeli z czyjegoś okna, albo, że romantyczne były te stokrotki, które co rano dostawała. Phi.
Ojciec coraz bardziej chory, w pracy ma zapierdziel, od rana do wieczora wszystko ustawione co do kwadransa, sprawa za sprawą, spotkanie za spotkaniem. Matka Matki na spacerze z Wnukiem. Matka pojechała tramwajem przez pół miasta do hipermarketu po zakupy. Duże zakupy, w większości to zawartość paczek świątecznych dla pracowników Ojca. Wrócić miała taksówką. Pcha z mozołem wózek po markecie, akurat na dziale dziecięcym sprawdza czy może jakieś body nie są w promocji i nagle słyszy za sobą: "Ależ Pani jest piękna". Odwróciła się z uśmiechem, a co! trzeba znać swoją wartość, niby czemu miałoby to być akurat do tej pani kawałek dalej. Stoi uśmiechnięty Ojciec. W pracy wyskoczyło mu półgodzinne okienko, więc szybko przejechał to samo pół miasta, które wcześniej przejechała Matka i oświadczył, że nie mógł znieść wizji jak z tymi 30 kilogramami zakupów czeka Matka na taksówkę, których zawsze pod marketem brakuje. Pomógł dokończyć zakupy, wpakował je do samochodu i zawiózł Matkę do domu. A sam wrócił szybko do pracy.
Tak, właśnie to Matka uważa za romantyczne.
Że myśli o takich rzeczach nawet, gdy sam nie ma czasu kawy wypić i z gorączką jeździ po całym mieście załatwiając miliony spraw. Że rezygnuje z chwili oddechu na rzecz zakupów, których robić nienawidzi.
A wieczorem jeszcze kwiaty przyniósł, chociaż uzgadniali, że w tym roku kino wystarczy. Ale tym to akurat zreflektował się za Mikołajki ;-)
Miło było.
A potem Babcia wyjechała. Przestało być miło. Pierworodny zdziczał. Ojciec się pochorował na dobre. Matka nie wie w co ręce wsadzić. By zająć się czymś produktywnym i nie udusić własnego dziecka. Ale jak tylko próbuje coś zdziałać zaraz musi przerywać, aby zdjąć Syna z jakiegoś mebla, wyjąć mu z ręki nóż, zamknąć lodówkę, którą właśnie otworzył, złapać w ostatniej chwili coś, co na siebie zrzucił, przytulić po tym jak nie zdążyła złapać tego, co na siebie zrzucił itd.
Pierwszy dzień po wyjeździe Matki Matki śmiało można zaliczyć do jednego z najgorszych w historii macierzyństwa Matki Wyluzuj! A myślała Matka, że już żaden ryk Syna nie jest w stanie jej zaskoczyć. Trochę na własne życzenie Matka zgotowała sobie ten los. Mogła odpuścić. Ale się zawzięła. Przetrzymała każdy atak histerii na prośbę o posprzątanie zabawek, przetrzymała widok niszczycielskiej siły obracającej w niwecz cały porządek jaki wprowadziła podczas wizyty Babci, przetrzymała rzucanie jedzeniem i zabawkami, odpuściła, gdy nie chciał wyjść na spacer. Bawiła się tymi przeklętymi resorakami i klockami na dywanie, bo przecież Babci zawsze chce się z nim bawić, więc teraz Matce nie należy się żadna taryfa ulgowa. Ale gdy zobaczyła jak z premedytacją, mimo zakazów i tłumaczeń, wrzuca smoczek za kanapę, dwa dni po tym jak Matka przy okazji mycia okien odsuwając tę kanapę wyciągnęła zza niej 50 (tak, policzyła) przedmiotów najróżniejszego przeznaczenia oraz około pół kilograma jedzenia wszelakiego, pomyślała: "Ooo nie, mój drogi. Basta. Tę lekcję już sobie zapamiętasz". I zawzięła się Matka podwójnie. "Nie ma smoka. Wrzuciłeś za kanapę. Musisz poradzić sobie bez niego". To już 5 dni. I tylko jakieś 278 razy wypowiedziane "Nie ma smoka. Wrzuciłeś za kanapę". Znów zaczynało być trochę miło. Ale w międzyczasie Ojciec poszedł do lekarza (czyt. nie jest już ani trochę dobrze) i okazało się, że ma jednocześnie zapalenie gardła, zatok i oskrzeli. I wygląda na to, że Pierworodny tak sobie po prostu zrezygnował z drzemek w ciągu dnia. Ot, było 3 godziny spokoju - nie ma.
