piątek, 13 grudnia 2013
Bo wszystkie Rysie to fajne chłopaki, czyli jak Matka została ekologiem
- Nie mogę teraz rozmawiać. Ratuję rysie - powiedziała Matka Ojcu dzwoniącemu do niej po wyjściu z przychodni.
Jakieś 20 minut później był już w domu.
- O, właśnie minąłeś się z tymi ekologami.
- Co? jakimi ekologami?
- Tymi od rysi. Dopiero co wyszli.
- Jakich rysi?
- Tacy byli mili, że się do WWF zapisałam. I teraz rysie ratuję.
- Jaja sobie robisz?
Za chwilę temat się urwał. Ojciec opowiada o wizycie u lekarza.
- No i zapytał mnie, czy ja jestem nienormalny. Że jak ja mogłem tyle czasu wytrzymać bez przyjścia do niego. Bo mam 3 w 1. Zapalenie oskrzeli, gardła i zatok.
(A jak Matka go pyta, czy jest nienormalny to się jeszcze obraża.)
- Ty, ale weź mi może w styczniu przypomnij, żebym już przestała te rysie ratować - wtrąciła się nie na temat Matka, której o ekologach znów się przypomniało.
- Co? To Ty na to kasę dałaś?
- Oj taaaam, 30 zł...
- To ja sobie jednego lekarstwa nie wykupiłem, a Ty na rysie wydajesz?
- ... miesięcznie - dodała już ciszej.
- Ty żartujesz? Jak jeszcze zaczniesz latać na "ceptery" i kozie kołdry to mi się na oczy nie pokazuj.
- Oj przestań, raz do roku można komuś pomóc. W tym roku padło na rysie. Rysie dostaną od nas szlachetną paczkę. Ty wiesz, jakie one są biedne? Na Mazurach jest ich tylko 9 i muszą się bzykać między sobą. A wszystko to rodzina... To wiesz, co się dzieje.
- I co z tego?
- A poza tym dostaniemy pakiet powitalny. Z naklejką. I zniżkę do Biebrzańskiego Parku Narodowego.
- Taa, bo bywamy tam dwa razy w tygodniu.
Matka wtula się w Ojca.
- Do Rysia się przytul.
- Nie chcę do Rysia, do Ciebie chcę.
- A jak to w ogóle się stało, że oni do domu weszli.
- Wpuściłam ich przecież.
- Ale dlaczego?
- Bo fajni tacy byli. I mili.
- To Ty nie wiesz, że jak ludzie są mili to znaczy, że czegoś chcą? Że tak naprawdę nie są mili? A balon to Cię niczego nie nauczył?
I weź z takim gadaj.
Na TVNie zaczyna się jakaś 67. część sagi "Zmierzch". Matka przewraca oczami, łapie za pilota i z przekorą, uciekając od wzroku Ojca, mówi do siebie:
- Nie ma nic lepszego w tej telewizji? Może jakiś film przyrodniczy...
I tak pod znakiem rysi mija sobie dzisiejszy wieczór.
poniedziałek, 9 grudnia 2013
Przynajmniej raz dziennie serce Matki zamiera. Taka sytuacja
Boże drogi, co on ma na nodze?! Skóra zdarta? Ja pierniczę, tak na całym kolanie? Cholera, to krew chyba. Albo taka skóra złuszczona. Łuszczycę ma? Ale jak łuszczyca to chyba nie byłoby od razu takie duże.
- Synek, pokaż mi co tam masz.
Muszę zadzwonić do Ojca Pierworodnego. Co ja mówię, gdzie do Ojca? Do przychodni, przecież trzeba się umówić. Najlepiej zaraz. Żeby tylko nie było kolejki.
- Synek, no chodź tu do mnie. Pokaż mi tę nogę.
Gdzie ja mam telefon? Pewnie znów będzie histeria w gabinecie lekarskim. No gdzie znowu jest ten telefon? Jak ja nie lubię chodzić z nim sama. Drze się, wyrywa, nie daje się zbadać ani nawet dotknąć, lekarza w ogóle nie słyszę. Ostatecznie wychodzę tak samo głupia jak przyszłam tylko jeszcze wykończona, spocona i wkurzona. To jednak zadzwonię do Ojca. Zapytam kiedy może z nami iść. Telefon, telefon...
- Synuś, gdzie mama ma telefon? A dziękuję Ci. Czekaj, gdzie biegniesz? Nóżkę miałeś mi pokazać.
A jak to coś poważnego? Dziwnie wygląda. Rano jeszcze nic nie miał. Więc skąd to? Chwila, czy on się dzisiaj w ogóle gdzieś wywrócił? Nieprawdopodobne, ale chyba nie. No to nie mógł sobie tak zedrzeć żebym nie zauważyła kiedy. Boże drogi, to na pewno coś strasznego. Telefon! Gdzie... Ach tak, już mam. Przychodnia! Nie, nie przychodnia, najpierw Ojciec. Zajęte.
- Synu, natychmiast pokaż mi tę nogę! Chodź tu w tej chwili! Pokaż to kolano! Gdzie uciekasz? Pokaż Mamie co się stało w nóżkę. Wracaj tu.
Fuck! Fuck! Fuck! Spokój. Uchhhh.
- Syyynku, choooodż do Mamusi. Chooodź, pobawimy się na dywanie. A gdzie Synek ma nosek? Taaak. Brawo. A gdzie Synek ma brzuszek? Taaak. A gdzie Synek ma kolanko? Taaak. A pokaż Mamusi co masz na kolanku...
Kurde, co to jest? Chyba obtarte. Ale takie duże? A tu? Jakby krew zaschnięta. Nie boli go raczej. Ale tu chyba odpada. Chwila...
- Kaszka ze śniadania??? Z sokiem porzeczkowym? No dobra, leć się bawić. Nie, czekaj! Chodź się umyć.
- Dzwoniłaś?
- A tak tylko chciałam wiedzieć, co u Ciebie słychać.
