Coś dziwnego dzieje się z Synem Pierworodnym. Od kilku dni ma ciągłą potrzebę tulenia się. Może godzinami siedzieć okrakiem na Matce i wtulać się w matczyne piersi. Zupełnie spokojnie, cichutko i nieruchomo. To do niego tak niepodobne, że Matkę aż niepokoi. Owszem, Syn często w ciągu dnia przychodził się przytulić. Ale zwykle wyglądało to tak, że przybiegał, wtulał się na chwilę a to w brzuch, a to w nogę, a to po prostu w mamusine ramiona, po czym pędził załatwiać własne sprawy. Dłuższe tulenie zarezerwowane było dla sytuacji kryzysowych i tych ocierających się o koniec świata.
To bardzo przyjemne tak sobie razem siedzieć i wdychać ten najcudowniejszy zapach świata, czyli zapach główki Pierworodnego, czuć przy sobie to malutkie, cieplutkie ciałko, nic nie robić, tylko być razem. Jednak Matkę prześladuje myśl, że coś tu jest jednak nie tak.
- Co Panią sprowadza? Co dolega dziecku?
- Tuli się.
- Rozumiem, już wypisuję receptę. Syropek dwa razy dziennie po posiłku, tabletkę rozpuścić i podawać na czczo. Powinno pomóc.
piątek, 8 marca 2013
czwartek, 7 marca 2013
Love Krove
Syn Pierworodny ma alergię. Na białka mleka krowiego. To diagnoza matki, na którą wpadła dość przypadkowo, gdy Syn miał kilka tygodni. Właściwie nikt mu badań nie zrobił, ale matczyna intuicja podpowiada Matce, że ma rację. Jednak od pediatry Matka usłyszała, że ma nie wymyślać chorób u zdrowego dziecka. Od dermatologa, że bardzo dobrze, że tak szybko wykluczyła ze swojej diety wszelkie produkty mleczne, bo przecież mamy do czynienia z typowymi objawami alergii. Od alergologa właściwie nic nie usłyszała poza "Następna kontrola za pół roku". Najwięcej dowiedziała się od swojego ginekologa, który Pierworodnego nawet na oczy nie widział, bo i po co, ale który po prostu sam ma dwójkę dzieci, które przez alergię przeszły.
W zeszłym tygodniu minęło owe pół roku czekania na wizytę u alergologa. Poczekała sobie Matka z Synem na rękach w kolejce do lekarza, potem w kolejce do testów u pielęgniarki, potem znów do lekarza, potem czekała na windę, potem zgubiła się w szpitalu, a potem znów czekała w kolejce do rejestracji. Naiwnie cieszyła się na wejściu, że są trzeci w kolejce. 3 godziny później z całej swej naiwności była już odarta.
Testy skórne Matka mocno przeżyła (w przeciwieństwie do Syna, który był bardzo dzielny), "bo jakże to tak? z taką igłą do tych maleńkich, delikatnych rączek? 22 nakłucia? i jeszcze Matka ma na to patrzeć?". Co gorsza, przeżyć Matki nie koniec, bo testy niczego nie wykazały, a ewidentnie coś na rzeczy jest.
Pani doktor zarządziła więc testy z krwi, na za tydzień, i kolejną wizytę kontrolną, na za dwa tygodnie. I przez ten najbliższy tydzień Matka ma jeść produkty mleczne - żeby wywołać przeciwciała u Syna czy jakoś tak. Matka myślała, że podskoczy a potem padnie ze szczęścia jak usłyszała o tej tygodniowej dyspensie, ale za bardzo już była zmęczona tymi kolejkami. Na zewnątrz więc było widać stoicki spokój, za to w środku odtańczyła taniec radości. Prosto ze szpitala pojechała na zakupy. I nagle poczuła się jak dziecko w sklepie ze słodyczami. Przytaszczyła do domu wszystko: mleko, śmietanę, twarogi, żółty ser, jogurt, mozzarellę, śmietankę do kawy, ciacha z kremem z cukierni, czekoladę mleczną i co tylko wpadło jej w ręce a w składzie miało mleko. Upewniała się matka u lekarza czy na pewno może, czy ma wprowadzać stopniowo, czy od razu może wszystko jeść? Od pani doktor usłyszała: "Tyle ile ma pani ochotę". Kobieto, nie wiesz co mówisz - pomyślała Matka, która po ponad 9 miesiącach restrykcyjnej diety zeżarłaby krowę, gdyby takową pod szpitalem spotkała.
