Kolejna wizyta u alergologa. Bez Ojca Pierworodnego, więc znów skończyła się takim nerwem, że zachciało się Matce palić jak jeszcze nigdy odkąd ponad 2 lata temu palenie rzuciła. Tym razem już nawet Pani Doktor głośno powiedziała "Nie dogadamy się". "Chyba nie" - zgodnie z odczuciami targającymi nią od pierwszego spotkania odpowiedziała Matka.
Tym, co najbardziej przeszkadza Matce w osobie Pani Doktor jest jej nieznośny nawyk wyrywania zdań z kontekstu i słyszenia tego, co akurat chce usłyszeć. Przez to wciąż dochodzi do nieporozumień, Matka po 5 razy powtarza to samo, a i tak czuje się niezrozumiana, a Pani Doktor przypisuje jej słowa, które nie padły.
- To co mi tu Pani opowiada nie trzyma się kupy - stwierdziła w końcu Pani Doktor.
- Co niby się nie trzyma?
- Jeżeli miałaby to być alergia, to objawy wystąpiłyby po kilku minutach lub w ciągu 72 godzin.
- Przecież ostatnio wystąpiły po 3 czy 4 dniach.
- Ale mówi Pani, że na jajka zareagował po 3 tygodniach.
- Nigdy niczego takiego nie mówiłam.
- Mówiła Pani.
- Nie mogłam mówić, bo przecież tak nie było - broni się Matka.
- Ja mam tak zapisane.
- To może źle Pani coś zapisała - było to pod koniec wizyty, więc frustracja Matki była na bardzo wysokim poziomie a trzymanie języka za zębami przychodziło coraz trudniej.
- Proszę Pani ja bardzo długo i uważnie słucham rodziców - lekko urażona zauważyła Pani Doktor
- Taaa - pomyślała tylko Matka
- Przeczytam Pani, co mam zapisane z lutego.
- Poproszę.
- "Wprowadzono do diety żółtko. Z powodu suchych, plackowatych zmian na skórze wyeliminowano z diety po 3 tygodniach. Po miesiącu wprowadzono ponownie. Objawy powróciły". Widzi pani?
- Co widzę? Przecież nie ma tam napisane, że objawy wystąpiły po 3 tygodniach.
- "wy-eli-mi-no-wa-no po 3 ty-go-dniach" - podkreśla Pani Doktor
- Nie, proszę Pani. Nie jest napisane, że objawy wystąpiły po 3 tygodniach, tylko że po 3 tygodniach odstawiłam żółtko. Mówiłam przecież, że zmiany na ciele Syna początkowo są bardzo delikatne. Ciężko było zdiagnozować od czego je dostał. Najpierw eliminowałam inne rzeczy z jego diety. Na to żółtko wpadłam dopiero po jakiś 2 tygodniach odkąd zobaczyliśmy te plamki, stąd odstawienie po 3 tygodniach.
- No to ja nie wiem.
I tak wygląda cała wizyta. Za każdym razem coś w ten deseń.
Tym razem Pani Doktor już nie potrafiła ukryć, że nie ma żadnego pomysłu na zdiagnozowanie Pierworodnego i nie ma pojęcia jak powinna wyglądać jego dieta. Kilkukrotnie zmieniała zdanie, by za każdym razem stwierdzać w końcu: "Powinna Pani karmić piersią". Na każde pytanie czy wątpliwość odpowiadała: "Powinna Pani karmić piersią". Co nie przeszkadzało na początku wizyty orzec: "No tak, on już jest w takim wieku, że można by go odstawić". Ale, gdy usłyszała, że Pierworodny absolutnie nie życzy sobie mleka modyfikowanego wróciła do koncepcji "Powinna Pani karmić piersią". Nie ma objawów skórnych po jogurcie, ale męczą go lekkie zaparcia. "Nie dawać mu więc jogurtu. Karmić piersią". A gdy tylko Matka zaczęła nieśmiało protestować...
- Chodzi Pani do pracy?
- Nie.
- Więc powinna Pani karmić piersią.
I chociaż tego dnia, na czas wizyty u Pani Doktor, Matka nauczona doświadczeniem uruchomiła największe pokłady swojej asertywności, przy tym stwierdzeniu wymiękła. Już nie pierwszy raz padło to pytanie i taka Pani Doktor odpowiedź, ale tym razem Matkę wyprowadziło to z równowagi bardziej niż zwykle. A gdy Matka jest na skraju wybuchu a jednocześnie wie, że nie powinna dać się ponieść emocjom, zwykle po prostu milczy. Tak jak teraz. Co nie ma nic wspólnego z planowaną asertywnością.
Niby co ma jej chodzenie, bądź nie, do pracy do karmienia piersią? Można chodzić i karmić. Czy naprawdę niepracująca matka nie ma nic ważniejszego do zaoferowania swojemu dziecku jak cyc z mlekiem? Czy kobieta, która "siedzi w domu" powinna tylko siedzieć i karmić? Czy skoro nie przyczynia się do powiększania PKB powinna chociaż przyczynić się do zdrowego i taniego wykarmienia kolejnego podatnika?
Te i inne pytania pozostaną bez odpowiedzi.
Aby pozbyć się Matki, która nie wiedzieć czemu, chciałaby jeszcze przed drugimi urodzinami odstawić dziecko od piersi i móc zjeść jajecznicę popijając ją kawą z mlekiem, wystawiła Pani Doktor Pierworodnemu skierowanie do gastroenterologa.