- Synek, pokaż mi co tam masz.
Muszę zadzwonić do Ojca Pierworodnego. Co ja mówię, gdzie do Ojca? Do przychodni, przecież trzeba się umówić. Najlepiej zaraz. Żeby tylko nie było kolejki.
- Synek, no chodź tu do mnie. Pokaż mi tę nogę.
Gdzie ja mam telefon? Pewnie znów będzie histeria w gabinecie lekarskim. No gdzie znowu jest ten telefon? Jak ja nie lubię chodzić z nim sama. Drze się, wyrywa, nie daje się zbadać ani nawet dotknąć, lekarza w ogóle nie słyszę. Ostatecznie wychodzę tak samo głupia jak przyszłam tylko jeszcze wykończona, spocona i wkurzona. To jednak zadzwonię do Ojca. Zapytam kiedy może z nami iść. Telefon, telefon...
- Synuś, gdzie mama ma telefon? A dziękuję Ci. Czekaj, gdzie biegniesz? Nóżkę miałeś mi pokazać.
A jak to coś poważnego? Dziwnie wygląda. Rano jeszcze nic nie miał. Więc skąd to? Chwila, czy on się dzisiaj w ogóle gdzieś wywrócił? Nieprawdopodobne, ale chyba nie. No to nie mógł sobie tak zedrzeć żebym nie zauważyła kiedy. Boże drogi, to na pewno coś strasznego. Telefon! Gdzie... Ach tak, już mam. Przychodnia! Nie, nie przychodnia, najpierw Ojciec. Zajęte.
- Synu, natychmiast pokaż mi tę nogę! Chodź tu w tej chwili! Pokaż to kolano! Gdzie uciekasz? Pokaż Mamie co się stało w nóżkę. Wracaj tu.
Fuck! Fuck! Fuck! Spokój. Uchhhh.
- Syyynku, choooodż do Mamusi. Chooodź, pobawimy się na dywanie. A gdzie Synek ma nosek? Taaak. Brawo. A gdzie Synek ma brzuszek? Taaak. A gdzie Synek ma kolanko? Taaak. A pokaż Mamusi co masz na kolanku...
Kurde, co to jest? Chyba obtarte. Ale takie duże? A tu? Jakby krew zaschnięta. Nie boli go raczej. Ale tu chyba odpada. Chwila...
- Kaszka ze śniadania??? Z sokiem porzeczkowym? No dobra, leć się bawić. Nie, czekaj! Chodź się umyć.
- Dzwoniłaś?
- A tak tylko chciałam wiedzieć, co u Ciebie słychać.
sobota, 7 grudnia 2013
Skąd się wzięła wódka na świecie?
To Matka czyta Pierworodnemu o Pomelo, który zakochał się w jedenastej rzodkiewce w czwartym rzędzie i nic z tego nie wynika. Czyta o Paddingtonie i Kubusiu Puchatku, gdzie ciągle jak nie miód to marmoladę wpierniczają, więc jak to się ma mieć do kształtowania zdrowych nawyków żywieniowych? Czyta "Zezię i Gilera", gdzie nie ma za grosz akcji i nie ma ani jednej przygody. Czyta o Koszmarnym Karolku, co nie niesie za sobą żadnego morału i pozytywnego przekazu poza "bądź wredny i koszmarny, i tak Ci się upiecze". A kiedy kończą się już książki na półce i trzeba czekać na świeżą dostawę aż do Świąt... sięga bez przekonania po jakąś starą, szaro-burą księgę, którą niby z dzieciństwa pamięta... ale o czym była ani trochę.
- Hmm... "Bajarka opowiada"? Pewnie będzie dobre do czytania na dobranoc.
Otwiera Matka książkę na pierwszej stronie a tam kartka z jej rysunkiem z lat szczenięcych.
- Cholera, co to? Wygląda w sumie na czasie. Coś jakby... zając w przebraniu Świętego Mikołaja(?), tylko uszy ma chyba pod czapką. Bo to chyba czapka. A słoneczko jakie ładne, nawet rzęsy ma. I motylek. Tylko ten zając dziwny. Pękaty jakiś taki.
Mimo to wzruszyła się Matka. To jedyny rysunek jaki ma z dzieciństwa. A pamięta, że bardzo lubiła wszelkie zabawy plastyczne. I rysunków produkowała na tony. Niestety, Matka Matki nie zachowała żadnej laurki ani niczego w tym stylu. Matka Matki ma tendencję do chomikowania najróżniejszych rzeczy, chowania ich tak, że sama nie może znaleźć, wypominania przez lata, że bez jej wiedzy wyrzuciło się na przykład coś tak cennego i przydatnego jak kryształowa popielniczka, której nie cierpiała i która od lat siedmiu schowana była w komórce, gdzie trzymało się też narzędzia, węgiel, zaprawy na zimę, sto kilo kurzu i cały bajzel z mieszkania... no ale przecież była cenna... Matka Matki lubi zachowywać pamiątki, ale od czasu do czasu rzuca się na porządki w papierach, dokumentach i takich pamiątkach i wyrzuca pewne rzeczy nie konsultując tego z nikim. Wyrzuca na przykład owe laurki. A zachowuje w to miejsce instrukcję obsługi dwudziestoparoletniego kolorowego telewizora (To ważne, że kolorowego. Bo to był pierwszy kolorowy telewizor w domu Matki.) albo kopie PIT-ów z początku lat 90-tych.
W każdym razie znaleziony rysunek zachęcił Matkę do bliższego przyjrzeniu się książce. Otworzyła jakiś rozdział na chybił trafił.
- "Skąd się wzięła wódka na świecie?". No! Kiedyś to pisali edukacyjne bajki dla dzieci. Synuś, czas na porządną literaturę. Nauczysz się czegoś.
I masz Ci los... zasnął nim Matka doczytała do końca. Nadal nie wie skąd się wzięła. Ale podobno diabeł miał z tym wiele wspólnego.