Przez 4 dni Matka jadła, wciąż z nieschodzącym z twarzy uśmiechem, wszystko to co lubi. Delektowała się każdym serkiem, każdą kawą z mlekiem czy śmietanką, każdą gałką lodów, smak naleśników z twarogiem rozpływał się w ustach, zwykły makaron z sosem tym razem posypany startym serem smakował jakoś tak odświętnie...
Ale przyszła kryska na Matyska. Po 4 dniach, w nocy, Matka i Ojciec przypomnieli sobie co znaczy kolka u dziecka. Przypomnieli też sobie, że za nic w świecie nie chcą do tego wracać. Odkopali zapomniany i pokryty kurzem Espumisan. Postarzeli się o kolejny rok w jedną noc. I tym sposobem Matka znów jest na diecie bezmlecznej...
W zeszłym tygodniu minęło owe pół roku czekania na wizytę u alergologa. Poczekała sobie Matka z Synem na rękach w kolejce do lekarza, potem w kolejce do testów u pielęgniarki, potem znów do lekarza, potem czekała na windę, potem zgubiła się w szpitalu, a potem znów czekała w kolejce do rejestracji. Naiwnie cieszyła się na wejściu, że są trzeci w kolejce. 3 godziny później z całej swej naiwności była już odarta.
Testy skórne Matka mocno przeżyła (w przeciwieństwie do Syna, który był bardzo dzielny), "bo jakże to tak? z taką igłą do tych maleńkich, delikatnych rączek? 22 nakłucia? i jeszcze Matka ma na to patrzeć?". Co gorsza, przeżyć Matki nie koniec, bo testy niczego nie wykazały, a ewidentnie coś na rzeczy jest.
Pani doktor zarządziła więc testy z krwi, na za tydzień, i kolejną wizytę kontrolną, na za dwa tygodnie. I przez ten najbliższy tydzień Matka ma jeść produkty mleczne - żeby wywołać przeciwciała u Syna czy jakoś tak. Matka myślała, że podskoczy a potem padnie ze szczęścia jak usłyszała o tej tygodniowej dyspensie, ale za bardzo już była zmęczona tymi kolejkami. Na zewnątrz więc było widać stoicki spokój, za to w środku odtańczyła taniec radości. Prosto ze szpitala pojechała na zakupy. I nagle poczuła się jak dziecko w sklepie ze słodyczami. Przytaszczyła do domu wszystko: mleko, śmietanę, twarogi, żółty ser, jogurt, mozzarellę, śmietankę do kawy, ciacha z kremem z cukierni, czekoladę mleczną i co tylko wpadło jej w ręce a w składzie miało mleko. Upewniała się matka u lekarza czy na pewno może, czy ma wprowadzać stopniowo, czy od razu może wszystko jeść? Od pani doktor usłyszała: "Tyle ile ma pani ochotę". Kobieto, nie wiesz co mówisz - pomyślała Matka, która po ponad 9 miesiącach restrykcyjnej diety zeżarłaby krowę, gdyby takową pod szpitalem spotkała.
Przez 4 dni Matka jadła, wciąż z nieschodzącym z twarzy uśmiechem, wszystko to co lubi. Delektowała się każdym serkiem, każdą kawą z mlekiem czy śmietanką, każdą gałką lodów, smak naleśników z twarogiem rozpływał się w ustach, zwykły makaron z sosem tym razem posypany startym serem smakował jakoś tak odświętnie...
Ale przyszła kryska na Matyska. Po 4 dniach, w nocy, Matka i Ojciec przypomnieli sobie co znaczy kolka u dziecka. Przypomnieli też sobie, że za nic w świecie nie chcą do tego wracać. Odkopali zapomniany i pokryty kurzem Espumisan. Postarzeli się o kolejny rok w jedną noc. I tym sposobem Matka znów jest na diecie bezmlecznej...