Piersią karmić nie chce. Pff. W dupach się poprzewracało tym młodym matkom.
czwartek, 29 sierpnia 2013
wtorek, 27 sierpnia 2013
Kiedy konwersacja krztynę kuleje
Kupiono kiedyś kolorowe kartonowe książeczki, którymi kilkunastomiesięczny kajtek kolejno katuje kochającą Karmicielkę.
Kotek, krowa, koza, koń, kaczki, kurczaczki, kogut, kura, kuna, kruk, królik, krokodyl, krab, kangur, koala, kameleon...
Ko-ko, kwa-kwa, kum-kum, kra-kra, kle-kle, kukuryku...
Do tego jeszcze piesek uparcie nazywany ko-koj.
Po pół godziny takiego czytania książeczek Matka ma zamęt w głowie, język jej się plącze, a do tego wykazuje niezdrową euforię, gdy Syn pokaże wreszcie na świnkę.
Chrum-chrum.
Kotek, krowa, koza, koń, kaczki, kurczaczki, kogut, kura, kuna, kruk, królik, krokodyl, krab, kangur, koala, kameleon...
Ko-ko, kwa-kwa, kum-kum, kra-kra, kle-kle, kukuryku...
Do tego jeszcze piesek uparcie nazywany ko-koj.
Po pół godziny takiego czytania książeczek Matka ma zamęt w głowie, język jej się plącze, a do tego wykazuje niezdrową euforię, gdy Syn pokaże wreszcie na świnkę.
Chrum-chrum.
niedziela, 25 sierpnia 2013
Matka Renata - patronka recyklingu
W ramach odskoczni Matka z Ojcem Pierworodnego na chwilę zamienili się rolami.
Co jakiś czas Matka zabiera Syna do pracy Ojca. Zwykle kiedy Ojciec ma tak szalony i napięty grafik, że wiadomo, że do domu wróci dopiero na kąpiel Pierworodnego lub niewiele szybciej, dlatego obaj mają wtedy frajdę i choć przez 20 minut mogą się razem powygłupiać. Tym razem dzień był luźniejszy a obecność Pierworodnego w niczym nie przeszkadzała i można było zostać dłużej. Wymyślili więc sobie tak... Matka zajęła się pracą, którą trzeba było wykonać w magazynie, Ojciec zaś biegał za Pierworodnym, który w magazynie przebywać uwielbia (w końcu tyle niesamowitości wokół: palety do wspinaczki, wielkie samochody, wózki do palet).
Niewiarygodne jak odpoczęli. Matka mogła skupić się na powierzonym jej zadaniu. Ojciec zaś wybawić z Synem. Normalnie w tym czasie próbowałaby zrobić cokolwiek w domu, jednocześnie co pół minuty strofując Pierworodnego by przestał dręczyć Kota, nie wspinał się na parapet i kuchenny blat, nie wrzucał niczego do toalety, przestał wrzeszczeć, nie rzucał drewnianymi klockami, nie wstawał z nocnika, nie lizał butów, nie jeździł rowerkiem po panelach itd. Teraz Matka wykonywała pracę, której efekty były widoczne, i których Pierworodny nie obracał w niwecz po 5 minutach, nikt nie wskakiwał jej też na plecy, nie pokazywał opakowania ciastek na lodówce wołając "am, am, am", nie przynosił też w kółko tej samej książeczki, w której jest około 20 gatunków zwierząt, ale liczy się tylko ten jeden malutki piesek za płotem, i nie powtarzał z tego powodu w kółko ko-koj, ko-koj.
Matka odpoczywała więc pracując. A za plecami, gdzieś daleko, słyszała odgłosy zabawy swoich chłopaków. 2 lata temu wyśmiałaby tego, kto wywróżyłby jej, że tak właśnie będzie relaksować się w niedzielne przedpołudnie.
I tak, Matka zajętarelaksem pracą słyszy Ojca przemawiającego do Syna Pierworodnego, który biegał z butelką po wodzie mineralnej:
- Bardzo ładnie, Synku, tu właśnie wyrzucamy plastiki. A widzisz, nie każdy, kto z Tatusiem pracuje jest w stanie to załapać. Brawo! Reni Jusis byłaby z ciebie dumna.
Co jakiś czas Matka zabiera Syna do pracy Ojca. Zwykle kiedy Ojciec ma tak szalony i napięty grafik, że wiadomo, że do domu wróci dopiero na kąpiel Pierworodnego lub niewiele szybciej, dlatego obaj mają wtedy frajdę i choć przez 20 minut mogą się razem powygłupiać. Tym razem dzień był luźniejszy a obecność Pierworodnego w niczym nie przeszkadzała i można było zostać dłużej. Wymyślili więc sobie tak... Matka zajęła się pracą, którą trzeba było wykonać w magazynie, Ojciec zaś biegał za Pierworodnym, który w magazynie przebywać uwielbia (w końcu tyle niesamowitości wokół: palety do wspinaczki, wielkie samochody, wózki do palet).