Kiedyś to były bajki dla dzieci.
A Matka, głupia, już dwa razy czytała o tym, jak to Paddington zakupy robi. Phi.
piątek, 6 grudnia 2013
Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście
Od paru dni Syn Pierworodny wielce ułatwia sobie to całe zamieszanie jakim jest mówienie. Chyba sam zaczął już się gubić w tym, co oznacza ko-ko, ka-ka, ko-je, ko-koj, ku-ko itd. Jako, że na nazwanie zasługują tylko te rzeczy, które są w jego mniemaniu zajebiste, a to co odbierane jest obojętnie bądź negatywnie pozostaje nienazwane, Pierworodny zaczął mówić niemal na wszystko jak leci KA-KA.
W związku z tym ka-ka oznacza obecnie:
auto,
kota,
psa,
kółko (zarówno to od samochodu jak i "kółko graniaste"),
soczek Kubuś,
"Ciekawskiego George'a",
każdą inną bajkę,
dzidzię,
ciasto,
światło,
a czasem i Ojca.
O dziwo, to ujednolicenie słownika, wcale nie utrudnia komunikacji.
Mama, smoczek i ogórki brzmią mniej więcej jakoś: mama, maam, mamm (zamiennie). Przy czym mama oznaczające mamę używane jest najrzadziej.
Tylko Babcia zasługuje na swoje własne ba-ba. Skubana, przyjedzie, rozpieści, pojedzie i wychodzi na tym najlepiej.
W związku z tym ka-ka oznacza obecnie:
auto,
kota,
psa,
kółko (zarówno to od samochodu jak i "kółko graniaste"),
soczek Kubuś,
"Ciekawskiego George'a",
każdą inną bajkę,
dzidzię,
ciasto,
światło,
a czasem i Ojca.
O dziwo, to ujednolicenie słownika, wcale nie utrudnia komunikacji.
Mama, smoczek i ogórki brzmią mniej więcej jakoś: mama, maam, mamm (zamiennie). Przy czym mama oznaczające mamę używane jest najrzadziej.
Tylko Babcia zasługuje na swoje własne ba-ba. Skubana, przyjedzie, rozpieści, pojedzie i wychodzi na tym najlepiej.
środa, 4 grudnia 2013
Mama nie wraca do pracy, czyli kura mocno domowa
Jestem kurą domową. I nie mam z tym żadnego problemu. Mam za to wrażenie, że problem mają z tym redaktorzy telewizyjnych programów śniadaniowych i kobiecych pisemek. Wszędzie wmawia się kobietom, że siedzenie w domu to zło konieczne, że nie należy poprzestawać jedynie na opiece nad dziećmi i zajmowaniu się domem. Obowiązkowo trzeba rozkręcać własny biznes, najlepiej "pod patronatem macierzyństwa", prosto z porodówki, po drodze do Urzędu Stanu Cywilnego po akt urodzenia, zajść do odpowiedniego urzędu firmę rejestrować. Pracować w domu podczas każdej drzemki dziecka. Dokształcać się, by szybciej, łatwiej, sprawniej wrócić na rynek pracy. A jak zostanie Ci jeszcze 10 minut wolnego czasu to coś podziergać. Małe paputki, czapeczkę, żyrafę, słonia, szalik chociaż. Albo naszywać na kocyki i poduszki sowy, bo nie wiedzieć czemu sowy w dziecięcym dizajnie są jakieś cholernie trendy. W przeciwnym razie nie masz szansy poczuć się spełniona. A Twoje dziecko, prędzej czy później, będzie Tobą gardzić. Córka za kilkanaście lat nie będzie Cię szanować, syn wyrośnie na mizogina i seksistę.
A ja to chromolę, ja podczas drzemki dziecka po internetach się szlajam, albo zmywarkę nastawiam i obiad robię. Ja podczas drzemki dziecka oddycham, kawę piję, pranie wieszam, podłogę myję. Klocki sprzątam, resoraki spod kanapy wyciągam, prysznic biorę, paznokcie obcinam i się maluję. Ten tekst piszę. I nawet nie umiem szydełkować.
Moje dziecko ma już 20 miesięcy a ja wciąż nie mam poczucia winy z powodu nieuruchomionych ambicji zawodowych. Nie wiem kiedy zacznę pracować i czy w ogóle w ciągu najbliższych kilku lat. Może, gdy Syn zacznie chodzić do przedszkola. A może będzie miał już wtedy rodzeństwo i to z nim będę siedzieć w domu? Może wrócę do pracy z Ojcem Pierworodnego, a może już byśmy nie umieli razem pracować? Zresztą zapewne wszystko wyglądałoby inaczej gdyby właśnie Ojciec Pierworodnego tak dużo nie pracował i moja ewentualna praca nie wiązała się ze zrzucaniem opieki nad dzieckiem na nianię, gdybyśmy mieli możliwość tą opieką się dzielić i wymieniać. Czy to naprawdę takie ważne, abym właśnie teraz pracowała? Czy naprawdę jestem aż takim pasożytem społecznym? Czy naprawdę byłabym znacznie lepszą matką, gdybym codziennie "wychodziła do ludzi"? Czy lepsze dla nas byłoby zostawianie Pierworodnego pod opieką kogoś obcego tylko po to, by na tę opiekę zarobić i aby mamusia mogła się wyrwać z domu? Nie ma we mnie potrzeby codziennego wyrywania się z domu. Wbrew temu, co wmawiają mi wszystkie media. Wbrew temu, co twierdzą eksperci od mydła i powidła w Dzień Dobry Na Śniadanie. Jest we mnie taka potrzeba raz na jakiś czas. I ogranicza się do tego, by wyjść na 2 godziny na jogę, pójść na zakupy bez dziecka, móc swobodnie wejść do przymierzalni*, by idąc, nie pchać przed sobą wózka, by iść najkrótszą drogą a nie tą, którą najłatwiej wózkiem przejechać. I trzymać ręce w kieszeniach. Taki mały luksus. Może nawet kiedyś zaszaleję i wyjdę z domu ze słuchawkami na uszach i empetrójką pełną niecenzuralnych piosenek.