wtorek, 5 marca 2013
A Dziecko Harcuje Dzielnie
Rusza się. Niby to normalne. Znaczy, że zdrowy. Ale Syn Pierworodny rusza się za dwoje. Albo za troje. Pierworodny rusza się niemal bez przerwy. Podczas zabawy wszędzie go pełno. Ciągle "biega", coś przestawia, wyciąga, zrzuca, goni Kota lub ciągnie go za ogon, gdy Kot nie zdąży zwiać, rączkami sięga coraz wyże,j a paluszki przytrzaskuje w coraz dziwniejszych miejscach. Gdy siedzi u Matki na kolanach, z pozoru nieruchomo, już po chwili okazuje się, że macha sobie nogą, byle tylko się ruszać. Przy posiłkach Matka dziękuje producentowi krzesełek do karmienia za zamontowanie szelek, bo bez nich nie miałaby żadnych szans. Nie zdobyła się jednak (jeszcze) na związanie tych ruchliwych łapek, które czasem specjalnie, a czasem przypadkowo co chwilę strącają jedzenie z łyżeczki. Kiedy Pierworodny śpi na swojej powierzchni 120 x 60 cm, ograniczonej szczebelkami łóżeczka, pokonuje prawdziwe kilometry. Przewijanie to istny test zręcznościowy dla Matki, przechodzi go kilka razy dziennie i zawsze zostaje czymś zaskoczona. Kiedy Syn spotyka się z innymi dziećmi, jego ruchliwość staje się wyjątkowo dostrzegalna. Zwykle wygląda to tak, że współtowarzysz zabawy siedzi i bawi się jedną zabawką, podczas gdy Syn Pierworodny zdąży w tym czasie pięciokrotnie go okrążyć, pobawić się dziesięcioma innymi zabawkami, zwiedzić wszystkie pomieszczenia w miejscu gdzie się znajdujemy, cztery razy przyjść się przytulić i trzy razy wywrócić - to plan minimum, bywa gorzej.
Były już rozważania na temat tego, jakby z tego wszystkiego czerpać zyski i chociażby produkować energię elektryczną. A nuż by starczyło na to ciągłe odkurzanie Matki. Matka próbowała sobie nawet przypomnieć lekcje techniki z podstawówki i zasady działania dynama, ale niestety z marnym skutkiem. Pamięta jedynie, że w tamtych latach na owych lekcjach nabyła umiejętność zrobienia breloczka z drewna i sałatki jarzynowej. W związku z tym energia i ekspresja Syna wciąż marnują się niewykorzystane. Za to jak podrośnie, nauczy się go produkować breloczki z drewna na szeroką skalę - może z tego będą zyski.
Na szczęście jest jeden moment, kiedy Syn Pierworodny się wycisza. Milknie, poważnieje, nabiera dystansu do świata, nie spoufala się z otoczeniem a jedynie cicho obserwuje. Siedzi wtedy spokojnie i kontempluje sobie tylko znane tematy. Ten moment to spacer. Obowiązkowy punkt dziennego rozkładu zajęć, bez którego Matka już dawno by sfiksowała. Są dni kiedy z ulgą spoglądają wszyscy na zegarek - to już ten czas! Ba! są dni kiedy Matka jest gotowa nawet dwa razy ubierać te wszystkie bluzeczki, kurteczki, czapeczki, szaliczki, rękawiczki i tarabanić się z wózkiem i wściekać, że znów z kół leje się błoto. Ale co tam! mogą być zaspy, mogą być kałuże, może padać, może grzmieć. Cisza, spokój, sielanka. I nawet wyjście po zakupy do Biedronki staje się błogosławieństwem.
A Dziecko Harcuje Dalej zaraz po przekroczeniu progu domu...
Były już rozważania na temat tego, jakby z tego wszystkiego czerpać zyski i chociażby produkować energię elektryczną. A nuż by starczyło na to ciągłe odkurzanie Matki. Matka próbowała sobie nawet przypomnieć lekcje techniki z podstawówki i zasady działania dynama, ale niestety z marnym skutkiem. Pamięta jedynie, że w tamtych latach na owych lekcjach nabyła umiejętność zrobienia breloczka z drewna i sałatki jarzynowej. W związku z tym energia i ekspresja Syna wciąż marnują się niewykorzystane. Za to jak podrośnie, nauczy się go produkować breloczki z drewna na szeroką skalę - może z tego będą zyski.