Niewiarygodne jak odpoczęli. Matka mogła skupić się na powierzonym jej zadaniu. Ojciec zaś wybawić z Synem. Normalnie w tym czasie próbowałaby zrobić cokolwiek w domu, jednocześnie co pół minuty strofując Pierworodnego by przestał dręczyć Kota, nie wspinał się na parapet i kuchenny blat, nie wrzucał niczego do toalety, przestał wrzeszczeć, nie rzucał drewnianymi klockami, nie wstawał z nocnika, nie lizał butów, nie jeździł rowerkiem po panelach itd. Teraz Matka wykonywała pracę, której efekty były widoczne, i których Pierworodny nie obracał w niwecz po 5 minutach, nikt nie wskakiwał jej też na plecy, nie pokazywał opakowania ciastek na lodówce wołając "am, am, am", nie przynosił też w kółko tej samej książeczki, w której jest około 20 gatunków zwierząt, ale liczy się tylko ten jeden malutki piesek za płotem, i nie powtarzał z tego powodu w kółko ko-koj, ko-koj.
Matka odpoczywała więc pracując. A za plecami, gdzieś daleko, słyszała odgłosy zabawy swoich chłopaków. 2 lata temu wyśmiałaby tego, kto wywróżyłby jej, że tak właśnie będzie relaksować się w niedzielne przedpołudnie.
I tak, Matka zajęta
- Bardzo ładnie, Synku, tu właśnie wyrzucamy plastiki. A widzisz, nie każdy, kto z Tatusiem pracuje jest w stanie to załapać. Brawo! Reni Jusis byłaby z ciebie dumna.
sobota, 24 sierpnia 2013
Wjazd na ambicję?
Matka ma wrażenie, że ktoś potajemnie czyta Pierworodnemu jej blog. Od czasu opublikowania tekstu na temat nieznośnych skutków BLW, Syn postanowił jadać wszystko samodzielnie, nie uznając żadnych prób pomocy. I do tego jeszcze z bardzo częstym prawidłowym używaniem sztućców. Matka nie wychodzi z szoku. Bo też jakby odrobinę czystszy kończy posiłek - czyli że Matka jest w stanie już tak na drugi rzut oka rozpoznać czy to na pewno jej potomek siedzi na krzesełku do karmienia, a nie dopiero w łazience upewniać się czy z dobrego dziecka od 5 minut zdrapuje szpinak.
A zatem...
Syneczku, jeżeli w jakiś nieznany mi sposób trafiają do Ciebie te słowa to...
Do jasnej Anielki, przestań przy każdym posiłku rzucać jedzeniem, sztućcami i naczyniami, bo mnie niedługo szlag trafi!
To mówiłam ja, Mamusia
A zatem...
Syneczku, jeżeli w jakiś nieznany mi sposób trafiają do Ciebie te słowa to...
Do jasnej Anielki, przestań przy każdym posiłku rzucać jedzeniem, sztućcami i naczyniami, bo mnie niedługo szlag trafi!
To mówiłam ja, Mamusia
środa, 21 sierpnia 2013
MM - monster milk
Kiedy pani alergolog, po dobrych rokowaniach "pojogurtowych", dała Pierworodnemu zielone światło na próbowanie mleka modyfikowanego, Matka pełna nadziei ruszyła do sklepu. Ruszyła z Synem. I bez wózka. Jak łatwo się domyślić, zaraz po przekroczeniu progu drogerii Syn rozbiegł się jednocześnie we wszystkich możliwych kierunkach. Znacznie utrudniało to wybór odpowiedniego dla niego mleka - zwłaszcza, że w dziale dziecięcym zwykle najbardziej mu odbija. Nie pomagało w skupieniu się na czytaniu etykiet ciągłe łapanie hasającego Syna, uważanie by nie potłukł słoiczków z daniami dla niemowląt czy ustawianie z powrotem na półkach tego, co zdążył wrzucić do koszyka. W pewnym momencie podleciał do regału z mlekiem, wrzucił Matce do kosza Bebiko i już go nie było. Nie dał Matce czasu na zastanawianie się czy to aby najlepszy wybór, tylko zniknął za zakrętem, gdzieś w następnej alejce. Zerknęła więc tylko jednym okiem czy zgadza się z zaleceniami pani doktor, drugim okiem łypnęła na cenę ("O, najtańsze!").
- Świetny wybór, kochanie - orzekła i pognała za Pierworodnym.
W domu przystąpili do próbowania. Na początek pół łyżeczki. Syn zdziwiony zjadł co mu podano, prawdopodobnie przy tej ilości nie czując nawet smaku. Żadna reakcja alergiczna nie wystąpiła. Po pół godziny dostał całą łyżeczkę. Zjadł. Znów pół godziny i dwie łyżeczki - bez zachwytów, ale i bez wyraźnej niechęci - dawało to nadzieję na akceptację mleka. Kiedy dostał do wypicia kilka łyków z kubeczka zaczął się strajk. Wyraźnie mleko modyfikowane budzi w Pierworodnym wstręt. Nie ma zamiaru pić go z żadnej z proponowanych mu butelek, kubeczków, szklanek, niekapków, przez słomkę ani w formie kaszki.
Matka powoli, aczkolwiek ze smutkiem, przyzwyczaja się do myśli, że Syn, nawet mimo mijającej alergii, nie ma zamiaru raczyć się mlekiem innym niż mamine. Oraz do tego, że prawdopodobnie przez to Matka nie prędko odzyska swój biust.
Sprawę dodatkowo utrudnia fakt, że poza obrzydzeniem, Pierworodny odczuwa też STRACH.
Zrozumiałym jest, że można czegoś nie lubić jeść czy pić, można nawet się brzydzić (Matka ma tak np. z czarniną i kurzymi łapkami), a można też po prostu jeść bez szczególnego przekonania. Ale żeby tak się bać...?