Nie twierdzę, że wszystkie matki siedzące w domu tak mają. Ale skoro ja tak mam to pewnie i ktoś jeszcze. Tymczasem zewsząd wciska się nam prawdę oświeconą, jakoby matka w domu była matką nierealizującą się, niespełnioną, nieszczęśliwą. Nic tylko wyciągnięty dres, odrosty na głowie, obgryzione paznokcie, o braku makijażu nie wspominając. Już tylko Jacyków może pomóc. A im dłużej stan ten trwa, tym gorzej dla takiej matki, a co za tym idzie, także jej dziecka. Dlatego jak najszybciej wracaj, kobieto, do swojej korporacji! A jak nie, jeśli nie satysfakcjonuje Cię już wspinanie się po kolejnych szczeblach kariery, załóż własny biznes. Szyj ekologiczne mini-ubranka, piecz babeczki dla alergików, prowadź rytmikę dla noworodków, angielski dla niemowlaków, siłownię dla przedszkolaków. I jakoś w tych wszystkich przedpołudniowych programach, tworzonych prawdopodobnie dla emerytów, rencistów, bezrobotnych, kur domowych i młodych matek siedzących w domu z dziećmi, zapomina się, że to przecież nie jest normą, że nie każda młoda mama ma szansę wrócić do pracy na stanowisku, którego nazwy nawet nie umiem zapamiętać, ale zwykle ma coś z "managerem". Nie każda może też rozkręcić coś własnego - bo nie ma możliwości, umiejętności, talentu, środków, a może po prostu mieszka na zadupiu. Że rzeczywistość zwykle wygląda tak, że kobieta nie tyle chce, ale musi wrócić do pracy, a praca ta to nie jest układanie strategii rozwoju następnej kampanii reklamowej, ale siedzenie na kasie w supermarkecie, zasuwanie na hali produkcyjnej czy robienie czegoś innego, co zapewne nie przyczynia się do realizacji własnych ambicji i rozwoju osobistego. Dlatego nie wmawiajmy kobietom, że, owszem, ich opieka i czas spędzony z dziećmi są ważne, najważniejsze, ale przez jakieś kilka miesięcy, pół roku, może rok, potem muszą już myśleć o sobie. Nie wmawiajmy kobietom, że są mniej wartościowe jeżeli nie realizują się zawodowo. Nie wmawiajmy kobietom, że model rodziny, w którym to mężczyzna pracuje a kobieta zajmuje się domem jest zły i przestarzały. Na szczęście żyjemy w takich czasach, kiedy każdy model jest dobry, o ile sprawdza się w tym konkretnym przypadku. Nie musimy się już przejmować tym, co pomyślą inni (chociaż jakaś zaleta rozluźniania się więzi społecznych i tego, że nie znamy swoich sąsiadów). Dawniej facet mógł powiedzieć: "Nie życzę sobie, by moja żona pracowała" i zwykle było tak jak chciał. Dziś taki facet i taka żona mogą usiąść i ustalić czego oboje chcą, kto za co w związku będzie odpowiedzialny i w jakich rolach będzie czuł się najlepiej, czy stać ich na to by jedno z nich nie pracowało, czy kariera jest dla nich ważna, czy wystarczy im chodzić od poniedziałku do piątku na 8 godzin do fabryki, odpękać, mieć z głowy i czekać na weekendy.
Nie wmawiajmy innym, że żyją nie tak jak powinni. Że trzeba im czegoś więcej. Nie uszczęśliwiajmy na siłę.
Jestem kurą domową. Panią domu. Mieszkania. Na kredyt. Bynajmniej nie perfekcyjną panią domu. Jestem młodą mamą. Mój dzień zaczyna się wtedy, gdy budzik zaczyna po mnie skakać. Budzik sama sobie urodziłam i nawet nie wiem kiedy przystałam na to, że wolno mu po mnie rano skakać, ale przed pierwszą kawą zwykle jest mi wszystko jedno. Budzik to Syn, z Synem jemy razem śniadania, nigdzie się nie spiesząc, przeciągamy je w nieskończoność, bywa, że i ponad godzinę tak sobie siedzimy. Nigdy wcześniej nie jadałam regularnie śniadań. Jeżeli w ogóle jadałam coś przed południem to w biegu, w międzyczasie "czegoś". Nigdy wcześniej moje życie nie było tak uporządkowane. Nigdy nie robiłam tyle dla drugiego człowieka. Nigdy nie chodziłam też szczególnie dużo na spacery. Miasto, w którym mieszkałam od prawie 4 lat, zaczęłam poznawać dopiero spędzając codziennie po 4-5 godzin na łażeniu z niemowlakiem w wózku to tu, to tam i opowiadając mu co dzieje się wokół nas. Popołudnie to już nie kawka, papierosek i książka, tylko jeżdżenie samochodzikami po podłodze i po czym się da, próby nauczenia dziecka prawidłowego użycia klocków LEGO, wygłupy na łóżku, uczenie korzystania z nocnika, przeglądanie książek, czasopism i gazetek reklamowych pod kątem czy jest w nich jakiś piesek... A po 20-tej świat zamiera. Syn idzie spać, robi się cicho, wszystko się uspokaja. Nic specjalnego się nie dzieje. Jest czas by posiedzieć nad nowym tekstem na blog. Zwykle to siedzenie to zasiedzenie się do 1 czy 2 w nocy. Przed wpełznięciem pod kołdrę jeszcze chwilka obserwowania małego, ciepłego, idealnego człowieczka. Jestem tylko ja i on. Wchodzę w spokojny rytm jego oddechów. Poprawiam kołderkę. Po chwili sama zasypiam licząc na to, że obudzi mnie dopiero poranne radosne skakanie budzika. Nie przegapiłam niczego. Pierwszych turlań z brzuszka na plecki i odwrotnie, pierwszego raczkowania, pierwszego jedzenia marchewki, pierwszego słowa. Przyznaję, przy pierwszych kroczkach byłam odwrócona, ale nie przegapiłam szczęśliwej miny Ojca, który to widział. Byłam świadkiem najbardziej zwariowanych zabaw, najciekawszych odkryć i najbardziej absurdalnych pomysłów Syna.