Na szczęście jest jeden moment, kiedy Syn Pierworodny się wycisza. Milknie, poważnieje, nabiera dystansu do świata, nie spoufala się z otoczeniem a jedynie cicho obserwuje. Siedzi wtedy spokojnie i kontempluje sobie tylko znane tematy. Ten moment to spacer. Obowiązkowy punkt dziennego rozkładu zajęć, bez którego Matka już dawno by sfiksowała. Są dni kiedy z ulgą spoglądają wszyscy na zegarek - to już ten czas! Ba! są dni kiedy Matka jest gotowa nawet dwa razy ubierać te wszystkie bluzeczki, kurteczki, czapeczki, szaliczki, rękawiczki i tarabanić się z wózkiem i wściekać, że znów z kół leje się błoto. Ale co tam! mogą być zaspy, mogą być kałuże, może padać, może grzmieć. Cisza, spokój, sielanka. I nawet wyjście po zakupy do Biedronki staje się błogosławieństwem.
A Dziecko Harcuje Dalej zaraz po przekroczeniu progu domu...
poniedziałek, 4 marca 2013
Matka też człowiek
Poza tym, że Matka Syna Pierworodnego kocha, no bo wiadomo, to tak zwyczajnie, po ludzku go lubi. No fajny jest i tyle. Poczucie humoru ma i przytulić się lubi i nie płacze z byle powodu. Ale są dni, a właściwie to momenty, kiedy Syn Matkę wkurwia. Kiedy gryzie ją w ramię. Kiedy pluje przy obiadku - często prosto w twarz Matki. Kiedy wciąż goni Kota i nie zraża go to, że ma już całe rączki podrapane.
Wszystkowiedzące poradniki dla super-matek mówią, że dzieci w tym wieku rozumieją już słowa "NIE" i "NIE WOLNO", ale to czy się do nich zastosują to już inna kwestia i należy liczyć na dobrą wolę potomstwa.
Syn Pierworodny nie rozumie. Albo z czystego wygodnictwa tak doskonale udaje, że nie rozumie. Matka robi groźną minę, ale chyba głupio wtedy wygląda, bo Syn się śmieje i dalej swoje. Matka mówi "Nie wolno!". Stanowczo i zdecydowanie. Syn ma to gdzieś. Matce nerwy puszczają i w myślach wali taką wiązankę, że bez trudu wpasowałaby się w scenariusz "Psów" Pasikowskiego. Ale głośno mówi tylko: "Brzydko się zachowujesz! Mama nie będzie na Ciebie patrzeć!". Stanowczo i zdecydowanie. A Syn ma to gdzieś. Kiedyś odwrócenie się działało, teraz, krótko mówiąc, nie działa. Można jedynie obiadkiem w plecy zarobić.
Taaaak, wychowywanie Syna wkracza na wyższy level. I chociaż Matka nie myślała, że kiedyś to powie, ale mówi. Syn ją czasem wkurwia. Ale tak w ogóle to go bardzo lubi. I kocha. No bo fajny jest.
Wszystkowiedzące poradniki dla super-matek mówią, że dzieci w tym wieku rozumieją już słowa "NIE" i "NIE WOLNO", ale to czy się do nich zastosują to już inna kwestia i należy liczyć na dobrą wolę potomstwa.
Syn Pierworodny nie rozumie. Albo z czystego wygodnictwa tak doskonale udaje, że nie rozumie. Matka robi groźną minę, ale chyba głupio wtedy wygląda, bo Syn się śmieje i dalej swoje. Matka mówi "Nie wolno!". Stanowczo i zdecydowanie. Syn ma to gdzieś. Matce nerwy puszczają i w myślach wali taką wiązankę, że bez trudu wpasowałaby się w scenariusz "Psów" Pasikowskiego. Ale głośno mówi tylko: "Brzydko się zachowujesz! Mama nie będzie na Ciebie patrzeć!". Stanowczo i zdecydowanie. A Syn ma to gdzieś. Kiedyś odwrócenie się działało, teraz, krótko mówiąc, nie działa. Można jedynie obiadkiem w plecy zarobić.
Taaaak, wychowywanie Syna wkracza na wyższy level. I chociaż Matka nie myślała, że kiedyś to powie, ale mówi. Syn ją czasem wkurwia. Ale tak w ogóle to go bardzo lubi. I kocha. No bo fajny jest.