Jak chyba każde dziecko, Pierworodny ubóstwia reklamy w telewizji - nic go tak nie wciąga jak dobry bloczek reklamowy, ze smutkiem odrywa się od telewizora, gdy przerywają go jakimiś nudnymi bajkami czy wiadomościami. I tak jak kilka reklam szczególnie zwraca jego uwagę, tak od jakiś 2 tygodni jedna za każdym razem doprowadza go do płaczu. Pierworodny trzęsie się z przerażenia, leją się łzy jak grochy, a rozdzierającego ryku nie można uspokoić. Taką reakcję wywołuje nic innego jak reklama... mleka Bebiko. Zastanawiające jest to choćby z tego powodu, że motywem przewodnim spotu są roześmiane dzieci - każdy kolejny chichot malucha na ekranie w domu Matki spotyka się z coraz głośniejszym wrzaskiem jej malca.
A miało być "od serca dla dziecka"...
Tymczasem mina Pierworodnego, gdy zachęca się go do spróbowania mleka mówi raczej: "nie masz serca dla swojego dziecka".
- Świetny wybór, kochanie - orzekła i pognała za Pierworodnym.
W domu przystąpili do próbowania. Na początek pół łyżeczki. Syn zdziwiony zjadł co mu podano, prawdopodobnie przy tej ilości nie czując nawet smaku. Żadna reakcja alergiczna nie wystąpiła. Po pół godziny dostał całą łyżeczkę. Zjadł. Znów pół godziny i dwie łyżeczki - bez zachwytów, ale i bez wyraźnej niechęci - dawało to nadzieję na akceptację mleka. Kiedy dostał do wypicia kilka łyków z kubeczka zaczął się strajk. Wyraźnie mleko modyfikowane budzi w Pierworodnym wstręt. Nie ma zamiaru pić go z żadnej z proponowanych mu butelek, kubeczków, szklanek, niekapków, przez słomkę ani w formie kaszki.
Matka powoli, aczkolwiek ze smutkiem, przyzwyczaja się do myśli, że Syn, nawet mimo mijającej alergii, nie ma zamiaru raczyć się mlekiem innym niż mamine. Oraz do tego, że prawdopodobnie przez to Matka nie prędko odzyska swój biust.
Sprawę dodatkowo utrudnia fakt, że poza obrzydzeniem, Pierworodny odczuwa też STRACH.
Zrozumiałym jest, że można czegoś nie lubić jeść czy pić, można nawet się brzydzić (Matka ma tak np. z czarniną i kurzymi łapkami), a można też po prostu jeść bez szczególnego przekonania. Ale żeby tak się bać...?
Jak chyba każde dziecko, Pierworodny ubóstwia reklamy w telewizji - nic go tak nie wciąga jak dobry bloczek reklamowy, ze smutkiem odrywa się od telewizora, gdy przerywają go jakimiś nudnymi bajkami czy wiadomościami. I tak jak kilka reklam szczególnie zwraca jego uwagę, tak od jakiś 2 tygodni jedna za każdym razem doprowadza go do płaczu. Pierworodny trzęsie się z przerażenia, leją się łzy jak grochy, a rozdzierającego ryku nie można uspokoić. Taką reakcję wywołuje nic innego jak reklama... mleka Bebiko. Zastanawiające jest to choćby z tego powodu, że motywem przewodnim spotu są roześmiane dzieci - każdy kolejny chichot malucha na ekranie w domu Matki spotyka się z coraz głośniejszym wrzaskiem jej malca.
A miało być "od serca dla dziecka"...
Tymczasem mina Pierworodnego, gdy zachęca się go do spróbowania mleka mówi raczej: "nie masz serca dla swojego dziecka".
poniedziałek, 19 sierpnia 2013
I znów o jedzeniu
Cały internet pieje z zachwytów nad tym całym BLW. Tylko jedna Matka Wyluzuj! ma ochotę pomysłodawcę i propagatora tych eksperymentów udusić gołymi rencami, względnie podtopić w garze z marchewkowo-dyniową papką. Jako matka wybitnie niewyluzowana, przez pierwsze pół roku życia Pierworodnego, każdą wolniejszą chwilę, czyli taką w której miała chociaż jedną wolną rękę (np. przy karmieniu piersią) spędziła na czytaniu porad, poradników, pisemek dla niewyluzowanych matek. I z tych porad, poradników i pisemek dowiedziała się o istnieniu metody BLW (Baby Led Weaning), która to podobno same zalety ma. Podobno dziecko po kilku miesiącach to będzie jadło samodzielnie wszystko, co mu się na talerzyku poda, choćby kaczkę w pomarańczach, i to nożem i widelcem, a na koniec jeszcze usta serwetką wytrze. Podobno...
Bo oczywiście Matka, gdy te wszystkie rewelacje przeczytała, od razu podjęła decyzję - Tak! to metoda dla nas! Dziecko będzie szczęśliwe, Matka będzie szczęśliwa. A te maluchy na zdjęciach takie uśmiechnięte. I wcale nieumorusane od marchewkowej papki ze słoiczka. No tak, przecież gotowaną marchewką w kawałkach nie można się za bardzo ubrudzić. Co najwyżej rączki obetrzemy. I podniesiemy co spadnie na podłogę. O, naiwna...