A dziś wypadła z dawien dawna wyczekiwana wizyta u alergologa, u świetnej pani doktor, którą Matka ostatnio pokochała tak, jak tylko matka może pokochać pediatrę, która to pani doktor miała zrobić Pierworodnemu nowe testy. Jednak od wczoraj katar leje się dziecku z nosa strumieniami, od rana gorączka, testy znów przełożone na styczeń. Kolejne święta bez żadnych frykasów z dodatkiem mleka czy jajka. Podejrzane wydawało się to, że przed wizytą u lekarza Syn nie ma żadnych tradycyjnych obrażeń na ciele, mimo iż odpuszczono mu owijanie w folię bąbelkową w celach profilaktycznych. No to na dwie godziny przed wyjazdem, osłabiony chorobą, grzecznie sprzątając zabawki z podłogi, trzepnął twarzą w posadzkę. I tak, przypadkiem, Matka odkryła, że na krwawiącą wargę, skołatane nerwy i nieszczęście w oczach pomagają ogórki kiszone. Nic innego. W ilości hurtowej. Ileż to dziecko potrafi zjeść ogórków, niezależnie od ich postaci. W dodatku pani doktor orzekła zapalenie gardła, rzecz jasna przepisała jeden, drugi, trzeci lek. Jakby mało Syn i Matka przeżywali codziennie koszmaru z powodu opróżniania tego zasmarkanego nosa. 3 lekarstwa a każde 3 razy dziennie. I nie razem. Tylko w odstępach co pół godziny. Czaicie to? A za każdym razem płacz, rozpacz czarna, kompletny brak współpracy i w końcu przemoc z każdej strony.
Ale w kinie to było naprawdę miło.
* pisząc ten tekst Matka właśnie, po 6 dniach, dojada popcorn z kina, o dziwo zjadliwy. Ale końca jeszcze nie widać. Ojciec się uparł na opakowanie "gigant-masakra", bo tylko 3 zł droższe od opakowania "rozsądna ilość dla dwojga". Zachodzi obawa, że jak za kilka miesięcy znów uda im się wyjść z domu to zabiorą ze sobą to samo opakowanie.
Pomyślała Matka chwilę i stwierdziła: "OK, zaraz przecież będzie rocznica ślubu. Jeden dzień a na pewno tematów będzie co niemiara". Już widziała siebie z frustracją napierniczającą w klawiaturę, o tym, jak Ojciec, choć obiecywał i zapewniał, o rocznicy jednak zapomniał, Babcia w ostatniej chwili zadzwoniła, że coś jej wypadło albo autobus uciekł i sorry Batory albo dojechała na czas, ale Pierworodny nie chciał zasnąć, więc ostatecznie i tak z kina nici. A film, jeśli nawet po pokonaniu wszelkich przeciwności losu udało się obejrzeć, znowu okazał się gówniany.
Ale nieee.
Była rocznica.
Babcia dojechała. Syn zasnął bez żadnego problemu, niemal zaraz po tym, jak przyłożył główkę do poduszki, nawet bajka nie była potrzebna. Ojciec zapłacił ostatnią ratę za samochód dzień wcześniej i mimo to o rocznicy pamiętał. Do kina się nie spóźnili. 20 minut przed czasem byli! Popcorn był świeży*. Film świetny.
Nic po myśli matki-blogerki.
Za to wszystko po myśli Matki.
Miło było. Matka nawet wyszła z tego kina tak nakręcona, że chciała iść jeszcze w miasto, ale sobie odpuściła widząc desperację w oczach Ojca, którego męczyła już wtedy zaraza. Zresztą po analizie ewentualnych punktów clubingu bez żalu większego to uczyniła, bowiem dziwne jest miasto, w którym mieszkają - niby 100 tys. mieszkańców, ale o 23:30 w dzień powszedni z lokali czynny jest tylko jeden McDonald's, jak bum cyk cyk, nic więcej.
W trakcie dwudniowego pobytu Babcia Pierworodnym się zajęła, zatem Matka mogła się "relaksować" myjąc okna na święta, sprzątając zapomniane zakamarki i załatwiając 30 razy więcej spraw niż normalnie w obecności Syna. Mogła też sobie odpuścić zabawę samochodzikami i klockami LEGO (jupi!!!).
I jeszcze Ojciec zrobił coś niesamowicie romantycznego. Wzruszył tym Matkę. I pomyśleć jak nikłe pojęcie o romantyczności miała Matka 9 lat temu. Myślała, że jej szczytem było to jak tańczyli na ulicy do ballady Metallici, którą usłyszeli z czyjegoś okna, albo, że romantyczne były te stokrotki, które co rano dostawała. Phi.