Małe randez-vous
Wybrali się Matka z Ojcem wczoraj do kina. Tzn. na film. Zwał jak zwał - Matka zawsze myli, co oznacza oglądanie, a co mizianie się w ciemności. W każdym razie Matka z Ojcem niecnie wykorzystali fakt przyjazdu Matki Matki, zamrugali oczami, ładnie poprosili i tym sposobem zaraz po kąpieli i położeniu w łóżeczku Syna Pierworodnego tyle ich widziano. Wcześniej Matka potajemnie sprawdziła repertuar i stwierdziła, że jak zwykle, gdy nadarza się okazja na porandkowanie sobie to w godzinach dla Matki i Ojca odpowiednich, czyli raczej późnych, grają sam "szit". Mając do wyboru jedynie 4 filmy - a w tym obyczajówkę o piłkarzu, jakiś horror-komedię (sam gatunek nie zachęca nawet do zapamiętania tytułu), brytyjską komedię o młodym małżeństwie oraz horror o obiecującym tytule "Mama" (swoją drogą, gdy ostatnio wybierali się do kina właśnie wchodził "Bejbi Blues", hmm... - Wszechświat chce nam coś powiedzieć?) - Matka podjęła szybką decyzję, czyli wiadomo - komedia angielska. Opis przeczytała, że niby twórcy "Bridget Jones" i "To właśnie miłość", nawet zwiastun sobie obejrzała, wszystko OK, żadnych podejrzeń. Pozostało tylko przekonać Ojca. A że Ojciec był na równi spragniony wyjścia co Matka, nie kazał więc długo się prosić, tak tylko pro forma, co by Matka sobie nie myślała, że mientki jest.
Ale tak to bywa, jak się wypuści rodziców do ludzi po tygodniach obcowania ze sobą i niemowlakiem. Tracą instynkt samozachowawczy.
I tak trafili na film pt.: "Daję nam rok". Jedyne słowo jakie ciśnie się Matce na usta od pierwszych scen aż do teraz to ŻENUJĄCY. Nic więcej.
2 x kawa w kinowej kawiarni - 19 zł
1 x gałka lodów karmelowo-waniliowych - 2,50 zł
2x bilet - 46 zł
stracony czas - bezcenny i niestety nie do odzyskania
Kiedyś, dawno, dawno temu (w odległej galaktyce) Matka z Ojcem, którzy jeszcze wtedy nie byli ani matką ani ojcem, ani nawet nie myśleli o tym, że kiedyś będą, mocno się pokłócili, rzecz jasna nikt już nie pamięta o co. Ale było ostro i spektakularnie, otarło się o pakowanie walizek, wystawianie za drzwi i inne teatralne chwyty. Już po kłótni, nie wiedząc do końca co ze sobą począć, bo niesmak wciąż pozostał, spontanicznie wybrali się do kina, a tam spontanicznie kupili bilety na film, który po prostu zaczynał się za 5 minut, a o którym nie wiedzieli nic. Takim sposobem obejrzeli "P.S. Kocham Cię" - pogodzili się już przy pierwszej scenie, jeszcze zanim wyświetlono tytuł. Wczoraj Matka zastanawiała się co by było, gdyby trafili w takiej sytuacji na "Daję nam rok". Na bank nie byłoby teraz ani Matki, ani Ojca Pierworodnego, bo i Syn Pierworodny nie miałby szans na zaistnienie, szkoda by było, bo fajny dzieciak. Ot, magia kina.
Swoją drogą Matka z Ojcem wyszli z wprawy w randkowaniu. Zaczęli rozmową o psującej się pralce, a skończyli historią o przeglądzie samochodu. Ale tak w ogóle to bardzo miło było.
No dobra, ściemniam, skończyli pocałunkiem pod domem.
Ale tak to bywa, jak się wypuści rodziców do ludzi po tygodniach obcowania ze sobą i niemowlakiem. Tracą instynkt samozachowawczy.
I tak trafili na film pt.: "Daję nam rok". Jedyne słowo jakie ciśnie się Matce na usta od pierwszych scen aż do teraz to ŻENUJĄCY. Nic więcej.