Pierwsze tygodnie z BLW wyglądały tak, że do posiłku przebierała się Matka - względnie okrywała się kuchennym fartuszkiem, rozbierało się Pierworodnego, aby był w samej koszulce i pampku (i na to oczywiście mega wielki i niby-na-wszystko-odporny śliniaczek) oraz przygotowywało się najbliższe otoczenie... a efekt za każdym razem był taki sam - wszyscy i wszystko od góry do dołu wybrudzone było tym, czego akurat Pierworodny kosztował. Jeszcze nie znalazła Matka takiego śliniaka, któremu Syn nie dałby rady. Kanapę spisała już na straty. Jak dziecko podrośnie zmieni się obicie - nie widzi już innej sensownej alternatywy dla prania jej co drugi dzień.
Minęło jakieś 10 miesięcy odkąd Pierworodny zaczął swoją przygodę z jedzeniem. Od początku dostawał dania zarówno w postaci zmiksowanej jak i w kawałkach. Czasem po prostu wolał tak a czasem tak. Ale wciąż nieważne co je, nieważne w jakiej formie, nieważne czy jest to jedna malina czy cała ich miska, nieważne czy miał 6 miesięcy czy tak jak teraz 16... efekt jest zawsze ten sam - dziecko jest brudne od stóp po czubek głowy. Pierworodny lubi jeść samodzielnie. I potrafi posługiwać się łyżeczką i widelcem, od biedy nawet swoim plastikowym nożem też jogurt zje. Jednak stosowanie od samego początku metod BLW wyrobiło w nim nawyk jedzenia wszystkiego rękoma. Wszystkiego. Zupy też tak próbuje. Niby wie, że powinien łyżką, ale jakoś wygodniej wsadzić w miskę łapkę. Sztućce, owszem, musi trzymać w ręku, bez nich nie zacznie posiłku, ale częściej służą do wymieszania sobie zawartości talerza czy wyrzucenia jej poza talerz niż do wpakowania sobie do buzi. I tak, w jednej rączce trzyma widelec a drugą ręką w tym czasie rozgniata sobie na połowie twarzy buraczki. Przez chwilę druga połowa twarzy jest czysta (ta połowa od nosa w górę), ale wtedy zaczyna swędzieć oczko, trzeba więc potrzeć - a czysta ręka przecież zajęta widelcem. Im bardziej trze tą brudną łapką, tym bardziej swędzi. Wtedy już cała buzia jest w buraczkach. A jeszcze w uchu trzeba palcem pogrzebać. Po chwili znajduje się też pretekst do wtarcia ziemniaków we włosy. I Matce już wszystko jedno co dalej dzieje się z obiadem.
I jedyne co przez tych 10 miesięcy się polepszyło to stan podłogi po posiłku. Nie lądują już na niej takie ilości jedzenia (co oczywiście nie oznacza, że jest czysta). Jednak sam Syn i krzesełko do karmienia nadal kończą konsumpcję w stanie opłakanym.
A Matka ma wrażenie, że gdyby nie to całe BLW i pozwalanie Synowi od początku na samodzielność uniknęłaby wielu stresów. Trzeba było karmić go łyżeczką, wycierać brodę i paluszki, gdy tylko coś na nie skapnęło, zamiast wierzyć, że zaraz z tego brudzenia się wyrośnie. Pierworodny pokochał bawienie się jedzeniem. Mimo zakazów uwielbia wyciągać kawałki z talerza i rozkładać je na blacie krzesełka, z buzi też co chwilę coś wyciąga - albo dlatego, że mu to nie odpowiada albo dlatego, że tak bardzo smakuje i koniecznie chce sprawdzić co to było. A nie daj Boże Matka nie uchwyci momentu, kiedy Syn stwierdza, że już nie będzie więcej jadł - na bank wywali wszystko albo na krzesło, albo na siebie, albo na podłogę.
Podsumowując, Matka ma szczerze dość BLW, ma dość tego ciągłego sprzątania, dość tych wszystkich wieeelkich śliniaków i prania ich 3 razy dziennie, dość zbierania resztek w promieniu ok. 2 metrów od miejsca, gdzie siedział Pierworodny i wydłubywania ziemniaków z takich zakamarków krzesełka, o jakich nie śniło się jego producentowi, dość wymyślania coraz to nowych sposobów by Syn dał się bez marudzenia umyć po tym jak gdzie tylko zdołał wtarł w siebie buraczki, szpinak czy sos pomidorowy (jakaś warzywna maseczka upiększająca czy co?). Ale już za późno na karmienie łyżeczką i pakowanie jedzenia prosto do paszczy - Pierworodny poczuł żywieniową wolność i na pewno z niej nie zrezygnuje. Jedyne co pozostaje Matce to zaakceptować ten stan rzeczy.
Bo Lepiej Wyluzować.
Bo oczywiście Matka, gdy te wszystkie rewelacje przeczytała, od razu podjęła decyzję - Tak! to metoda dla nas! Dziecko będzie szczęśliwe, Matka będzie szczęśliwa. A te maluchy na zdjęciach takie uśmiechnięte. I wcale nieumorusane od marchewkowej papki ze słoiczka. No tak, przecież gotowaną marchewką w kawałkach nie można się za bardzo ubrudzić. Co najwyżej rączki obetrzemy. I podniesiemy co spadnie na podłogę. O, naiwna...