Czy to źle, że wolę to wszystko od wstawania rano do pracy, jedzenia w pośpiechu śniadania, nerwowego pakowania się, poganiania i wyprawiania dziecka do niani, życia w biegu, ciągłego zastanawiania się czym akurat zajmuje się Pierworodny, robienia zakupów w pędzie po drodze do domu, wieczornego gotowania obiadu "na jutro", poczucia niedoczasu i obawy, że coś może mnie ominąć?
Jestem kurą domową. I nie mam z tym problemu.
* Próbował ktoś przymierzać dwuczęściowy strój kąpielowy w obecności dziecka, które ani prośbą ani groźbą nie chce usiąść w wózku? Bo Matka próbowała. I roznegliżowana goniła Syna po sklepie z bielizną w zatłoczonej galerii. Zresztą zasłonki też nie mogła w przymierzalni zasunąć, bo Syn stwierdził, że akurat tego dnia ma klaustrofobię. I tym sposobem Matka dalej nosi swoje bikini z czasów liceum.
A ja to chromolę, ja podczas drzemki dziecka po internetach się szlajam, albo zmywarkę nastawiam i obiad robię. Ja podczas drzemki dziecka oddycham, kawę piję, pranie wieszam, podłogę myję. Klocki sprzątam, resoraki spod kanapy wyciągam, prysznic biorę, paznokcie obcinam i się maluję. Ten tekst piszę. I nawet nie umiem szydełkować.
Moje dziecko ma już 20 miesięcy a ja wciąż nie mam poczucia winy z powodu nieuruchomionych ambicji zawodowych. Nie wiem kiedy zacznę pracować i czy w ogóle w ciągu najbliższych kilku lat. Może, gdy Syn zacznie chodzić do przedszkola. A może będzie miał już wtedy rodzeństwo i to z nim będę siedzieć w domu? Może wrócę do pracy z Ojcem Pierworodnego, a może już byśmy nie umieli razem pracować? Zresztą zapewne wszystko wyglądałoby inaczej gdyby właśnie Ojciec Pierworodnego tak dużo nie pracował i moja ewentualna praca nie wiązała się ze zrzucaniem opieki nad dzieckiem na nianię, gdybyśmy mieli możliwość tą opieką się dzielić i wymieniać. Czy to naprawdę takie ważne, abym właśnie teraz pracowała? Czy naprawdę jestem aż takim pasożytem społecznym? Czy naprawdę byłabym znacznie lepszą matką, gdybym codziennie "wychodziła do ludzi"? Czy lepsze dla nas byłoby zostawianie Pierworodnego pod opieką kogoś obcego tylko po to, by na tę opiekę zarobić i aby mamusia mogła się wyrwać z domu? Nie ma we mnie potrzeby codziennego wyrywania się z domu. Wbrew temu, co wmawiają mi wszystkie media. Wbrew temu, co twierdzą eksperci od mydła i powidła w Dzień Dobry Na Śniadanie. Jest we mnie taka potrzeba raz na jakiś czas. I ogranicza się do tego, by wyjść na 2 godziny na jogę, pójść na zakupy bez dziecka, móc swobodnie wejść do przymierzalni*, by idąc, nie pchać przed sobą wózka, by iść najkrótszą drogą a nie tą, którą najłatwiej wózkiem przejechać. I trzymać ręce w kieszeniach. Taki mały luksus. Może nawet kiedyś zaszaleję i wyjdę z domu ze słuchawkami na uszach i empetrójką pełną niecenzuralnych piosenek.
Nie twierdzę, że wszystkie matki siedzące w domu tak mają. Ale skoro ja tak mam to pewnie i ktoś jeszcze. Tymczasem zewsząd wciska się nam prawdę oświeconą, jakoby matka w domu była matką nierealizującą się, niespełnioną, nieszczęśliwą. Nic tylko wyciągnięty dres, odrosty na głowie, obgryzione paznokcie, o braku makijażu nie wspominając. Już tylko Jacyków może pomóc. A im dłużej stan ten trwa, tym gorzej dla takiej matki, a co za tym idzie, także jej dziecka. Dlatego jak najszybciej wracaj, kobieto, do swojej korporacji! A jak nie, jeśli nie satysfakcjonuje Cię już wspinanie się po kolejnych szczeblach kariery, załóż własny biznes. Szyj ekologiczne mini-ubranka, piecz babeczki dla alergików, prowadź rytmikę dla noworodków, angielski dla niemowlaków, siłownię dla przedszkolaków. I jakoś w tych wszystkich przedpołudniowych programach, tworzonych prawdopodobnie dla emerytów, rencistów, bezrobotnych, kur domowych i młodych matek siedzących w domu z dziećmi, zapomina się, że to przecież nie jest normą, że nie każda młoda mama ma szansę wrócić do pracy na stanowisku, którego nazwy nawet nie umiem zapamiętać, ale zwykle ma coś z "managerem". Nie każda może też rozkręcić coś własnego - bo nie ma możliwości, umiejętności, talentu, środków, a może po prostu mieszka na zadupiu. Że rzeczywistość zwykle wygląda tak, że kobieta nie tyle chce, ale musi wrócić do pracy, a praca ta to nie jest układanie strategii rozwoju następnej kampanii reklamowej, ale siedzenie na kasie w supermarkecie, zasuwanie na hali produkcyjnej czy robienie czegoś innego, co zapewne nie przyczynia się do realizacji własnych ambicji i rozwoju osobistego. Dlatego nie wmawiajmy kobietom, że, owszem, ich opieka i czas spędzony z dziećmi są ważne, najważniejsze, ale przez jakieś kilka miesięcy, pół roku, może rok, potem muszą już myśleć o sobie. Nie wmawiajmy kobietom, że są mniej wartościowe jeżeli nie realizują się zawodowo. Nie wmawiajmy kobietom, że model rodziny, w którym to mężczyzna pracuje a kobieta zajmuje się domem jest zły i przestarzały. Na szczęście żyjemy w takich czasach, kiedy każdy model jest dobry, o ile sprawdza się w tym konkretnym przypadku. Nie musimy się już przejmować tym, co pomyślą inni (chociaż jakaś zaleta rozluźniania się więzi społecznych i tego, że nie znamy swoich sąsiadów). Dawniej facet mógł powiedzieć: "Nie życzę sobie, by moja żona pracowała" i zwykle było tak jak chciał. Dziś taki facet i taka żona mogą usiąść i ustalić czego oboje chcą, kto za co w związku będzie odpowiedzialny i w jakich rolach będzie czuł się najlepiej, czy stać ich na to by jedno z nich nie pracowało, czy kariera jest dla nich ważna, czy wystarczy im chodzić od poniedziałku do piątku na 8 godzin do fabryki, odpękać, mieć z głowy i czekać na weekendy.