2 x kawa w kinowej kawiarni - 19 zł
1 x gałka lodów karmelowo-waniliowych - 2,50 zł
2x bilet - 46 zł
stracony czas - bezcenny i niestety nie do odzyskania
Kiedyś, dawno, dawno temu (w odległej galaktyce) Matka z Ojcem, którzy jeszcze wtedy nie byli ani matką ani ojcem, ani nawet nie myśleli o tym, że kiedyś będą, mocno się pokłócili, rzecz jasna nikt już nie pamięta o co. Ale było ostro i spektakularnie, otarło się o pakowanie walizek, wystawianie za drzwi i inne teatralne chwyty. Już po kłótni, nie wiedząc do końca co ze sobą począć, bo niesmak wciąż pozostał, spontanicznie wybrali się do kina, a tam spontanicznie kupili bilety na film, który po prostu zaczynał się za 5 minut, a o którym nie wiedzieli nic. Takim sposobem obejrzeli "P.S. Kocham Cię" - pogodzili się już przy pierwszej scenie, jeszcze zanim wyświetlono tytuł. Wczoraj Matka zastanawiała się co by było, gdyby trafili w takiej sytuacji na "Daję nam rok". Na bank nie byłoby teraz ani Matki, ani Ojca Pierworodnego, bo i Syn Pierworodny nie miałby szans na zaistnienie, szkoda by było, bo fajny dzieciak. Ot, magia kina.
Swoją drogą Matka z Ojcem wyszli z wprawy w randkowaniu. Zaczęli rozmową o psującej się pralce, a skończyli historią o przeglądzie samochodu. Ale tak w ogóle to bardzo miło było.
No dobra, ściemniam, skończyli pocałunkiem pod domem.
sobota, 2 marca 2013
Rodzicu, po pierwsze: nie oceniaj!
Jedną z pierwszych rzeczy, którą nauczyło Matkę macierzyństwo jest zasada: "Nie oceniaj zbyt pochopnie innych rodziców". Matka wie, że łatwo jest krytykować, nie raz karci samą siebie za zbyt szybkie wydawanie negatywnych opinii, walczy z tą cechą i nie lubi jej w sobie. Ale odkąd Matka jest matką szybko zaczęła bardziej przychylnym okiem patrzeć na inne matki. I na ojców zresztą też. Już w pierwszych tygodniach macierzyństwa uznała, że należy się rodzicom specjalna taryfa ulgowa.
Drugi albo trzeci spacer z Synem Pierworodnym. Połowa kwietnia. Na dworze bucha wiosna. Matka i Ojciec zdają się tego nie dostrzegać. Jak zombie pchają na zmianę wózek, którego wybór zajął im kilka tygodni i wywoływał wiele emocji, a który obecnie mają w głębokim poważaniu, bo kto ma czas i siły zastanawiać się nad jego niepotrzebnymi funkcjami czy dizajnerskim wyglądem. Ważne jest tylko by noworodek, który się nim wozi nie obudził się zbyt szybko, bo od razu zacznie drzeć papę, że jeść, że teraz, że zaraz i już! A jeszcze miesiąc wcześniej Matka i Ojciec nie mieli pojęcia, że noworodki mogą drzeć papę aż tak głośno.
Mija ich na ulicy ojciec pchający wózek z dwójką dzieci a w ręku trzymający papierosa.
- Wkurza mnie takie coś! Mógłby się powstrzymać i nie jarać nad wózkiem - ni z tego ni z owego odzywa się mocno zniesmaczony świeżo upieczony Ojciec Pierworodnego, który dawniej w ogóle nie zauważał takich sytuacji. Matka, która dawniej zniesmaczona takimi widokami zwykle odzywała się w podobny sposób teraz chwilę się zastanowiła:
- Ale zobacz, on ma bliźniaki. Niech ma chłop coś z życia. Chociaż tego papierosa.
- W sumie racja...
Po czym dalej w milczeniu, nieprzytomni niczym zombie, pchali swój wózek bojąc się, że każdy kolejny przejeżdżający samochód może być tym, który obudzi Syna Pierworodnego i zburzy tę kruchą chwilę spokoju.
Drugi albo trzeci spacer z Synem Pierworodnym. Połowa kwietnia. Na dworze bucha wiosna. Matka i Ojciec zdają się tego nie dostrzegać. Jak zombie pchają na zmianę wózek, którego wybór zajął im kilka tygodni i wywoływał wiele emocji, a który obecnie mają w głębokim poważaniu, bo kto ma czas i siły zastanawiać się nad jego niepotrzebnymi funkcjami czy dizajnerskim wyglądem. Ważne jest tylko by noworodek, który się nim wozi nie obudził się zbyt szybko, bo od razu zacznie drzeć papę, że jeść, że teraz, że zaraz i już! A jeszcze miesiąc wcześniej Matka i Ojciec nie mieli pojęcia, że noworodki mogą drzeć papę aż tak głośno.