Pierwsze tygodnie z BLW wyglądały tak, że do posiłku przebierała się Matka - względnie okrywała się kuchennym fartuszkiem, rozbierało się Pierworodnego, aby był w samej koszulce i pampku (i na to oczywiście mega wielki i niby-na-wszystko-odporny śliniaczek) oraz przygotowywało się najbliższe otoczenie... a efekt za każdym razem był taki sam - wszyscy i wszystko od góry do dołu wybrudzone było tym, czego akurat Pierworodny kosztował. Jeszcze nie znalazła Matka takiego śliniaka, któremu Syn nie dałby rady. Kanapę spisała już na straty. Jak dziecko podrośnie zmieni się obicie - nie widzi już innej sensownej alternatywy dla prania jej co drugi dzień.
Minęło jakieś 10 miesięcy odkąd Pierworodny zaczął swoją przygodę z jedzeniem. Od początku dostawał dania zarówno w postaci zmiksowanej jak i w kawałkach. Czasem po prostu wolał tak a czasem tak. Ale wciąż nieważne co je, nieważne w jakiej formie, nieważne czy jest to jedna malina czy cała ich miska, nieważne czy miał 6 miesięcy czy tak jak teraz 16... efekt jest zawsze ten sam - dziecko jest brudne od stóp po czubek głowy. Pierworodny lubi jeść samodzielnie. I potrafi posługiwać się łyżeczką i widelcem, od biedy nawet swoim plastikowym nożem też jogurt zje. Jednak stosowanie od samego początku metod BLW wyrobiło w nim nawyk jedzenia wszystkiego rękoma. Wszystkiego. Zupy też tak próbuje. Niby wie, że powinien łyżką, ale jakoś wygodniej wsadzić w miskę łapkę. Sztućce, owszem, musi trzymać w ręku, bez nich nie zacznie posiłku, ale częściej służą do wymieszania sobie zawartości talerza czy wyrzucenia jej poza talerz niż do wpakowania sobie do buzi. I tak, w jednej rączce trzyma widelec a drugą ręką w tym czasie rozgniata sobie na połowie twarzy buraczki. Przez chwilę druga połowa twarzy jest czysta (ta połowa od nosa w górę), ale wtedy zaczyna swędzieć oczko, trzeba więc potrzeć - a czysta ręka przecież zajęta widelcem. Im bardziej trze tą brudną łapką, tym bardziej swędzi. Wtedy już cała buzia jest w buraczkach. A jeszcze w uchu trzeba palcem pogrzebać. Po chwili znajduje się też pretekst do wtarcia ziemniaków we włosy. I Matce już wszystko jedno co dalej dzieje się z obiadem.
I jedyne co przez tych 10 miesięcy się polepszyło to stan podłogi po posiłku. Nie lądują już na niej takie ilości jedzenia (co oczywiście nie oznacza, że jest czysta). Jednak sam Syn i krzesełko do karmienia nadal kończą konsumpcję w stanie opłakanym.
A Matka ma wrażenie, że gdyby nie to całe BLW i pozwalanie Synowi od początku na samodzielność uniknęłaby wielu stresów. Trzeba było karmić go łyżeczką, wycierać brodę i paluszki, gdy tylko coś na nie skapnęło, zamiast wierzyć, że zaraz z tego brudzenia się wyrośnie. Pierworodny pokochał bawienie się jedzeniem. Mimo zakazów uwielbia wyciągać kawałki z talerza i rozkładać je na blacie krzesełka, z buzi też co chwilę coś wyciąga - albo dlatego, że mu to nie odpowiada albo dlatego, że tak bardzo smakuje i koniecznie chce sprawdzić co to było. A nie daj Boże Matka nie uchwyci momentu, kiedy Syn stwierdza, że już nie będzie więcej jadł - na bank wywali wszystko albo na krzesło, albo na siebie, albo na podłogę.
Podsumowując, Matka ma szczerze dość BLW, ma dość tego ciągłego sprzątania, dość tych wszystkich wieeelkich śliniaków i prania ich 3 razy dziennie, dość zbierania resztek w promieniu ok. 2 metrów od miejsca, gdzie siedział Pierworodny i wydłubywania ziemniaków z takich zakamarków krzesełka, o jakich nie śniło się jego producentowi, dość wymyślania coraz to nowych sposobów by Syn dał się bez marudzenia umyć po tym jak gdzie tylko zdołał wtarł w siebie buraczki, szpinak czy sos pomidorowy (jakaś warzywna maseczka upiększająca czy co?). Ale już za późno na karmienie łyżeczką i pakowanie jedzenia prosto do paszczy - Pierworodny poczuł żywieniową wolność i na pewno z niej nie zrezygnuje. Jedyne co pozostaje Matce to zaakceptować ten stan rzeczy.
Bo Lepiej Wyluzować.
sobota, 17 sierpnia 2013
Jestem matką nieprasującą
Matka jest kobietą nieprasującą. Była to świadoma decyzja. Nie wstydzi się jej, ani nie żałuje. Przed jej podjęciem przemyślała wszystkie za i przeciw. Uznała, że tak będzie lepiej dla jej rodziny. Ojciec Pierworodnego całkowicie akceptuje ten stan rzeczy. I mimo, że sam również nie prasuje, jakoś sobie radzą.