Nie wmawiajmy innym, że żyją nie tak jak powinni. Że trzeba im czegoś więcej. Nie uszczęśliwiajmy na siłę.
Jestem kurą domową. Panią domu. Mieszkania. Na kredyt. Bynajmniej nie perfekcyjną panią domu. Jestem młodą mamą. Mój dzień zaczyna się wtedy, gdy budzik zaczyna po mnie skakać. Budzik sama sobie urodziłam i nawet nie wiem kiedy przystałam na to, że wolno mu po mnie rano skakać, ale przed pierwszą kawą zwykle jest mi wszystko jedno. Budzik to Syn, z Synem jemy razem śniadania, nigdzie się nie spiesząc, przeciągamy je w nieskończoność, bywa, że i ponad godzinę tak sobie siedzimy. Nigdy wcześniej nie jadałam regularnie śniadań. Jeżeli w ogóle jadałam coś przed południem to w biegu, w międzyczasie "czegoś". Nigdy wcześniej moje życie nie było tak uporządkowane. Nigdy nie robiłam tyle dla drugiego człowieka. Nigdy nie chodziłam też szczególnie dużo na spacery. Miasto, w którym mieszkałam od prawie 4 lat, zaczęłam poznawać dopiero spędzając codziennie po 4-5 godzin na łażeniu z niemowlakiem w wózku to tu, to tam i opowiadając mu co dzieje się wokół nas. Popołudnie to już nie kawka, papierosek i książka, tylko jeżdżenie samochodzikami po podłodze i po czym się da, próby nauczenia dziecka prawidłowego użycia klocków LEGO, wygłupy na łóżku, uczenie korzystania z nocnika, przeglądanie książek, czasopism i gazetek reklamowych pod kątem czy jest w nich jakiś piesek... A po 20-tej świat zamiera. Syn idzie spać, robi się cicho, wszystko się uspokaja. Nic specjalnego się nie dzieje. Jest czas by posiedzieć nad nowym tekstem na blog. Zwykle to siedzenie to zasiedzenie się do 1 czy 2 w nocy. Przed wpełznięciem pod kołdrę jeszcze chwilka obserwowania małego, ciepłego, idealnego człowieczka. Jestem tylko ja i on. Wchodzę w spokojny rytm jego oddechów. Poprawiam kołderkę. Po chwili sama zasypiam licząc na to, że obudzi mnie dopiero poranne radosne skakanie budzika. Nie przegapiłam niczego. Pierwszych turlań z brzuszka na plecki i odwrotnie, pierwszego raczkowania, pierwszego jedzenia marchewki, pierwszego słowa. Przyznaję, przy pierwszych kroczkach byłam odwrócona, ale nie przegapiłam szczęśliwej miny Ojca, który to widział. Byłam świadkiem najbardziej zwariowanych zabaw, najciekawszych odkryć i najbardziej absurdalnych pomysłów Syna.
Czy to źle, że wolę to wszystko od wstawania rano do pracy, jedzenia w pośpiechu śniadania, nerwowego pakowania się, poganiania i wyprawiania dziecka do niani, życia w biegu, ciągłego zastanawiania się czym akurat zajmuje się Pierworodny, robienia zakupów w pędzie po drodze do domu, wieczornego gotowania obiadu "na jutro", poczucia niedoczasu i obawy, że coś może mnie ominąć?
Jestem kurą domową. I nie mam z tym problemu.
* Próbował ktoś przymierzać dwuczęściowy strój kąpielowy w obecności dziecka, które ani prośbą ani groźbą nie chce usiąść w wózku? Bo Matka próbowała. I roznegliżowana goniła Syna po sklepie z bielizną w zatłoczonej galerii. Zresztą zasłonki też nie mogła w przymierzalni zasunąć, bo Syn stwierdził, że akurat tego dnia ma klaustrofobię. I tym sposobem Matka dalej nosi swoje bikini z czasów liceum.
wtorek, 3 grudnia 2013
Pokaż mi z kim sypiasz a powiem Ci kim jesteś
Od jakiegoś czasu Ojciec Pierworodnego ma problemy z kręgosłupem. Twierdzi, że dodatkowo ból pleców powiększa zbyt miękki materac w sypialni. Fakt, materac do łóżka w sypialni kupowany był w czasach kiedy urządzali mieszkanie i Ojciec był jednak jeszcze bardziej podatny na "pantoflarstwo". Chociaż chciał materac twardy bez większych problemów udało się Matce namówić go na ten średnio twardy. I teraz Matka ma. Po 5 latach się to na niej mści. Musiała przystać na to, że Ojciec kilka razy w tygodniu śpi na kanapie w salonie. Dla regeneracji. Przez 8 lat wspólnego mieszkania chyba tylko raz, wkurzona Matka, z powodu kłótni, przeniosła się ze spaniem na kanapę, Ojca też nigdy z łóżka nie wykopała. A tu teraz taki numer. Materac za miękki.