Mija ich na ulicy ojciec pchający wózek z dwójką dzieci a w ręku trzymający papierosa.
- Wkurza mnie takie coś! Mógłby się powstrzymać i nie jarać nad wózkiem - ni z tego ni z owego odzywa się mocno zniesmaczony świeżo upieczony Ojciec Pierworodnego, który dawniej w ogóle nie zauważał takich sytuacji. Matka, która dawniej zniesmaczona takimi widokami zwykle odzywała się w podobny sposób teraz chwilę się zastanowiła:
- Ale zobacz, on ma bliźniaki. Niech ma chłop coś z życia. Chociaż tego papierosa.
- W sumie racja...
Po czym dalej w milczeniu, nieprzytomni niczym zombie, pchali swój wózek bojąc się, że każdy kolejny przejeżdżający samochód może być tym, który obudzi Syna Pierworodnego i zburzy tę kruchą chwilę spokoju.
piątek, 1 marca 2013
Cyber-higiena
Taki sobie normalny dialog Matki i Ojca:
- Trzeba Synowi Pierworodnemu paznokcie obciąć.
- Wiem, chciałam to zrobić rano, ale internetu w swoim laptopie nie miałam.
Dziwne? Tak, Matka też nie wie czemu godzi się na tego starego rzęcha, który działa na słowo honoru i słoik ogórków (do przytrzymywania wypadającego zasilacza)? Ale chyba jest dziwna, bo mimo że przynajmniej 3 razy dziennie musi znaleźć moment by sobie przekląć, gdy Syn nie słyszy, to jednak żal jej kasy na nowy.
Aaa, że nie to jest dziwne? Że dziwne jest, że w domu Matki potrzebny jest internet do obcinania paznokci? Ano, może i dziwne...
Ale ten kto ma dzieci wie i rozumie, że czasem trzeba się nieźle natrudzić by przechytrzyć kilkumiesięczne niemowlę, a co dopiero kilkunastomiesięczne.
Syn Pierworodny raczej nigdy nie był fanem zabiegów pielęgnacyjnych typu pedicure i manicure. Im bardziej staje się mobilny tym szybciej i dalej ucieka, gdy któreś z rodziców zabiera się do ogarnięcia małych łapek i stópek.
Po wielu, naprawdę wieeelu, zmaganiach, gdy w ferworze walki udawało się obciąć jeden, góra dwa paznokietki, Matka wreszcie i na to znalazła alternatywne rozwiązanie.
A brzmi ono You Tube.
Ale nie, nie, nie. Nie chodzi o to by włączyć cokolwiek albo by wręczyć Synowi myszkę i niech sam surfuje. Rozchodzi się o jedną, konkretną piosenkę. Nasz wentyl bezpieczeństwa. Coś co od kilku miesięcy zawsze Syna uspokaja. I może wstyd się przyznać... ale co tam... a nuż okaże się to pomocne dla jakiegoś zdesperowanego rodzica, który gotów jest na szali postawić swój wysublimowany gust muzyczny byleby tylko zaznać chwili spokoju.
Magiczne hasło brzmi: "Ona tańczy dla mnie".
Na ten wybór Syna może lepiej spuśćmy kurtynę milczenia. Podobno o gustach się nie dyskutuje. Matka ma to szczęście w nieszczęściu, że przez długi czas Syn tolerował tylko wersję Cezika, która jakoś w ucho nie kłuje. Na Weekendowy oryginał reagował rykiem. Aktualnie już mu wszystko jedno, byleby "ona tańczyła a on porywał", i od biedy nawet Matka może zaśpiewać i też przejdzie (a Matka śpiewa jak bida z nędzą w duecie). Gdy tylko pojawiają się pierwsze dźwięki tegoż przeboju Syn zamiera i wpada w trans. Może się walić i palić a Syn Pierworodny słucha. Często z lekko uchyloną buzią (ale Matka na wszelki wypadek sprawdziła - trans jest na tyle głęboki, że nie da rady wpakować do paszczy obiadku. Oczywiście, że Matka wie, że taka metoda byłaby karygodna, ale w super-hiper-mega-ciężkich chwilach wszystkie chwyty bywają dozwolone). Czasem tylko zasłuchany Syn miarowo się gibie, ale generalnie to zamiera i nic go nie rusza. I właśnie taki moment Matka wykorzystuje na obcinanie paznokci. Doszła już do takiej wprawy, że potrafi w ciągu jednego odsłuchania obrobić wszystkie 20 paluszków i jeszcze z Synem potańczyć, tzn. pogibać się.