Niechęć do prasowania otrzymała Matka w genach (po kądzieli), razem z odrazą do sernika (po mieczu) i wstrętem do majonezu (nie wiadomo po kim). Jednak, jak przystało na wybitnie niewyluzowaną matkę, przed urodzeniem Syna Pierworodnego każdą jego rzecz (wszystkie ubranka, kocyki, pościele, ręczniki, ochraniacze na łóżeczko, pieluszki tetrowe, a nawet pluszowe zabawki) Matka wyprała w odpowiednim do tego proszku i dokładnie wyprasowała. To czego nie dała rady uprać (jak np. łóżeczko czy plastikowa karuzela) wymyła wodą z mydełkiem dla niemowląt. Ale cóż, ciąża to taki głupi stan, że nawet zagracająca salon suszarka ze śnieżnobiałym praniem potrafi rozczulić. Wierzyła naiwnie, że tym praniem, myciem, prasowaniem zabija czające się ze wszech stron niebezpieczne mikroby, które tylko czyhają na jej nienarodzone maleństwo. Jednocześnie oczami wyobraźni widziała jak w kontakcie z resztą otoczenia wszystko, co przygotowała od nowa staje się "skażone".
I tak prasowała Matka jeszcze przez pierwsze 2 miesiące życia Syna. Nigdy wcześniej, ani nigdy później, nie zdarzyło jej się obudzić o 5:30 i stwierdzić: "Hmm, Młody jeszcze śpi? No to poprasuję!". Do teraz nie wierzy, że coś takiego miało miejsce. Po 2 miesiącach przeszła już na system prasowania bardziej zdroworozsądkowego, czyli prasowania tylko tego, co ma bezpośredni kontakt ze skórą bądź jest NAPRAWDĘ wygniecione. Kolejne 2 miesiące wystarczyły by w sprawie prasowania wrócić do zwyczajów z poprzedniego życia, tego nienaznaczonego macierzyństwem.
"Jestem matką nieprasującą."* - wyznanie to powtarza Matka co jakiś czas . Ku nieukrywanemu zaskoczeniu a nawet oburzeniu czy zgorszeniu wielu koleżanek i członków rodziny. No bo jak to? Przecież dzieciom trzeba. Takie wygniecione ma chodzić? Ale to nie wypada. Co inni pomyślą, że dziecko zaniedbuję? I tyle tych zarazków dookoła, trzeba to przecież wybić. I w szafce będzie ładniej wyglądać. Wyprasowane to w ogóle bardziej miękkie i przyjemniej się nosi. A dziecko powinno wyglądać schludnie.
Do Matki to nie przemawia. Wychodzi z założenia, że wystarczy odpowiednio powiesić, porządnie złożyć i będzie cacy. Fakt, w sprawie tego wieszania i składania to trochę przesadza. Aż cała w sobie się trzęsie, gdy ktoś chce ją w tym wyręczyć i nie robi tego "jak należy". Klamerki nie w tym miejscu, pręga od suszarki na środku, bluzki złożone na pół a nie na 3... Frustracja narasta i jeżeli jakimś cudem gdzieś przy piątej rzeczy Matka nie wyrwie pomocnikowi prania z ręki, to i tak, gdy tylko nadarzy się okazja zaraz wszystko poprzewiesza albo ponownie złoży. Wie Matka, że trzeba z tym wyluzować, no wie przecież, ale co z tego... Jak ma przed sobą byle jak przewieszoną koszulkę zaraz oczami wyobraźni widzi siebie osnutą mgłą pary z żelazka stojącą przy desce do prasowania, zaplątaną w te kable, z wielkim koszem, z którego aż wysypują się pomięte ubrania, nie mogącą się ruszyć, bo jak rozstawi się deskę i wszystkie potrzebne akcesoria to już na nic nie ma miejsca... zgroza i tyle.
Nawet zakupy odzieżowe robiąc siłą podświadomości już w sklepie odrzuca to, co na pewno będzie się gniotło. I gdy wyciąga z szafy wymiętą sukienkę, mimo wszystko najpierw ją przymierza. Bo a nuż zaraz się rozprostuje i nie ma sensu tracić czasu i energii na coś tak nieznośnego jak prasowanie - i zwykle tak jest.
Skoro dla siebie i Ojca Pierworodnego prasuje tylko tyle ile jest NAPRAWDĘ konieczne to i z rzeczami Syna nie trudno jej wrzucić na luz. Bez kompleksu, że jej dziecko nie wygląda dość schludnie albo jego ubranka nie są wystarczająco równo ułożone w szufladzie. A już na pewno nie zastanawia się co ludzie powiedzą...
No bo tak szczerze... Widząc na ulicy, w sklepie, parku, w pociągu obce dziecko zdarza się nam pomyśleć: "Och, jakie śliczne!", zdarza się pomyśleć jakie ma ładne oczka, a jakie włoski, jakie grzeczne albo jakie niegrzeczne, jaką ma piękną sukienkę, jakie fajne buciki albo ciekawe gdzie kupili tę czapeczkę, zdarza się pomyśleć: "Takie duże i jeszcze ze smoczkiem?" albo "Takie malutkie i już biega?". Zdarza się też cichuteńko pomyśleć: "Moje ładniejsze".
Ale czy ktoś kiedyś pomyślał: "Bożesz Ty mój, jakie to dziecko ma pogniecione spodenki, biedaczek!"?
* Zdanie to zaczerpnęła Matka z jednego z felietonów Agaty Passent. Przeczytała je i od razu pomyślała, że czyta o sobie, chociaż Pierworodny był dopiero w drodze.