Rozmawiają któregoś popołudnia o tym spaniu. Jak komu noc minęła, czy Pierworodny akurat przespał ją w swoim łóżeczku czy nie i ogólnie takie tam.
- Tak krótko spałem, ale jak się wyspaaaałem - chwali się Ojciec.
- No widzisz, a z nami spałeś - podkreślić postanowiła Matka ten fakt, gdyż ciąży jej to, że męża ma za ścianą i nie ma do kogo się przytulić ani kogo trykać w nocy żeby nie chrapał.
Jednak widząc minę Ojca uświadomiła sobie, że chyba jednak gafę strzeliła.
- A nie! przecież Ty dzisiaj na kanapie spałeś! - doznała olśnienia.
Ojciec, z grobową miną, zapytał tylko:
- To Ty już masz problemy z ustaleniem z kim akurat sypiasz?
Rozmawiają któregoś popołudnia o tym spaniu. Jak komu noc minęła, czy Pierworodny akurat przespał ją w swoim łóżeczku czy nie i ogólnie takie tam.
- Tak krótko spałem, ale jak się wyspaaaałem - chwali się Ojciec.
- No widzisz, a z nami spałeś - podkreślić postanowiła Matka ten fakt, gdyż ciąży jej to, że męża ma za ścianą i nie ma do kogo się przytulić ani kogo trykać w nocy żeby nie chrapał.
Jednak widząc minę Ojca uświadomiła sobie, że chyba jednak gafę strzeliła.
- A nie! przecież Ty dzisiaj na kanapie spałeś! - doznała olśnienia.
Ojciec, z grobową miną, zapytał tylko:
- To Ty już masz problemy z ustaleniem z kim akurat sypiasz?
niedziela, 1 grudnia 2013
Nic na siłę
Zły to czas.
Zły to czas dla matki-blogerki.
Pytanie czy w ogóle pisać... Bo jak już się napisze to wiadomo, że się spieprzy.
Bo zły to czas. Dla blogerki.
Nie dzieje się nic. Nic, co warto byłoby opisać.
A wiadomo, że warto byłoby się poskarżyć, ponarzekać, przyznać do grzechów, że się pomysłu nie ma, że się nawaliło... Można wtedy liczyć na solidarność ze strony czytelników, na współczucie, dowiedzieć się, że na szczęście inni mają jeszcze gorzej i że w sumie to nie jest się taką złą jak by się wydawało.
Ale tak się chwalić? Przecież to nie wypada. Tu nie Ameryka. Tu internety z końcówką kropka pe el. Tu się marudzi, tu się pomyje wylewa, tu się ironizuje, sarkazmem rzuca, obraża, narzeka i psioczy na czym ten świat stoi i czy to wina Tuska czy Kaczyńskiego?
I co? I Matka miałaby teraz tak sobie po prostu napisać, że wszystko w porządku?
Że nikt jej niczego nie ukradł?
Że już nie karmi w nocy?
Że piersią to w ogóle karmi już tylko dwa razy na dobę? A zdarza się nawet, że już tylko raz. I w zasadzie powoli mogłaby już zacząć ubierać się jak kobieta. Sukienki i takie tam.
Że nawet udało się Matce przytyć jakieś 2-3 kilogramy? Znalazła wreszcie idealną dietę CUD. Podstawowym składnikiem odżywczym są marcepany. W zastraszających ilościach. Przed posiłkiem, po, zamiast, rano, wieczorem i jeszcze gryzek przed spaniem. Cudem byłoby nie przytyć.
Że Pierworodny noce przesypia? Może jeszcze nie każdą. Ale pół na pół. A te gorsze pół i tak nie jest złe, bo po krótkim płaczu kończy się najzwyczajniej w świecie spaniem w łóżku razem z Matką i Ojcem.
Że śpi nawet do 9:00?
Że w listopadzie Matka Matki przyjechała dwa razy? A jest to zawsze wielką ulgą dla Matki, która nie musi chodzić na spacery, bawić się całe popołudnie na podłodze autami i klockami, może w spokoju gotować, sprzątać, a czasem nawet, o rozpusto!, poczytać prawdziwą książkę(!) albo coś napisać.
Że katar prawdopodobnie jest tylko zwykłym skutkiem ubocznym jesieni za oknem i że nie jest już aktualnie tak bardzo uciążliwy? I że niepokojące objawy ząbkowania, które nieśmiało dawały o sobie znać minęły po kilku dniach i na razie spokój?
Że Pierworodny coraz częściej wychodzi na spacer bez wózka? Że pozwala się trzymać za rękę i grzecznie stoi przed przejściem dla pieszych kiedy świeci czerwone?
Że jest kochany?
Że taki pozytywny z niego wariat? Pomysły ma zwariowane, wymyśla sobie jakieś absurdalne rytuały i ma dziwaczne, aczkolwiek niegroźne, natręctwa, jak na przykład żywienie się od jakiegoś czasu głównie ogórkami - pochłania je do każdego posiłku - świeże, w plasterkach, kiszone, konserwowe, maczane w kaszce z owocami, w dżemie, sosie, służą jako łyżka do nabierania obiadu, jako przekąska, zagrycha, danie główne, deser.
Że coraz łatwiej się z nim dogadać? Zawsze dość precyzyjnie pokazuje o co mu chodzi, używa coraz więcej "słów" - choć wszystkie brzmią mniej więcej ka-ka (auto), ko-ko (może oznaczać wszystko), ko-je (pies), ko-te (kot), ku-ko (kółko), ku-ka, ka-ko, ko-ka itd. - i tak w zasadzie litera K zajmuje czołowe miejsce w słowniku Pierworodnego. A z okazji imienin Babci po raz pierwszy powiedział do niej Ba-ba i od tej pory jest to jego słowo ulubione.