Ojciec coraz bardziej chory, w pracy ma zapierdziel, od rana do wieczora wszystko ustawione co do kwadransa, sprawa za sprawą, spotkanie za spotkaniem. Matka Matki na spacerze z Wnukiem. Matka pojechała tramwajem przez pół miasta do hipermarketu po zakupy. Duże zakupy, w większości to zawartość paczek świątecznych dla pracowników Ojca. Wrócić miała taksówką. Pcha z mozołem wózek po markecie, akurat na dziale dziecięcym sprawdza czy może jakieś body nie są w promocji i nagle słyszy za sobą: "Ależ Pani jest piękna". Odwróciła się z uśmiechem, a co! trzeba znać swoją wartość, niby czemu miałoby to być akurat do tej pani kawałek dalej. Stoi uśmiechnięty Ojciec. W pracy wyskoczyło mu półgodzinne okienko, więc szybko przejechał to samo pół miasta, które wcześniej przejechała Matka i oświadczył, że nie mógł znieść wizji jak z tymi 30 kilogramami zakupów czeka Matka na taksówkę, których zawsze pod marketem brakuje. Pomógł dokończyć zakupy, wpakował je do samochodu i zawiózł Matkę do domu. A sam wrócił szybko do pracy.
Tak, właśnie to Matka uważa za romantyczne.
Że myśli o takich rzeczach nawet, gdy sam nie ma czasu kawy wypić i z gorączką jeździ po całym mieście załatwiając miliony spraw. Że rezygnuje z chwili oddechu na rzecz zakupów, których robić nienawidzi.
A wieczorem jeszcze kwiaty przyniósł, chociaż uzgadniali, że w tym roku kino wystarczy. Ale tym to akurat zreflektował się za Mikołajki ;-)
Miło było.
A potem Babcia wyjechała. Przestało być miło. Pierworodny zdziczał. Ojciec się pochorował na dobre. Matka nie wie w co ręce wsadzić. By zająć się czymś produktywnym i nie udusić własnego dziecka. Ale jak tylko próbuje coś zdziałać zaraz musi przerywać, aby zdjąć Syna z jakiegoś mebla, wyjąć mu z ręki nóż, zamknąć lodówkę, którą właśnie otworzył, złapać w ostatniej chwili coś, co na siebie zrzucił, przytulić po tym jak nie zdążyła złapać tego, co na siebie zrzucił itd.
Pierwszy dzień po wyjeździe Matki Matki śmiało można zaliczyć do jednego z najgorszych w historii macierzyństwa Matki Wyluzuj! A myślała Matka, że już żaden ryk Syna nie jest w stanie jej zaskoczyć. Trochę na własne życzenie Matka zgotowała sobie ten los. Mogła odpuścić. Ale się zawzięła. Przetrzymała każdy atak histerii na prośbę o posprzątanie zabawek, przetrzymała widok niszczycielskiej siły obracającej w niwecz cały porządek jaki wprowadziła podczas wizyty Babci, przetrzymała rzucanie jedzeniem i zabawkami, odpuściła, gdy nie chciał wyjść na spacer. Bawiła się tymi przeklętymi resorakami i klockami na dywanie, bo przecież Babci zawsze chce się z nim bawić, więc teraz Matce nie należy się żadna taryfa ulgowa. Ale gdy zobaczyła jak z premedytacją, mimo zakazów i tłumaczeń, wrzuca smoczek za kanapę, dwa dni po tym jak Matka przy okazji mycia okien odsuwając tę kanapę wyciągnęła zza niej 50 (tak, policzyła) przedmiotów najróżniejszego przeznaczenia oraz około pół kilograma jedzenia wszelakiego, pomyślała: "Ooo nie, mój drogi. Basta. Tę lekcję już sobie zapamiętasz". I zawzięła się Matka podwójnie. "Nie ma smoka. Wrzuciłeś za kanapę. Musisz poradzić sobie bez niego". To już 5 dni. I tylko jakieś 278 razy wypowiedziane "Nie ma smoka. Wrzuciłeś za kanapę". Znów zaczynało być trochę miło. Ale w międzyczasie Ojciec poszedł do lekarza (czyt. nie jest już ani trochę dobrze) i okazało się, że ma jednocześnie zapalenie gardła, zatok i oskrzeli. I wygląda na to, że Pierworodny tak sobie po prostu zrezygnował z drzemek w ciągu dnia. Ot, było 3 godziny spokoju - nie ma.