Niechęć do prasowania otrzymała Matka w genach (po kądzieli), razem z odrazą do sernika (po mieczu) i wstrętem do majonezu (nie wiadomo po kim). Jednak, jak przystało na wybitnie niewyluzowaną matkę, przed urodzeniem Syna Pierworodnego każdą jego rzecz (wszystkie ubranka, kocyki, pościele, ręczniki, ochraniacze na łóżeczko, pieluszki tetrowe, a nawet pluszowe zabawki) Matka wyprała w odpowiednim do tego proszku i dokładnie wyprasowała. To czego nie dała rady uprać (jak np. łóżeczko czy plastikowa karuzela) wymyła wodą z mydełkiem dla niemowląt. Ale cóż, ciąża to taki głupi stan, że nawet zagracająca salon suszarka ze śnieżnobiałym praniem potrafi rozczulić. Wierzyła naiwnie, że tym praniem, myciem, prasowaniem zabija czające się ze wszech stron niebezpieczne mikroby, które tylko czyhają na jej nienarodzone maleństwo. Jednocześnie oczami wyobraźni widziała jak w kontakcie z resztą otoczenia wszystko, co przygotowała od nowa staje się "skażone".
I tak prasowała Matka jeszcze przez pierwsze 2 miesiące życia Syna. Nigdy wcześniej, ani nigdy później, nie zdarzyło jej się obudzić o 5:30 i stwierdzić: "Hmm, Młody jeszcze śpi? No to poprasuję!". Do teraz nie wierzy, że coś takiego miało miejsce. Po 2 miesiącach przeszła już na system prasowania bardziej zdroworozsądkowego, czyli prasowania tylko tego, co ma bezpośredni kontakt ze skórą bądź jest NAPRAWDĘ wygniecione. Kolejne 2 miesiące wystarczyły by w sprawie prasowania wrócić do zwyczajów z poprzedniego życia, tego nienaznaczonego macierzyństwem.
"Jestem matką nieprasującą."* - wyznanie to powtarza Matka co jakiś czas . Ku nieukrywanemu zaskoczeniu a nawet oburzeniu czy zgorszeniu wielu koleżanek i członków rodziny. No bo jak to? Przecież dzieciom trzeba. Takie wygniecione ma chodzić? Ale to nie wypada. Co inni pomyślą, że dziecko zaniedbuję? I tyle tych zarazków dookoła, trzeba to przecież wybić. I w szafce będzie ładniej wyglądać. Wyprasowane to w ogóle bardziej miękkie i przyjemniej się nosi. A dziecko powinno wyglądać schludnie.
Do Matki to nie przemawia. Wychodzi z założenia, że wystarczy odpowiednio powiesić, porządnie złożyć i będzie cacy. Fakt, w sprawie tego wieszania i składania to trochę przesadza. Aż cała w sobie się trzęsie, gdy ktoś chce ją w tym wyręczyć i nie robi tego "jak należy". Klamerki nie w tym miejscu, pręga od suszarki na środku, bluzki złożone na pół a nie na 3... Frustracja narasta i jeżeli jakimś cudem gdzieś przy piątej rzeczy Matka nie wyrwie pomocnikowi prania z ręki, to i tak, gdy tylko nadarzy się okazja zaraz wszystko poprzewiesza albo ponownie złoży. Wie Matka, że trzeba z tym wyluzować, no wie przecież, ale co z tego... Jak ma przed sobą byle jak przewieszoną koszulkę zaraz oczami wyobraźni widzi siebie osnutą mgłą pary z żelazka stojącą przy desce do prasowania, zaplątaną w te kable, z wielkim koszem, z którego aż wysypują się pomięte ubrania, nie mogącą się ruszyć, bo jak rozstawi się deskę i wszystkie potrzebne akcesoria to już na nic nie ma miejsca... zgroza i tyle.
Nawet zakupy odzieżowe robiąc siłą podświadomości już w sklepie odrzuca to, co na pewno będzie się gniotło. I gdy wyciąga z szafy wymiętą sukienkę, mimo wszystko najpierw ją przymierza. Bo a nuż zaraz się rozprostuje i nie ma sensu tracić czasu i energii na coś tak nieznośnego jak prasowanie - i zwykle tak jest.
Skoro dla siebie i Ojca Pierworodnego prasuje tylko tyle ile jest NAPRAWDĘ konieczne to i z rzeczami Syna nie trudno jej wrzucić na luz. Bez kompleksu, że jej dziecko nie wygląda dość schludnie albo jego ubranka nie są wystarczająco równo ułożone w szufladzie. A już na pewno nie zastanawia się co ludzie powiedzą...
No bo tak szczerze... Widząc na ulicy, w sklepie, parku, w pociągu obce dziecko zdarza się nam pomyśleć: "Och, jakie śliczne!", zdarza się pomyśleć jakie ma ładne oczka, a jakie włoski, jakie grzeczne albo jakie niegrzeczne, jaką ma piękną sukienkę, jakie fajne buciki albo ciekawe gdzie kupili tę czapeczkę, zdarza się pomyśleć: "Takie duże i jeszcze ze smoczkiem?" albo "Takie malutkie i już biega?". Zdarza się też cichuteńko pomyśleć: "Moje ładniejsze".
Ale czy ktoś kiedyś pomyślał: "Bożesz Ty mój, jakie to dziecko ma pogniecione spodenki, biedaczek!"?
* Zdanie to zaczerpnęła Matka z jednego z felietonów Agaty Passent. Przeczytała je i od razu pomyślała, że czyta o sobie, chociaż Pierworodny był dopiero w drodze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)