Podobnie działa też reklama mrożonej pizzy Guseppe. Niestety trwa za krótko a jej emisja raczej nas zaskakuje i nikt nie jest w stanie dobiec z obcinaczem do paznokci na czas.
No cóż, w miłości, na wojnie i w pielęgnacji niemowląt wszystkie chwyty dozwolone.
- Trzeba Synowi Pierworodnemu paznokcie obciąć.
- Wiem, chciałam to zrobić rano, ale internetu w swoim laptopie nie miałam.
Dziwne? Tak, Matka też nie wie czemu godzi się na tego starego rzęcha, który działa na słowo honoru i słoik ogórków (do przytrzymywania wypadającego zasilacza)? Ale chyba jest dziwna, bo mimo że przynajmniej 3 razy dziennie musi znaleźć moment by sobie przekląć, gdy Syn nie słyszy, to jednak żal jej kasy na nowy.
Aaa, że nie to jest dziwne? Że dziwne jest, że w domu Matki potrzebny jest internet do obcinania paznokci? Ano, może i dziwne...
Ale ten kto ma dzieci wie i rozumie, że czasem trzeba się nieźle natrudzić by przechytrzyć kilkumiesięczne niemowlę, a co dopiero kilkunastomiesięczne.
Syn Pierworodny raczej nigdy nie był fanem zabiegów pielęgnacyjnych typu pedicure i manicure. Im bardziej staje się mobilny tym szybciej i dalej ucieka, gdy któreś z rodziców zabiera się do ogarnięcia małych łapek i stópek.
Po wielu, naprawdę wieeelu, zmaganiach, gdy w ferworze walki udawało się obciąć jeden, góra dwa paznokietki, Matka wreszcie i na to znalazła alternatywne rozwiązanie.
A brzmi ono You Tube.
Ale nie, nie, nie. Nie chodzi o to by włączyć cokolwiek albo by wręczyć Synowi myszkę i niech sam surfuje. Rozchodzi się o jedną, konkretną piosenkę. Nasz wentyl bezpieczeństwa. Coś co od kilku miesięcy zawsze Syna uspokaja. I może wstyd się przyznać... ale co tam... a nuż okaże się to pomocne dla jakiegoś zdesperowanego rodzica, który gotów jest na szali postawić swój wysublimowany gust muzyczny byleby tylko zaznać chwili spokoju.
Magiczne hasło brzmi: "Ona tańczy dla mnie".
Na ten wybór Syna może lepiej spuśćmy kurtynę milczenia. Podobno o gustach się nie dyskutuje. Matka ma to szczęście w nieszczęściu, że przez długi czas Syn tolerował tylko wersję Cezika, która jakoś w ucho nie kłuje. Na Weekendowy oryginał reagował rykiem. Aktualnie już mu wszystko jedno, byleby "ona tańczyła a on porywał", i od biedy nawet Matka może zaśpiewać i też przejdzie (a Matka śpiewa jak bida z nędzą w duecie). Gdy tylko pojawiają się pierwsze dźwięki tegoż przeboju Syn zamiera i wpada w trans. Może się walić i palić a Syn Pierworodny słucha. Często z lekko uchyloną buzią (ale Matka na wszelki wypadek sprawdziła - trans jest na tyle głęboki, że nie da rady wpakować do paszczy obiadku. Oczywiście, że Matka wie, że taka metoda byłaby karygodna, ale w super-hiper-mega-ciężkich chwilach wszystkie chwyty bywają dozwolone). Czasem tylko zasłuchany Syn miarowo się gibie, ale generalnie to zamiera i nic go nie rusza. I właśnie taki moment Matka wykorzystuje na obcinanie paznokci. Doszła już do takiej wprawy, że potrafi w ciągu jednego odsłuchania obrobić wszystkie 20 paluszków i jeszcze z Synem potańczyć, tzn. pogibać się.
Podobnie działa też reklama mrożonej pizzy Guseppe. Niestety trwa za krótko a jej emisja raczej nas zaskakuje i nikt nie jest w stanie dobiec z obcinaczem do paznokci na czas.
No cóż, w miłości, na wojnie i w pielęgnacji niemowląt wszystkie chwyty dozwolone.
Subskrybuj:
Posty (Atom)