Że wciąż jest tulaśny, całuśny? Że fantastycznie bawi się z innymi dziećmi? Że uwielbia bywać w nowych miejscach i poznawać nowych ludzi i na przykład chwali się przypadkowo napotkanym na spacerach osobom chociażby swoimi butami?
Że ostatnio zafascynowała go zabawa w "Kółko graniaste" i na samo to hasło każe wszystkim obecnym łapać się za ręce i popylać razem z nim w kółeczko, by na koniec radośnie wspólnie zrobić BĘC? Niepowtarzalny widok. Trzeba by to nagrać.
Że Matka zaczyna już trochę czuć zbliżające się Święta?
Że za 9 dni szykuje się randka? Bo Matka Matki z chęcią zgodziła się zostać z Pierworodnym.
Nie, nie napisze tego przecież. Kto by to czytał?
To już lepiej nic nie pisać.
I nie tworzyć notki na siłę.
Zły to czas dla matki-blogerki.
Pytanie czy w ogóle pisać... Bo jak już się napisze to wiadomo, że się spieprzy.
Bo zły to czas. Dla blogerki.
Nie dzieje się nic. Nic, co warto byłoby opisać.
A wiadomo, że warto byłoby się poskarżyć, ponarzekać, przyznać do grzechów, że się pomysłu nie ma, że się nawaliło... Można wtedy liczyć na solidarność ze strony czytelników, na współczucie, dowiedzieć się, że na szczęście inni mają jeszcze gorzej i że w sumie to nie jest się taką złą jak by się wydawało.
Ale tak się chwalić? Przecież to nie wypada. Tu nie Ameryka. Tu internety z końcówką kropka pe el. Tu się marudzi, tu się pomyje wylewa, tu się ironizuje, sarkazmem rzuca, obraża, narzeka i psioczy na czym ten świat stoi i czy to wina Tuska czy Kaczyńskiego?
I co? I Matka miałaby teraz tak sobie po prostu napisać, że wszystko w porządku?
Że nikt jej niczego nie ukradł?
Że już nie karmi w nocy?
Że piersią to w ogóle karmi już tylko dwa razy na dobę? A zdarza się nawet, że już tylko raz. I w zasadzie powoli mogłaby już zacząć ubierać się jak kobieta. Sukienki i takie tam.
Że nawet udało się Matce przytyć jakieś 2-3 kilogramy? Znalazła wreszcie idealną dietę CUD. Podstawowym składnikiem odżywczym są marcepany. W zastraszających ilościach. Przed posiłkiem, po, zamiast, rano, wieczorem i jeszcze gryzek przed spaniem. Cudem byłoby nie przytyć.
Że Pierworodny noce przesypia? Może jeszcze nie każdą. Ale pół na pół. A te gorsze pół i tak nie jest złe, bo po krótkim płaczu kończy się najzwyczajniej w świecie spaniem w łóżku razem z Matką i Ojcem.
Że śpi nawet do 9:00?
Że w listopadzie Matka Matki przyjechała dwa razy? A jest to zawsze wielką ulgą dla Matki, która nie musi chodzić na spacery, bawić się całe popołudnie na podłodze autami i klockami, może w spokoju gotować, sprzątać, a czasem nawet, o rozpusto!, poczytać prawdziwą książkę(!) albo coś napisać.
Że katar prawdopodobnie jest tylko zwykłym skutkiem ubocznym jesieni za oknem i że nie jest już aktualnie tak bardzo uciążliwy? I że niepokojące objawy ząbkowania, które nieśmiało dawały o sobie znać minęły po kilku dniach i na razie spokój?
Że Pierworodny coraz częściej wychodzi na spacer bez wózka? Że pozwala się trzymać za rękę i grzecznie stoi przed przejściem dla pieszych kiedy świeci czerwone?
Że jest kochany?
Że taki pozytywny z niego wariat? Pomysły ma zwariowane, wymyśla sobie jakieś absurdalne rytuały i ma dziwaczne, aczkolwiek niegroźne, natręctwa, jak na przykład żywienie się od jakiegoś czasu głównie ogórkami - pochłania je do każdego posiłku - świeże, w plasterkach, kiszone, konserwowe, maczane w kaszce z owocami, w dżemie, sosie, służą jako łyżka do nabierania obiadu, jako przekąska, zagrycha, danie główne, deser.
Że coraz łatwiej się z nim dogadać? Zawsze dość precyzyjnie pokazuje o co mu chodzi, używa coraz więcej "słów" - choć wszystkie brzmią mniej więcej ka-ka (auto), ko-ko (może oznaczać wszystko), ko-je (pies), ko-te (kot), ku-ko (kółko), ku-ka, ka-ko, ko-ka itd. - i tak w zasadzie litera K zajmuje czołowe miejsce w słowniku Pierworodnego. A z okazji imienin Babci po raz pierwszy powiedział do niej Ba-ba i od tej pory jest to jego słowo ulubione.
Że wciąż jest tulaśny, całuśny? Że fantastycznie bawi się z innymi dziećmi? Że uwielbia bywać w nowych miejscach i poznawać nowych ludzi i na przykład chwali się przypadkowo napotkanym na spacerach osobom chociażby swoimi butami?
Że ostatnio zafascynowała go zabawa w "Kółko graniaste" i na samo to hasło każe wszystkim obecnym łapać się za ręce i popylać razem z nim w kółeczko, by na koniec radośnie wspólnie zrobić BĘC? Niepowtarzalny widok. Trzeba by to nagrać.
Że Matka zaczyna już trochę czuć zbliżające się Święta?
Że za 9 dni szykuje się randka? Bo Matka Matki z chęcią zgodziła się zostać z Pierworodnym.
Nie, nie napisze tego przecież. Kto by to czytał?
To już lepiej nic nie pisać.
I nie tworzyć notki na siłę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