A dziś wypadła z dawien dawna wyczekiwana wizyta u alergologa, u świetnej pani doktor, którą Matka ostatnio pokochała tak, jak tylko matka może pokochać pediatrę, która to pani doktor miała zrobić Pierworodnemu nowe testy. Jednak od wczoraj katar leje się dziecku z nosa strumieniami, od rana gorączka, testy znów przełożone na styczeń. Kolejne święta bez żadnych frykasów z dodatkiem mleka czy jajka. Podejrzane wydawało się to, że przed wizytą u lekarza Syn nie ma żadnych tradycyjnych obrażeń na ciele, mimo iż odpuszczono mu owijanie w folię bąbelkową w celach profilaktycznych. No to na dwie godziny przed wyjazdem, osłabiony chorobą, grzecznie sprzątając zabawki z podłogi, trzepnął twarzą w posadzkę. I tak, przypadkiem, Matka odkryła, że na krwawiącą wargę, skołatane nerwy i nieszczęście w oczach pomagają ogórki kiszone. Nic innego. W ilości hurtowej. Ileż to dziecko potrafi zjeść ogórków, niezależnie od ich postaci. W dodatku pani doktor orzekła zapalenie gardła, rzecz jasna przepisała jeden, drugi, trzeci lek. Jakby mało Syn i Matka przeżywali codziennie koszmaru z powodu opróżniania tego zasmarkanego nosa. 3 lekarstwa a każde 3 razy dziennie. I nie razem. Tylko w odstępach co pół godziny. Czaicie to? A za każdym razem płacz, rozpacz czarna, kompletny brak współpracy i w końcu przemoc z każdej strony.
Ale w kinie to było naprawdę miło.
* pisząc ten tekst Matka właśnie, po 6 dniach, dojada popcorn z kina, o dziwo zjadliwy. Ale końca jeszcze nie widać. Ojciec się uparł na opakowanie "gigant-masakra", bo tylko 3 zł droższe od opakowania "rozsądna ilość dla dwojga". Zachodzi obawa, że jak za kilka miesięcy znów uda im się wyjść z domu to zabiorą ze sobą to samo opakowanie.
piątek, 13 grudnia 2013
Bo wszystkie Rysie to fajne chłopaki, czyli jak Matka została ekologiem
- Nie mogę teraz rozmawiać. Ratuję rysie - powiedziała Matka Ojcu dzwoniącemu do niej po wyjściu z przychodni.
Jakieś 20 minut później był już w domu.
- O, właśnie minąłeś się z tymi ekologami.
- Co? jakimi ekologami?
- Tymi od rysi. Dopiero co wyszli.
- Jakich rysi?
- Tacy byli mili, że się do WWF zapisałam. I teraz rysie ratuję.
- Jaja sobie robisz?
Za chwilę temat się urwał. Ojciec opowiada o wizycie u lekarza.
- No i zapytał mnie, czy ja jestem nienormalny. Że jak ja mogłem tyle czasu wytrzymać bez przyjścia do niego. Bo mam 3 w 1. Zapalenie oskrzeli, gardła i zatok.
(A jak Matka go pyta, czy jest nienormalny to się jeszcze obraża.)
- Ty, ale weź mi może w styczniu przypomnij, żebym już przestała te rysie ratować - wtrąciła się nie na temat Matka, której o ekologach znów się przypomniało.
- Co? To Ty na to kasę dałaś?
- Oj taaaam, 30 zł...
- To ja sobie jednego lekarstwa nie wykupiłem, a Ty na rysie wydajesz?
- ... miesięcznie - dodała już ciszej.
- Ty żartujesz? Jak jeszcze zaczniesz latać na "ceptery" i kozie kołdry to mi się na oczy nie pokazuj.
- Oj przestań, raz do roku można komuś pomóc. W tym roku padło na rysie. Rysie dostaną od nas szlachetną paczkę. Ty wiesz, jakie one są biedne? Na Mazurach jest ich tylko 9 i muszą się bzykać między sobą. A wszystko to rodzina... To wiesz, co się dzieje.
- I co z tego?
- A poza tym dostaniemy pakiet powitalny. Z naklejką. I zniżkę do Biebrzańskiego Parku Narodowego.
- Taa, bo bywamy tam dwa razy w tygodniu.
Matka wtula się w Ojca.
- Do Rysia się przytul.
- Nie chcę do Rysia, do Ciebie chcę.
- A jak to w ogóle się stało, że oni do domu weszli.
- Wpuściłam ich przecież.
- Ale dlaczego?
- Bo fajni tacy byli. I mili.
- To Ty nie wiesz, że jak ludzie są mili to znaczy, że czegoś chcą? Że tak naprawdę nie są mili? A balon to Cię niczego nie nauczył?
I weź z takim gadaj.
Na TVNie zaczyna się jakaś 67. część sagi "Zmierzch". Matka przewraca oczami, łapie za pilota i z przekorą, uciekając od wzroku Ojca, mówi do siebie:
- Nie ma nic lepszego w tej telewizji? Może jakiś film przyrodniczy...
I tak pod znakiem rysi mija sobie dzisiejszy wieczór.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

